kultura

Czy to zima, czy to lato: Tanlines - pop XXI wieku

Artykuł opublikowany 22 marca 2012
Artykuł opublikowany 22 marca 2012
Paryż wciąż pozostaje europejską stolicą mody i muzyki, a co za tym idzie – wciąż ma poważną rolę w ustanawianiu trendów muzycznych. W wirze promocji ich pierwszego albumu „Mixed Emotions” rozmawiamy z nowojorskim duetem Tanlines o: akordach, tańcach, komputerach i aspiracjach, by tej wiosny ich muzyka była głośno grana w europejskich klubach.

Wchodzimy do siedziby francuskiej wytwórni fonograficznej Beggars Group w samym sercu paryskiej dzielnicy Pigalle. To jedno z tych miejsc będących po części pokojem sfrustrowanego „pisarza-artysty-z-bohemy” i undergroundowego baru „dostępnego jedynie dla kraciastych koszul”: ściany pełne okładek czasopism muzycznych, stoły zawalone płytami kompaktowymi, na podłodze gitara, wszędzie porozrzucane plakaty promocyjne i duży głośnik, z którego rozbrzmiewają ostatnie dokonania podopiecznych wytwórni.

Jesse Cohen i Eric Emm, trzydziestolatkowie z Brooklynu kryjący się pod nazwą Tanlines, przyjmują nas w niewielkim mieszkaniu. Pierwsze, co zauważamy, to ich zmęczenie, ogromne zmęczenie, mimo świeżego choć „wyuczonego” wizerunku: dżinsy i koszula z perfekcyjnie postawionym kołnierzykiem. Mają dokładnie 24 godziny na spotkania z mediami. Eric, ewidentnie wyczerpany, przyznaje: „położyliśmy się o 4 nad ranem, oglądaliśmy Grammy”. Usadawiają się wygodnie na czerwonej kanapie i w skupieniu czekają na pytania.

Muzyczne eksperymenty

Pierwszą rzeczą, jaką chyba powinniśmy wiedzieć o Tanlines jest to, że wbrew swej nazwie, występują nie tylko latem. Zawdzięczają ją przypadkowi: „potrzebowaliśmy nazwy, zobaczyliśmy taki napis na tyle jakiejś furgonetki i spodobał nam się. A że w tamtym okresie spędzaliśmy mnóstwo czasu grając w studiu, to i nasze piosenki bywają słoneczne. Byliśmy dwoma kolesiami zamkniętymi w czterech ścianach, tworzącymi pogodną muzykę” - tłumaczy Jesse, który mimo gry na perkusji w ten poniedziałek najwyraźniej jest głosem duetu.

Niełatwo opisać muzykę Tanlines. Są czymś w rodzaju małżeństwa pomiędzy Safri Duo w wersji light i Empire of the Sun. Odrzucają jakiekolwiek szufladkowanie według sztywnych wzorców. To, co wiedzą na pewno to, że nie tworzą ani dance’u, ani elektroniki: „ludzie nie kojarzą tych gatunków z piosenkami. Nasza płyta pełna jest piosenek, jak popowy album” - twierdzi Jesse. Dodaje też: „piszemy tylko to, co czujemy”. On jest perkusistą i przede wszystkim rytmem, tym, „czego najpierw słucha w piosence” - stwierdza pod bacznym spojrzeniem Eric, wokalista duetu. Chociaż ich pierwsza płyta pojawia się na rynku dopiero w marcu 2012, bo „teraz czują się gotowi”, już prawie cztery lata „eksperymentują i próbują tworzyć różne rzeczy, które mogliby zaoferować publiczności”. Tak więc maksymalnie podsumowując istotę muzyczną Tanlines, moglibyśmy powiedzieć, że „to muzyka, do której można potańczyć” - twierdzi Jesse, świadomy, że poruszają się po królestwie subiektywności. „Zawsze interesuje mnie, co mówią o mojej muzyce ludzie, bo każdy słyszy co innego. Ja wiem, gdzie byliśmy i o czym myśleliśmy, gdy ją komponowaliśmy” - argumentuje Jesse, przyznając, że „w efekcie muzyka jest kombinacją tego, co próbowałeś zrobić ty i co o niej sądzą ludzie”.

Organiczne emocje XXI wieku

Mixed Emotions” moglibyśmy nazwać popem XXI wieku: eksperymentalny, elektroniczny, wizualny. Podąża po liniach nakreślonych przez duet na samym początku, łączy rzeczywistość z fikcją muzyczną: „myślę, że jedną z rzeczy, które udało nam się zrobić jako Tanlines to wieczna mieszanka dźwięków organicznych i syntetycznych. I gdy jej słuchasz, nie możesz powiedzieć, która jest prawdziwa, a która fałszywa” - mówi Jesse.

Obaj zgadzają się, że ten album charakteryzuje się „dźwiękami organicznymi, które stanowią bardzo ważną część płyty”. Mimo że cień komputera snuje się nad każdym utworem, przyznają, że nie trzeba być komputerowym fanatykiem (z ang. „geek”), by móc tworzyć własną muzykę: „wszystko to, czego nauczyliśmy się dzięki technologii, pomogło nam to w rozwinięciu naszych zdolności kompozycji i pozwoliło być „geekami” w mniejszym stopniu” - przyznaje Eric śmiejąc się. Do tych składników należy dodać wpływ zespołów takich jak Depeche Mode, Talking Heads, Tears for Fears i wpadający w ucho „Brothers” - pierwszy singiel płyty, piosenka, do której nie kryją uwielbienia.

„Moją pracą nie jest sprzedawanie płyt”

Z piosenkami jak ta mają nadzieję dotrzeć do „całego świata”. „Chciałbym, żeby do naszej muzyki tańczyły zarówno małe dzieci, jak i moi dziadkowie” - wyznaje Jesse. Niech jej słuchają, bez względu na wszystko. „Byłoby super, gdyby wszyscy kupili płytę, ale jesteśmy nowym zespołem i myślę przede wszystkim o tym, żeby ci, którzy nas jeszcze nie znają, słuchali naszej muzyki”, ponieważ - jak zaznacza Jesse - „moją pracą nie jest sprzedawanie płyt, ale tworzenie i promowanie melodii”.

Tak też robią, zwłaszcza na Starym Kontynencie, gdzie jak oboje twierdzą „dużo tańczymy”, chociaż według Erica „każde miejsce jest inne”. To, czego nie potrafią ukryć, to zachwyt Francją wynikający z kilku różnych, ogólnych powodów i jednego w szczególności: „spróbuj tę bagietkę” - mówi Eric, wskazując na połówkę bułki paryskiej leżącej na stole. W razie czego są gotowi, by zagrać wszędzie, „nawet tam, gdzie nas nie chcą” - dodaje ze śmiechem. A do zainteresowanych kierują wiadomość: „bardzo chcielibyśmy grać na hiszpańskich festiwalach”. Jak na razie jednak będą musieli zadowolić się firmowym obiadem w Paryżu.

Fot.: główna © dzięki uprzejmości Tanlines;  tekst, dzięki uprzejmości oficjalnej strony Tanlines na Myspace; wideo (cc) axios1/youtube y tanlinesthe band/ youtube