kultura

Eurowizja: kiepskiej jakości, ale poprawna politycznie

Artykuł opublikowany 11 maja 2009
Artykuł opublikowany 11 maja 2009
Festiwal Eurowizji, zwany też świętem niedomagającej Europy, przypomina coraz bardziej urodziny babci. Tylko cenzura polityczna pozostaje jak zwykle w formie.

Rzućmy okiem na Eurowizję. I, jak roku, na tę samą śpiewkę. Festiwal miał premierę w 1956 roku w Lugano, a jego twórcą jest prezenter Lohengrin Filipelli. W tamtych czasach był on tylko programem radiowym z pojedynczą kamerą wysyłającą sygnał, który tylko niewielu mogło złapać.

Od tamtej epoki do dnia dzisiejszego upłynęło sporo czasu. Dziś, jak w swych „prehistorycznych” czasach, ta leciwa uroczystość upodabnia się coraz bardziej do starodawnego rynku, zabawnego zaplecza sklepu lub pstrokatego bazaru, gdzie sprzedaje się najbardziej absurdalne łaszki, najdziwaczniejsze ozdoby i najbardziej tandetne dodatki, jakie można na sobie zawiesić. I choć szowinistyczna rosyjska ruletka głosów wybiera tę lub inną siedzibę kolejnej edycji festiwalu, wydaje nam się zawsze, że znajdujemy się w tym samym studio.

Jakby tego było mało, owo wielkie okno starego kontynentu zawsze chciało się upolitycznić. Między reflektorami i dekoracjami, trelami i fałszami, chciano mówić o sprawach regionalnych, rewanżach między rodakami, pychach narodowych… Chciano, choć niewiele z tego udało się zrealizować na skutek zawsze obecnej i działającej w miażdżący sposób cenzury.

Nie można uderzać w czułe miejsca

W ten sposób cenzura zabroniła ipso facto teksty, które uznała za bezczelne lub uderzające w czułe miejsca polityki, teksty-wyznania lub mówiące o zasadach, jak w przypadku gdy w 2008 roku Hiszpanie musieli zmienić tekst piosenki Chiki-Chikiego, aby nie poruszać tematu Cháveza czy Rajoya, przewodniczącego opozycji Hiszpańskiej Partii Ludowej. To tak, jakby jakakolwiek manifestacja pretendująca do bycia artystyczną, aktywną i innowacyjną nie miała świętego obowiązku bycia również bezwstydną, śmiałą, ostrą, prowokującą, inteligentną, krytyczną i, w pewien sposób, anarchistyczną.

W tym roku karuzela piosenek oferuje coś dla wszystkich gustów. Zespół z Gruzji, którego piosenka „We don`t wanna put in” („Nie chcemy Putina”) została zdyskwalifikowana, jest aluzją do inwazji, której obiektem zeszłego lata stał się ten kaukaski kraj. Z kolei Izrael jest reprezentowany przez młodą Arabkę i Żydówkę, obie z Izraela. Jest to wielki skandal według tych wszystkich, którzy oskarżają Izrael o ukrywanie pod medialną przykrywką prawdziwej sytuacji Arabów w Palestynie. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze fajerwerki w postaci gniewnych belgijskich fanów Elvisa zbulwersowanych po usłyszeniu jak Patrick Ouchêne z Copycat wystylizowany na piosenkarza mocno obraża króla, i nie chodzi tu o Alberta II, ale właśnie o króla rocka.

Wszystko to przypomina mi sytuację, gdy rząd naszego generalissimusa (Franco) ocenzurował Serrata (barcelońskiego pieśniarza, który odmówił udziału w Eurowizji ponieważ nie mógł zaśpiewać w swoim ojczystym języku, katalońskim) i rozpoczął swą sławną krucjatę, która odniosła sukces w latach 1968 i 1969. Oto prawdziwy spektakl, gdyby nie budził odrazy.