kultura

Edynburg: Sztuka jest gwarancją zdrowia

Artykuł opublikowany 24 listopada 2014
Artykuł opublikowany 24 listopada 2014

Kreatywność Edynburga osławiona w świecie dzięki Fringe - festiwalowi teatralnemu, który każdego lata ściąga do miasta tysiące odwiedzających, wykracza poza teatralne scenariusze. Sztuka  dociera do szpitali, pomagając dzieciom w walcę z chorobą i zmienia życie młodych, którzy z różnych przyczyn nie odnaleźli jeszcze swojej drogi.

O Edynburgu i słynnym festiwalu Fringe, który co roku w sierpniu przyciąga do miasta setki trup teatralnych z całego świata, słyszeli chyba wszyscy. Ale czy sztuka sięga też poza Fringe? Pojechałem do Edynburga, żeby sprawdzić do jakiego stopnia sztuka i kreatywność kieruje życiem Szkotów, co dzieje się w pozostałych miesiącach, czy Fringe jest tylko próbką kulturalnego życia stolicy, które toczy się tu całym rokiem czy też, wręcz przeciwnie, festiwal jest niczym kwiat jednej nocy. Zupełnie zaskoczyło mnie to, co tam odkryłem. Dla wielu Szkotów kreatywność wykracza daleko poza kulturę: jest sposobem na życie, albo nawet jego sensem.

Sztuka w szpitalu

Z terapeutką Sheeną McGregor spotykam się w pawilonie Caledonia szpitala dziecięcego Yorkhill w Glasgow, oddalonego o kilka godzin pociągiem od Edynburga. Sheena od 15 lat poświęca się arteterapii, dziedzinie z ponad 50-letnią tradycją, która narodziła się w Wielkiej Brytanii po drugiej wojnie światowej. Sheena tłumaczy mi, że na początku zaczęto stosować arteterapię w więzieniach i szpitalach u pacjentów z gruźlicą lub zaburzeniami psychicznymi.

Wsółpracując również ze stowarzyszeniem Creative Therapies, Sheena cztery dni w tygodniu prowadzi zajęcia z dziećmi borykającymi się z problemami psychicznymi, chorobami serca, zaburzeniami odżywiania czy walczącymi ze stresem emocjonalnym. „Dzieci zwykle mówią, że wszystko jest w porządku, nawet jeśli w rzeczywistości jest inaczej. Po prostu nie znajdują słów do wyrażenia tego, co czują” - mówi Sheena. Chodzi tu głównie o dzieci, które nie mogą żyć tak, jak ich rówieśnicy, przez co czują się inne i, w pewnym sensie, słabsze. Wystarczy jednak, że przekroczą próg pawilonu Caledonia i wszystko się zmienia. Sheena pomaga im odnaleźć ich największą siłę: kreatywność. „Nie mogą uprawiać sportów i robić wielu innych rzeczy, które zajmują ich rówieśników, ale mogą tworzyć sztukę i rozwijać kreatywność. Tworzą wspaniałe rzeczy” - opowiada Sheena pokazując mi prace swoich pacjentów sprzed kilku lat. „To bardzo osobiste, niematerialne i nieoczywiste, trzeba tu dojrzeć jak dziecko się czuje, jak oddycha, jak wchodzi do mieszkania, to jest oparte na naszych relacjach” - tłumaczy.

Chociaż arteterapia ma długą tradycję w Zjednoczonym Królestwie, moja rozmówczyni przyznaje, że wielu rodziców jest nieufnych wobec tej metody. Jednak ich nastawienie z czasem się zmienia. „Pielęgniarki powiedziały mi, że mój syn odczuwał strach egzystencjalny, ale wygląda na to, że bardzo pomagają mu te zajęcia. Dostarczają rozrywki, pozwalają pracować manualnie razem z dziećmi do niego podobnymi. Wydaje mi się, że rozwija się jego wnętrze” - opowiada matka 10-letniego pacjenta Sheeny. „Zawsze odbieram go ze szkoły zmęczonego i w złym humorze, ale kiedy wracamy ze szpitala zmienia się: jest dużo bardziej komunikatywny, wyłącza radio i ze mną rozmawia”. Bardzo ważne jest również to, że sami lekarze polecają rodzicom zabranie dziecka na zajęcia z arteterapii w trakcie leczenia, ponieważ „widzą różnicę – dzieci są bardziej pewne siebie, mniej przygnębione, bardziej ożywione, bardziej przypominają normalne dzieci” - dodaje terapeutka. „Problem medycyny to uprzedmiotowienie dzieci. Dzięki arteterapii przestają być traktowane jak problem kardiologiczny, zaczynają czuć się jak ludzie kreatywni” - mówi.

Stworzyć drogę

Edynburg wychodzi jednak również poza terapię w sensie klinicznym. Prowadzone są tu również programy, które łączą sztukę i kreatywność z pracą społeczną i pomocą psychologiczną. W The Printworks we wschodnej części miasta, stowarzyszenie Impact Arts już od dwóch dekad działa na rzecz włączenie nastolatków do sfery społecznej i na rynek pracy poprzez projekt Creative Pathways. Docieram tam w samo południe i zastaję siedzibę organizacji jako jasną i dosyć zdezorganizowaną przestrzeń. Wszędzie widać ślady pracy twórczej: szkice, makiety, drewniane płyty, kawałki ubrań i kredki. Co trzy miesiące 30 nastolatków między 16 a 19 rokiem życia uczestniczy w programach kształcenia zawodowego w ramach sztuk scenicznych takich jak aktorstwo, dramaturgia, projektowanie kostiumów i dekoracji.

Rozkładając wielką teczkę Sarah Wallace, koordynatorka projektów w centrum, tłumaczy mi zasady funkcjonowania organizacji. „Kiedy rozpoczęliśmy pracę nad Creative Pathways, był to sposób na podtrzymywanie kultury i stworzenie szansy na zdobycie pracy dla młodych osób” - tłumaczy. Jedynym wymogiem, który trzeba przestrzegać, żeby dostać się do programu jest wiek, chociaż „zdecydowana większość trafia do nas poprzez różne organizacje, jak obrońcy dzieci czy pracownicy socjalni, bo wielu nie zostało przyjętych do szkół lub nie skończyli edukacji”. Dlatego Creative Pathways stara się sięgać wzrokiem dalej i nie koncentrować się jedynie uczeniu technicznych podstaw produkcji teatralnej. Organizacja stawia sobie również za zadanie dostarczyć swoim podopiecznym narzędzi społecznych koniecznych do znalezienia motywacji, by podążać naprzód. Ta motywacja pomoże im znaleźć pracę i, w niektórych przypadkach, odmienić swoje życie. „Staramy się zmieniać życie ludzi poprzez sztukę. W wymiarze osobistym może to oznaczać wzrost zaufania i szacunku do siebie - sztuka pozwala bowiem na eksplorację siebie i rozwój” - dodaje Simaica Carrasco, nauczycielka dramaturgii i pracy z ciałem.

Matti to jeden z jej uczniów. Na pierwszy rzut oka wydaje się nieśmiały i trzymający się trochę na dystans wobec grupy. Jednak gdy tylko dać mu trochę przestrzeni zaczyna czuć się pewniej i staje się bardzo rozmowny. „Większość z nas posiada inteligencję innego typu, mamy inną wizję świata i nienajlepiej radzimy sobie z konwencjonalną edukacją - jesteśmy bardziej kreatywni, mamy inne narzędzia rozumienia świata” - opowiada mi w sposób niezwykle jasny, jednocześnie przekonując mnie, że kurs pomaga mu „robić rzeczy, które jakiś czas temu wydawały mi się niemożliwe, jak publiczne przemowy”.

Część z tych dzieciaków, którzy zanim wzięli udział w programie należeli do szkockich NEETs (Not in Education, Employment or Training) dostaje pracę w organizacji. Tak potoczył się los Rihanny która po ukończeniu kursu scenografii została asystentką nauczyciela. Dziewczyna przerwała edukację w wieku 15 lat i przez trzy lata nie mogła znaleźć zatrudnienia. „Ta praca naprawdę pomaga mi rozwijać moje umiejętności społeczne. Gdybyś spróbował zadać mi te wszystkie pytania rok temu prawdopodobnie zapadłabym się pod ziemię, a teraz czuję się dużo pewniej i jestem w stanie zachęcać wszystkich, by kontynuowali naukę i rozwijali swoje umiejętności” - opowiada wciąż piłując kawałek drewna. Obecnie Rihanna pracuje nad zleceniem na osiem schodków zamówionych przez lokalną kompanię teatralną. Czas nagli, a wciąż pozostaje dużo do zrobienia. Na szczęście tym młodym ludziom nie brak motywacji i chęci.

Artykuł jest częścią edycji specjalnej poświęconej Edynburgowi i został zrealizowany w ramach projektu Cafebabel „EU In Motion” sponsorowanego przez Parlament Europejski oraz fundację Hippocrène.