kultura

Brytyjskie pisarki o Paryżu, szukaniu inspiracji i Rumunii

Artykuł opublikowany 10 lutego 2010
Artykuł opublikowany 10 lutego 2010
Vivienne Vermes pracuje nad powieścią autobiograficzną podczas gdy Denise Larking Coste wkrótce opublikuje nowelę po francusku. Obydwie pisarki należą do kolektywu zwanego „Babel”. Rozmawiamy z nimi o życiu w Paryżu, pisaniu i o Rumunii.

Obydwie spędziłyście w Paryżu przynajmniej 30 lat. Czy francuskojęzyczne środowisko sprzyja pisaniu w innych językach?

Vivienne Vermes: Mieszkam tutaj odkąd przyjechałam na długi weekend w 1977 roku. Miałam wtedy 19 lat. Zasnęłam na kanapie w Shakespeare and Company, słynnej księgarni znajdującej się na lewym brzegu i spóźniłam się na mój nocny pociąg, który miał mnie zawieźć do portu. Spędziłam w Paryżu lato: spałam na małym, zapchlonym łóżku, przepłynęłam Sekwanę tylko dlatego, że się o to założyłam, miałam wątpliwą przyjemność być „historykiem-księgarzem” (za co nie dostawałam ani grosza), poznałam i przeprowadzałam wywiady z takimi pisarzami, jak Ferlinghetti, Allen Ginsberg, Ted Joans czy James Baldwin...Nigdy nie chciałam wrócić do szarej Wielkiej Brytanii, która już wkrótce miała być rządzona przez Margaret Thatcher. Francuskie środowisko jest dobre do pisania ze wszystkich złych powodów. Byłam w nim zanurzona: miałam francuskiego chłopaka, pracowałam we francuskim wydawnictwie, większość moich przyjaciół była Francuzami. Teraz jestem bliżej brytyjskiej kultury. Przynajmniej raz w miesiącu jeżdżę do Londynu, strasznie podniecam się tamtejszymi księgarniami, prasą, a nawet telewizją. W Paryżu łatwiej mi się „wyłączyć” i spędzać dni we własnym świecie.

Denise Larking Coste: Gdy piszesz po angielsku, tworzysz na anglojęzyczny rynek, chyba że jesteś dwujęzyczny. Samuel Beckett był wydawany we Francji ponieważ pisał zarówno po angielsku, jak i francusku. Jednak francuski rynek jest bardzo otwarty na tłumaczenia oraz na zagranicznych autorów – zwłaszcza brytyjskich i amerykańskich. Z kolei brytyjski rynek jest hermetyczny – niewielu francuskich autorów jest tłumaczonych.

Ostatnio obie byłyście w Rumunii: jak pracowało wam się ze studentami?

V.C.: W Sybinie trzy razy uczyłam kreatywnego pisania, a w Braszowie – improwizacji teatralnej. Studenci to główny powód, dla którego tam wracam. Świetnie znają język, w ich głowach fantastyczne pomysły rodzą się szybko a to, co piszą jest pełne oryginalności i zaskakuje uczciwością. Jest w nich zapał, który jest tak odświeżający! Dlatego też radośnie podejmuję wyzwanie mając nadzieję, że choć odrobina tego entuzjazmu spłynie na mnie (i tak jest).

D.L.C.: Zaskoczył mnie wyskoki poziom ich angielskiego – zarówno pisanego, jak i mówionego.

Co myślicie o Rumunii, która w tym roku świętuje trzecią rocznicę przystąpienia do Unii Europejskiej?

V.V.: Rumuni z którymi rozmawiałam w Sybinie są zbyt inteligentni aby uwierzyć w to, że na Zachodzie czeka na nich kraina mlekiem i miodem płynąca. Recesja sprawia, że jest mniej miejsc pracy, życie na Zachodzie staje się trudniejsze, a ludzie mają za złe obcokrajowcom, że przyjeżdżają i zabierają im pracę. Prowadzi to do rasistowskich nastawień. Moi rodzice są z Węgier i z Irlandii, wychowali się w Anglii i żyją we Francji. Oczywiście jestem za kulturowymi mieszankami i lubię, jak to się mówi we Francji, „une belle salade”.

D.L.C: Przynależność do Unii pomoże Rumunii w okresie przejściowym ze starego ustroju do nowego, który ciągle ma miejsce. Kraj będzie musiał przestrzegać gospodarczych i politycznych zasad i wskazówek dzięki którym ten kraj przystąpił do Unii. Wymaga to przejrzystości.

Co spodziewacie się zobaczyć i czego doświadczyć podczas swoich przyszłych wizyt w Rumunii?

V.V.: Boję się trochę, że świeżość, którą odkryłam w moich studentach będzie zastąpiona przez zachodnioeuropejskie nastawienie do wykształcenia – na Zachodzie studenci są bardziej zblazowani. Ma to trochę wspólnego ze społeczeństwem, tradycjami, rodziną, które w Anglii oraz w pewnym stopniu we Francji ulegają rozpadowi. Nie chciałabym widzieć, jak zmieniają się piękne wsie i domy w Maramuresz.

D.L.C.: Chciałabym bardziej dogłębnie podyskutować o rozwoju kraju, który miał miejsce w ostatnich 20 latach, spędzić noc w hotelu Ingilterra w Biertanie. Bardzo chciałabym zobaczyć wsie, które zwiedziliśmy, ładnie pomalowane domki stojące tuż obok tych biednych.

Czy macie jakieś rady dla potencjalnych autorów?

V.V.: Pokonać negatywne nastawienie typu: „to nie jest wystarczająco dobre”, „nie mam czasu”, „moje pracy nigdy nie zostaną wydane”. Należy wyobrazić sobie wielką filiżankę, wrzucić do niej wszelkie negatywne emocje i pisać. Gdy się nad tym zastanowić, to brzmi jak magia: pióro, kawałek papieru. Naprawdę niewiele trzeba, aby wyruszyć w podróż.

D.L.C.: Pisz trochę każdego dnia. Jeśli nie masz szczególnego pomysłu, nie wahaj się, nie myśl, napisz cokolwiek ci przyjdzie do głowy. Będziesz zaskoczony tym, jak wiele może powstać z małego obrazu czy pomysłu. A jeśli nic się nie stanie – nie ma to znaczenia. Każde słowo ma swoją wagę, pewnego dnia znajdzie swoje miejsce. Należy też bardzo dużo czytać!

Ostatnie pytanie: jakie książki polecacie na 2010 rok?

V.V.: „Moonlight in Odessa” - Janet Skeslien. „Leviathan” Johna Hoare’a, który zdobył nagrodę Samuela Johnsona w 2009 roku. Czekam na kolejną książkę Anne Michaels („Płomyki pamięci”). Jeśli Ianowi McEwanowi uda się napisać coś równie dobrego, jak „Na plaży Chesil”, ustawię się w kolejce do księgarni!

D.L.C.: „Brooklyn” Colma Toibina, „Wolf Hall”Hilary Mantel, „Too Much Happiness” – opowiadania Alice Munro, „One D.O.A. and One on the Way” Mary Robinson i „Summertime” JM Coetzeego.

zdjęcia: główne zdjęcie zrobiono w księgarni w Timişoarze, Rumunia. ©rachel_titiriga/ Flickr; archiwum ©Vivienne Vermes