kultura

Europejscy mieszczanie według Gerharda Glücka

Artykuł opublikowany 24 kwietnia 2009
Artykuł opublikowany 24 kwietnia 2009
Co nie gra u sąsiadów? – w gościnie u niemieckiego rysownika Gerharda Glücka.

Żywopłoty w ogródkach przed domami są starannie przystrzyżone. Prawie nie widać wysokich płotów pomiędzy poszczególnymi działkami. Audi i volva stoją bezpiecznie w garażach. A wieczorami opuszcza się rolety – niemal automatycznie. Wszystko dobrze zorganizowane z widokiem na zieleń pola golfowego. Tylko jedna osoba nie pasuje do tej idylli: rysownik – karykaturzysta Gerhard Glück. Zagorzały prześmiewca drobnomieszczańskości mieszka w jej sercu, w secesyjnej willi pięknie położonej na zboczu wzgórza nad Kassel. Tylko tu powstaje jego sztuka, za którą już trzykrotnie otrzymał niemiecką nagrodę w dziedzinie karykatury.

W przeciwieństwie do kolegów, Glück nie tworzy satyry politycznej rysowanej szybką kreską. Jego scenki to maleńkie obrazy malowane farbami akrylowymi i temperami. Przeciętni Europejczycy, średnio inteligentni przyłapani przy swoich sprawach, w swojej mieszczańskości. Karykatury przedstawiają również ich codzienne tęsknoty. Na przykład pan Stucker. Widzimy go, małego szarego człowieczka z teczką i kapeluszem, stojącego przed pomnikiem. Na cokole rycerz na koniu lancą zabija wijącego się smoka. I podpis „Kiedy pan Stucker zdenerwuje się w domu, można go często zobaczyć stojącego godzinami na placu Świętego Jerzego”.

Zanim zaczął utrzymywać się ze swojej sztuki, Gerhard Glück pracował w szkole jako nauczyciel plastyki. Pewnego razu, przyjaciel poradził mu, żeby wysłał swoje szkice do gazet. Süddeutsche Zeitung odpisała od razu: „Jesteśmy zainteresowani, prosimy o więcej”. Potem Glück zrezygnował z uczenia i pracował już tylko jako rysownik. Od prawie dziesięciu lat rysuje dla NZZ Folio - dodatku do Neue Zürchter Zeitung.

Szwajcarska procedura Glücka

Jak się okazuje, nie łatwo jest pracować zza granicy. Oryginały rysunków są wysyłane do Zurychu przesyłką ekspresową. W razie pośpiechu – jadą nawet pociągiem intercity. Na miejscu są skanowane i do nich dopasowuje się kolorystykę magazynu. Później wracają do autora. „Często musiałem je wydobywać z urzędu celnego – to spory problem, kiedy nie wierzą, że to moja własność“. Z czasem w szwajcarskim urzędzie celnym wypracowano specjalną „procedurę Glücka”, nauczono się rozpoznawać zabawne obrazki.

Obecnie Glück ilustruje tom Ringelnatza. Z ołówkowego szkicu wyłania się knajpa na rogu, z której potykając się wychodzi trzech pijanych. Przy cieście upieczonym przez żonę, artysta wyjaśnia, jak powinno padać światło i co się jeszcze zmieni przed malowaniem. Wyjaśnienie świadczy o wiedzy, ambicji i skrupulatności. Kiedy szybkim ruchem ręki demonstruje padanie światła, żar z papierosa groźnie się przekrzywia – nie spada jednak ani na ciasto, ani na rysunek, a Glück zaciąga się głęboko i mamrocze pod nosem: „maluję niepoważne drobiazgi, dla rozrywki”. A potem spogląda ponad okularami i dodaje: „Ale najmniej poważna jest moja praca. Gdybym teraz zaczął się prezentować jako wielki artysta, to byłoby śmiechu warte. Mieszkam tu sobie po mieszczańsku i tworzę swoją mieszczańską sztukę.” To właśnie taką „mieszczańską sztukę” 64-letni artysta prezentował w albumach i na wystawach w całej Europie. No, bo faktycznie, jeśli dwóch sąsiadów ćwiczy na rowerach treningowych a pointa jest wydrukowana po francusku, może to oznaczać tylko jedno: chodzi o francuskich mieszczan.

(zdj.: wikipedia)Klucz do suchych, europejskich żartów Glücka leży nie w samych rysunkach, lecz w dwóch linijkach tekstu poniżej. Wyjaśniają tylko to, co widoczne, ale wprowadzają też nowy wymiar lakoniczności i absurdu Glücka.

Europejscy mieszczanie „w stylu Spitzwega”

(zdj.: Louisa Reichstetter)Kiedy w latach siedemdziesiątych Glück pracował dla Süddeutsche Zeitung, jego styl był inny. „Nie chciałem wtedy żadnego tekstu. Fascynowała mnie myśl, by rysunki działały niczym pantomima – zgodnie z tradycją wielkich rysowników, takich jak Chaval czy Stangenberg, którzy byli zabawni również bez słów”. To, co Glück obecnie robi, jest w gruncie rzeczy awangardowe w historii sztuki”. Zamiast politycznej argumentacji, przerysowania brzydoty, jego rysunki są przede wszystkim po prostu ładne – jak on sam je określa „w stylu Spitzwega” – nawiązując do twórczości dziewiętnastowiecznego niemieckiego malarza Carla Spitzwega. Ale po przeczytaniu tekstu wdzięk staje się zabawny, a przekaz złośliwy.

(Gerhard Glück)Inspirację do tworzenia postaci znajduje w gazetach, telewizji – a nawet w ogrodzie sąsiadów. To dla niego uosobienie mieszczańskości: „Jeden taki grozi całej okolicy adwokatem. Linijką mierzy odstęp od mojego żywopłotu!” W gruncie rzeczy artysta jest za to wdzięczny, niemal powinien mu wypłacić część tantiem. „Moja sąsiadka jest jedną z tych niewiarygodnie dużych kobiet. Kiedyś w ogrodzie bawiła się piłeczką ze swoim maleńkim pieskiem. Natychmiast zrobiłem szkice, a gotowy obraz nazwałem później ‘zagrożony świat zwierząt’.” Glück śmieje się niczym złośliwy mały chłopiec i natychmiast zapala kolejnego papierosa. Od trzech dekad maluje w domu. A przy tym nie tylko pali, ale również pije – jak twierdzi - całe litry kawy. Ale w domu nie zajmuje się tylko rysowaniem. „Chwileczkę”, mówi z uśmieszkiem i wychodzi z pokoju, a potem wraca z wykonanym z pleksi konturem dziwacznego psa, przyśrubowanym do drewnianej podstawki. „Przed Świętami trochę bawiłem się piłą”. „Zimnego psa”, jak nazywa go Glück, można od spodu podświetlić żarówką LED. Brzegi świecą wtedy na niebiesko i pies staje się karykaturą. Glück nie tylko puszcza oko do czytelników, ale również, jak Picasso, zbiera wszystko, co się da i majsterkuje dla rodziny. Ale Glück odrzuca to porównanie. „Zimne psy mógłbym produkować także z postaciami polityków i drogo sprzedawać”. Ale nie wierzymy takie niecne plany Glücka, który w zamyśleniu zapomniał na chwilę nawet o papierosie zwisającym z ust.

Chociaż zdaje sobie sprawę ze swojej mieszczańskości – pali z buntowniczą obojętnością młodego Jeana-Paula Belmondo.