kultura

Dania - czas na kino grenlandzkie

Artykuł opublikowany 2 kwietnia 2012
Artykuł opublikowany 2 kwietnia 2012
„W Danii z grenlandzkimi inicjatywami kulturalnymi będziesz miał okazję obcować jedynie w publicznych bibliotekach” - wieszczył prowokacyjnie pewien Duńczyk. Jednakże świadomość na temat dorobku mniejszości rośnie, czego dowodem może być doroczny kopenhaski festiwal północnoatlantycki, który w tym roku skupia się wyłącznie na kinie grenlandzkim.

W 2012 r. napięte relacje z Grenlandią zostały przeniesione do europejskich domów za sprawą telewizyjnego hitu – serialu „Borgen”. Udowodniło to, że Duńczycy tak naprawdę nic nie wiedzą o Grenlandii. Co prawda podkreśla się, iż kolonializm trwa, ale równocześnie obecny jest wątek mówiący o tym, że Grenlandia zaczyna mieć wpływ na duńską kulturę. Gdyby jednak bliżej przyjrzeć się rozkwitającemu przemysłowi grenlandzkich filmów, dochodzi się do zgoła innych wniosków. Po czterech dniach w Kopenhadze jestem na skraju fascynacji kulturą, którą po prawdzie nikt poza Grenlandią się nie interesuje.

Duńska premier - Birgitte Nyborg - podczas pierwszej oficjalnej wizyty w Grenlandii

Kolonialne stereotypy

Idąc opuszczoną aleją z tętniącego życiem centrum duńskiej stolicy do położonego na wchodzie miasta Centrum Północnoatlantyckiego, dzielnica Christianshavn wydaje się coraz bardziej ponura im bliżej znajduję się Grenlandzkiego Festiwalu Filmowego. Trzech przyjaznych, delikatnie podchmielonych bezdomnych chroni się przed nękającym wiatrem. Jeden z nich, mężczyzna koło trzydziestki, łamaną angielszczyzną pomaga mi wyliczyć drobne na magazyn uliczny, który sprzedaje, a następnie wesoło macha mi na pożegnanie. Wszyscy trzej są ciemni i mają charakterystyczne rysy.

To właśnie w ten sposób zauważalna jest obecność Grenlandczyków w Danii, tłumaczy mi później Ivalu. Ta graficzka, według opracowania wydanego przez grenlandzki parlament w 2007 r. jest jedną z 18 tys. Grenlandczyków mieszkających w centrum Kopenhagi. Nie stanowi wyjątku fakt, iż ma matkę Grenlandkę i duńskiego ojca, oraz że jest dobrze wykształcona - tego popołudnia, gdy się spotkaliśmy świętowaliśmy jej awans na dyrektora generalnego. Ivalu mówiła po grenlandzku jako dziecko, jednak od momentu jak poszła do przedszkola używała jedynie duńskiego, w rezultacie musiała skrupulatnie rozpocząć naukę od nowa już jako dorosła. To dość typowe dla jej pokolenia. Grenlandczycy uczą się wszystkiego na temat Danii w szkole. Mają hybrydową tożsamość, jednocześnie duńską i grenlandzką. Sprawa języka jest dodatkowo trochę bardziej skomplikowana z uwagi na to, iż różne opcje polityczne hołdują różnym politykom edukacyjnym. Fakt, że ziomkowie Ivalu mieszkający w metrze stanowią grupę około 10% wszystkich Grenlandczyków w Danii, daje podstawę do stworzenia stereotypu Grenlandczyka w pojęciu większości Duńczyków. Jest także świadectwem przedłużającego się kolonizowania arktycznej wyspy, leżącej prawie 4 tys. kilometrów od granic państwa.

Grenlandzkie kino od 2009

Danish versionW 1979 r. Grenlandia, po trzech wiekach duńskich rządów, uzyskała autonomię. Od 2009 r. posiada samorządność w sprawach sądowych, porządku publicznego i zasobów naturalnych. To krok, który może doprowadzić do pewnego stopnia niezależności w przyszłości. Tej politycznej „rewolucji”, jak nazwała ją była aktorka Vivi Nielsen, towarzyszyło mniej spektakularne zjawisko: krok w kierunku tożsamości kulturalnej. Niewiele istnieje narracji na temat Grenlandii, najbardziej znaną jest zekranizowana nowela Petera HoegaMiss Smilla’s Feeling for Snow”. Pomimo nieprzejednanego krytycyzmu Hoegsa na temat duńskiego wyzysku i ignorancji w stosunku do narodu północy, jego nowela nieuchronnie wpadła w pułapkę uatrakcyjniania grenlandzkiego „autentycznego” życia. Jeden z niewielu grenlandzkich bohaterów jego książki jest alkoholikiem. „Bycie grenlandzkim aktorem w Danii jest trudne” - przyznaje Vivi siedząc w kopenhaskim Domu Grenlandzkim, schowanym w bocznej uliczce centrum miasta. „Zawsze dostajesz te same role”.

Jest jednak światełko w tunelu. Wewnątrz oświetlonego świecami poddasza, w dość typowym kinie studyjnym, zbiera się tłum oczekujący na wyświetlenie najnowszego filmu produkcji grenlandzkiej -„Shadow In The Mountains” („Skygger I feldet” lub „Qaqqat Alanngui”, 2011). Bilety zostały wykupione co do jednego. Popcorn został zastąpiony przez szklaneczki z winem. W tłumie studenci mieszają się paniami w średnim wieku, a przynajmniej połowę ludzi naprędce zajmujących miejsca stanowią Innuici. Cisza przerywana jest śmiechem i piskami.

Grenlandia, wraz z rozpoczynającą się sceną filmu, którego akcja rozgrywa się na pięćdziesięcio pięcio tysięcznej wyspie, zaczyna opowiadać swoją historię. Pierwsze nieśmiałe kroki w tym kierunku zostały podjęte już w 1990 r. wraz z grenlandzko-duńską współpracą, której efektem było „Heart of Light” („Qaamarngup uummataa”, 1998), ale dopiero w 2009 r. grenlandzki film naprawdę nabrał wiatru w żagle, przykuwając przy okazji międzynarodową uwagę. Kamieniem milowym był „A Man from Nuuk" („Nuumioq”), stworzony wspólnie przez grenlandzkiego reżysera Otto Rosinga oraz duńskiego reżysera i autora scenariuszy Torbena Becha. Był on entuzjastycznie reklamowany, jako pierwszy długometrażowy film wyprodukowany w całości w Grenlandii. Rosing miał nadzieję pokazać Danii prawdziwy obraz Grenlandii, uciekający zarówno od stereotypu bezdomnego alkoholika jak i zamieszkującego igloo Eskimosa. Duńska ekipa pracowała z aktorami amatorami i grenlandzką młodzieżą, tak aby zapoznać Grenlandię z wiedzą i umiejętnościami na temat branży filmowej. Nawiasem mówiąc, film wyświetlany w Centrum Północnoatlantyckim, w którym grupa nastolatków spędza weekend na wyspie w Grenlandii, szczyci się całkowicie grenlandzką obsadą i ekipą.

Duńska widownia nieobecna

Kiedy pytam o film, reakcje ze strony Duńczyków i Grenlandczyków są jednak chłodne. „To po prostu hollywoodzki film dla bab nakręcony w Grenlandii” zauważa pogardliwie pół Grenlandczyk Pauli. Wydaje się, że zły duch z ich bajek z dzieciństwa jest nadal żywy, okrutny i ma się dobrze. „Shadow In The Mountains" jest reklamowany jako „najpopularniejszy film wszech czasów w Grenlandii”. Centrum Północnoatlantyckie, aby sprostać zainteresowaniu zaoferowało trzy dodatkowe seanse. Gdy widzi się, jak rozgadana publiczność rozchodzi się zadowolona, prawie wydaje się możliwie schowanie do lamusa czarnych wizji mojego duńskiego przyjaciela, że z grenlandzką kulturą można się będzie jedynie spotkać w duńskich bibliotekach publicznych. Jednak nie zapominajmy – seans nie odbył się w kinie, a jedynie w przerobionym poddaszu z projektorem.

Nie powinno to nikogo dziwić, biorąc pod uwagę, że sam „Nuumio”, pomimo duńskiego reżysera i ekipy, nigdy nie wszedł do kin w Danii. „Grenlandzkie filmy są po prostu zbyt lokalne, aby udało im się tutaj” - mówi reżyser Torben. Duńczycy, którzy przychodzą na kulturalne wydarzenia grenlandzkie przeważnie stanowią mniejszość i mają jakieś powiązania z wyspą, zgadza się również Vivi Nielsen. „Szczerze mówiąc, po prostu nie interesuje mnie to, co się tam dzieje” - mówi mi kilka godzin później duński student w barze, po tym jak z wahaniem odpowiedział na moje pytanie o stolicę Grenlandii. Kiełkująca grenlandzka branża filmowa może pochwalić sama siebie za pośrednie przyczynienie się do otwarcia w 2012 r. pierwszej grenlandzkiej szkoły aktorskiej.

Grenlandzki talent, który wychodzi z cienia, aby opowiedzieć swoją historię nadal czeka na duńską publiczność.

Serdeczne podziękowania dla Ulrika Borcha oraz całej ekipy cafebabel.com z Kopenhagi

Powyższy artykuł jest owocem pracy jednego z dziennikarzy, biorących udział w projekcie cafebabel.com pt. "Multikulti on the Ground 2011-2012" i wchodzi w skład serii artykułów podejmujących kwestię multikulturalizmu w Europie.

Fot.: główna,,  S.O.S. Isbjerg © Greenlandic film festival; "Borgen" © kadr z filmu "Borgen"/ wideo: trailer filmu pt. "Qaqqat Alanngui" (cc) TumitProduction; trailer filmu pt. "Nuumioq" (cc) qosikim/ youtube