kultura

Eboy: Wyczucie miasta w pikselach

Artykuł opublikowany 4 marca 2008
na stronie głównej
Artykuł opublikowany 4 marca 2008
Londyn, Kolonia, Berlin, Wenecja, Tokio: Berlińska grupa projektantów 'eboy' określa siebie jako "kapelę jazzową, która na przekór stałym koncepcjom urbanizacji, improwizuje"

Videochat mit EboyKai Vermehr (47), Steffen Sauerteig oraz Svend Smital (41) tworzą eboy - stworzoną w 1997 roku grupą grafików, która z pojedynczych punktów, pikseli, tworzy dowcipne plakaty miejskie, ilustracje do gazet i materiałów znanych projektantów mody takich jak Paul Smith. Na wywiad w zimny i mokry berliński poniedziałek umawiają się osobno i wolą wideokonferencję, gdyż pracują w trzech biurach w różnych punktach miasta.

(Fot.: Louisa Reichstetter)

Ile mieliście lat, gdy klocki Lego na dobre znikneły na poddaszu?

Nadal nie znalazły się na poddaszu! Teraz, odkąd mamy dzieci, mamy jeszcze więcej z nich pożytku!

Jak wygląda wasza praca? Pracujecie w Photoshopie czy opracowaliście własny program?

Pracujemy w Photoshopie, prostym narzędziem, które działa jak pisak. Budujemy z pikseli domy, drzewa, ludzi i zapisujemy w bazie danych. Duże obrazy powstają poprzez zagęszczenie i połączenie różnych obrazów, przedmiotów z naszej "biblioteki". Zmieniamy ich wygląd, kolor, pracujemy na tak zwanych warstwach, dzięki czemu nawet po długim czasie można wrócić do poprzedniej warstwy i zmienić jakieś szczegóły.

Jak długo trwa praca nad portretem miasta?

BerlinTo zależy od obrazu, ale uśredniając, przynajmniej miesiąc-dwa. Może też trwać latami, bo do istniejących już obrazów wciąż dodajemy coraz to nowe rzeczy.

Portret Berlina (Fot.: ©eboy)

Czy obrazy zawierają również wasze doświadczenia z życia codziennego czy podróży po portretowanych miastach?

Najpierw szukamy cech typowych, żeby miasto było dla oglądającego obraz w ogóle rozpoznawalne. Oczywiście w naszych pracach jest dużo z nas samych i na pewno coś z tego, co w tych miastach przeżywamy lub przeżyliśmy. Nie jest to jednak częścią jakiegoś planu, a raczej wynikiem fantazji i gry z obrazami.

W czasach, gdy reklamuje się aparaty o coraz większej rozdzielczości, w waszych projektach widać dokładnie piksele. Jak wpadliście na pomysł takiej "estetyki w przeciwnym kierunku"?

Stadtporträt LondonMam wrażenie że od wieków już rysujemy te nasze obrazy na erkanie, w końcu Eboy istnieje już od 1997! Jesteśmy starsi od Google! [Wszyscy się śmieją] W każdym razie zapisywaliśmy pierwsze obrazy na dyskietce i rozdawaliśmy przyjaciołom i znajomym, mówiąc: "Jeśli się wam podoba, to skopiujcie to i dajcie kolejną dyskietkę waszym przyjaciołom". Tak stawaliśmy się coraz bardziej znani i do dziś bezpośrednia praca z pikselami sprawia nam przyjemność. To nie jest ani zdecydowane odgraniczanie się od trendu coraz wyższej rozdzielczości, ani świadomy trik retro.

Portret Londynu (Fot.: ©eboy)

Na waszych dziko kolorowych projektach widać mało organicznych rzeczy - mało tam zieleni, mało zwierząt, nawet ludzie wyglądają, jakby byli z plastiku. Poza tym toczą się potwory przez scenerię. Czy ta wizja wroga życiu jest przyszłością miast?

Nie widzimy tego tak świadomie. Możemy równie dobrze zrobić obraz dżungli. Napewno zrobimy to niedługo, dobry pomysł! Pikselowe przedmioty mają to do siebie, iż wyglądają bardziej sztywno i prosto, niż jakby były rysowane ołówkiem na papierze. To właśnie jest wyzwaniem, aby wyglądały mimo tego dobrze. To nie ma nic wspólnego z wrogością wobec życia czy przyszłością, jest raczej wynikiem prostych środków, którymi się posługujemy.

Jaki plan przestrzeni urbanistycznej ukrywa się za waszymi projektami?

Żaden! [Śmiech] Nie, na serio, w naszych obrazach w sumie nie ma teoretycznych wymagań. Jeśli nam coś przypasuje, to musi tam być. To sprawa wyczucia. Tak więc ważniejsze jest, że gdzieś się pojawi potwór, niż żeby była koncepcja urbanizacji. Eboy jest jak kapela jazzowa: improwizujemy.

Co znaczy dla was Europa?

Europa - to całe mnóstwo różnych wrażeń. Plakat Berlina łączy w zasadzie wszystko, co dzieje się w Europie: wschód i zachód spotykają się, tu dzieje się tak wiele, miasto jest młode i dzikie.

Do jakiego stopnia historia miejsc wpływa na obraz?

Kochamy ładne rzeczy, życie jako takie, lubimy wyżyć się w naszych obrazach. Więc może się pojawić historyczna scena, jeśli jest odjazdowa. Na przykład zafascynowały nas stare japońskie ogrody w Tokio.

Jakie są reakcje kobiet na to, jak są przez was pokazywane?

Wykazują się zrozumieniem. [Wszyscy po krótkiej ciszy wybuchają śmiechem]. Przez te wszystkie lata dostaliśmy tylko parę złych maili od kobiet. Jesteśmy po prostu chłopcami, tak więc budujemy sobie od czasu do czasu z pikseli nagą kobietę.

A kto kupuje wasze plastikowe figury?

Ludzie tacy (Fot: ©dkny)jak my! Nasz sąsiad na przykład kieruje administracją dużego sziptala, a i tak lubi nasze figurki. Dużo ludzi kupuje je też dla swoich dzieci, bo są tak duże jak ludziki Playmobil i przypominają bardziej zabawki niż objekty sztuki.

Wasze biura mieszczą się w różnych częściach Berlina. Potrzebujecie być z dala od siebie, aby pracować ze sobą?

To ma raczej pragamtyczne powody w postaci miejsca zamieszkania. Odkąd ja [Steffen] mieszkam w Zehlendorf, nie mam ochoty jeździć codziennie przez całe miasto, aby potem i tak tylko pracować przy komputerze. Ja [Kai] dzieliłem się już z obojgiem biurem, ale wtedy tylko gadałem zamiast pracować!