kultura

Dama i żelazo – niech wróci Polityka!

Artykuł opublikowany 2 lutego 2012
Artykuł opublikowany 2 lutego 2012
„Żelazna Dama” nie tylko przynosi do europejskich kin sympatyczny i nieskomplikowany obraz Margaret Thatcher., ale też przypomina pewien styl retro uprawiania polityki na najwyższym szczeblu - mniej spektakularny i odległy, a bardziej staroświecki... Bliższy rzeczywistości? W tych ponurych i gnuśnych czasach pozwalamy sobie na odrobinę melancholii.

Niebieska garsonka, natapirowane włosy i naszyjnik z pereł – skromna powierzchowność osoby zdolnej dotrzeć tam, gdzie inni nie śmieją, która zamyka kopalnie, prywatyzuje połowę państwa i odbija Falklandy; która mówi i robi, przecina i otwiera, wycina i zaszywa – cokolwiek, żeby wyrwać Wielką Brytanię z osłabienia. I to wszystko dopiero, gdy uporała się z wielowiekowym seksizmem i elitarystyczną tradycją, żeby jako pierwsza kobieta zająć dom z numerem 10 przy Downing Street.

Choć pokazuje również staruszkę, otoczoną duchami w swoim apartamencie-więzieniu w Londynie, „Żelazna Dama” (reż. Phyllida Lloyd, 2011) przedstawia przychylny obraz byłej konserwatywnej premier Margaret Thatcher (1979 - 1990), która we wspomnieniach ponownie przeżywa swoją drogę do przywództwa, uwypuklając życie rodzinne i niemal nie tykając najszpetniejszych epizodów swoich rządów (masowe zwolnienia, gwałtowne strajki i demonstracje wplecione w środek akcji służą do tego, żeby, przy dźwiękach muzyki, przejść od jednej sceny do drugiej; przemilcza się też związki z Pinochetem i innymi zbrodniarzami). Jest to droga lekka, która zadowoli wiele gustów, zwłaszcza że przebyta na barkach Meryl Streep, aktorki o doskonałej technice ponownie potwierdzonej nagrodami i opiniami krytyki.

Reminiscencje współczesności

Co ciekawe, sytuacje przeżywane przez Thatcher w filmie przypominają dzisiejsze realia, w których europejscy przywódcy codziennie podejmują podobne decyzje – kopalnie czy stocznie? Emerytury czy szpitalne łóżka? Stypendia czy egzaminy? Cięcie, redukowanie, ograniczanie (a nawet odchudzanie, jakby nie chodziło o pozbawianie opieki społecznej, ale o zrzucenie kilku kilogramów dla zgrabnej sylwetki).

A la derecha, Margaret Thatcher en el papel de primera ministra

Jest jednak coś, co nie gra. Pominąwszy ideologię, „Meryl Thatcher” nadaje swoim słowom znaczenie, promienieje energią i wigorem, jakby łączyła się z rzeczywistością z tronu pełnego joysticków, które działają i powodują zmiany. Demonstranci przyklejają twarze do urzędowego samochodu i coś wykrzykują; na urywkach z archiwów prawdziwa Thatcher podaje ludziom rękę i, dopiero co zaprzysiężona, udziela średniowiecznego wywiadu dwadzieścia centymetrów od dziesięciu kamer. Skąd bierze się to wrażenie bliskości i politycznej skuteczności i dlaczego tak za nim tęsknimy?Być może dlatego, że to film i zostaje nam z niego tylko esencja, te kluczowe momenty, w których wszystko się odmienia. Albo dlatego, że oddaje ów brytyjski styl, który nakazuje trzymać polityków z dala od ołtarzy i wszelkiego przepychu, wtłaczając ich pomiędzy ciasne ściany parlamentu i zmuszając do mówienia prosto w twarz, znoszenia kropelek śliny, wyzywających spojrzeń, zapachów poprzedniego dnia; to duch uwidaczniający się już w samej rezydencji premiera – kamieniczce jakich wiele, z ciemnej cegły i z oknami na wysokości ulicy. A może to przez wizualną fakturę przeszłości – ziarniste, niedzisiejsze obrazy z niemodnymi fryzurami, topornymi samochodami i sztruksowymi marynarkami; świat w zasięgu ręki, świat telefonów stacjonarnych, dużych i kolorowych, w którym newsy przekazywano na papierze, bo nie było SMS-ów i komórek z aparatem.

Kiedyś było lepiej?

Chociaż trąci się teorią spiskową i ryzykuje popadnięcie w pułapkę „kiedyś było lepiej”. Można zadać pytanie, czy w swych codziennych sprawach współcześni przywódcy europejscy nadal operują w tym samym ziemskim i namacalnym wymiarze, w którym ich pomysły na niedługi czas znajdują zastosowanie, czy też stają się coraz bardziej zależni od tajemnych łańcuchów decyzyjnych, których nikt nie wybierał i których nawet najbardziej przebiegli dziennikarze nie potrafią zdemaskować. Politycy niedopuszczający pytań, którzy wykładają swoje plany innym rządom, a dopiero później swoim rodakom, którzy jadą do Brukseli lub Nowego Jorku z jednym pomysłem, a wracają z innym, którzy w 48 godzin poprawiają konstytucję, żeby ograniczyć wydatki publiczne, którzy podwyższają podatki, choć obiecali je obniżyć, którzy rządzą nie przeszedłszy przez urny, przybyli prosto z banków odpowiedzialnych za wywołanie kryzysu gospodarczego.

Można naiwnie zapytać, czy Dama grana przez Meryl Streep, nawet skrajnie neokonserwatywna inicjatorka dzisiejszej deregulacji finansów, wierna swym zasadom wielbicielka działania, odzyskałaby dziś przestrzeń dla politycznej niezależności, czy uczyniłaby zadość „żelazu” nie tylko przeciwko robotnikom i związkom zawodowym, ale również przeciw szantażowi agencji ratingowych, wielkich banków i funduszy inwestycyjnych wystawiających na spekulacje całe kraje, czy przedarłaby się przez morze zachowawczych urzędników, położyła ręce na dzbanku i powiedziała: „Do tego doszliśmy”.

Fot.: główna, Meryl Streep (w tekście) i plakat filmowy, dzięki uprzejmości oficjalnej strony  "Żelaznej Damy"; Margaret Thatcher, dzięki uprzejmości oficjalnej strony kancelarii Premiera; film (cc) cinescondite1/youtube