kultura

Gdzie się podziały prawdziwe gwiazdy pop?

Artykuł opublikowany 12 września 2014
Artykuł opublikowany 12 września 2014

David Bowie pojawił się na mainstreamowej scenie muzycznej w 1969 roku. Niczym egzotyczny ptak rozpostarł na niej swoje zdobne skrzydła, dając początek intelektualnemu popowi, który snuł historię o innych światach i sprzeciwiał się stereotypom związanym z płcią, szokując tym samym konserwatywne Wyspy Brytyjskie

Dziś muzyka pop ma się lepiej niż kiedykolwiek. Tak, jak za czasów świetności Bowie'ego, fani dostają fioła, dziewczyny mdleją, a stalkerzy czuwają. Wygląda na to, że ludziom potrzebny jest ktoś, kogo będą czcić. Jednak czy gwiazdy kultury popularnej zasługują na taką służalczość z naszej strony? Szkopuł w tym, że o ile Bowie dostarczał nam niezwykłych historii opowiadających o sentymentalnych grabarzach, najeźdźcach z kosmosu czy utopijnych marzeniach, a jego twórczy umysł inspirował do refleksji nad postmodernistycznym stanem rzeczy, dzisiejsza muzyka mainstreamowa ma słuchaczom do zaoferowania jedynie groteskowe opowieści o ubraniowych metkach, fejsbukowych rozmowach i bajkowych miłościach (z tego miejsca pozdrawiamy Justina Biebera). Serwuje się nam muzykę plastikową, pozbawioną głębi i wyrazistości. Niedawno ukazała się apologia palenia trawki wydana przez jednego z członków grupy One Direction, a Beyoncé przeszła na dietę wegańską – gdzie szukać w tym głębi? Błagam, niech ktoś przywróci nam wymizerowanego kokainą Ziggy'ego Stardusta!

David Bowie jako Ziggy Stardust wykonuje swój kultowy przebój Starman (1972).

Być może niesprawiedliwym jest porównywanie Bowie'ego do Biebera i całej reszty, bo przecież pomimo wielkiej popularności całej tej szmiry, istnieje też mnóstwo bardzo dobrej muzyki. Nasze pokolenie ma możliwość korzystania z dobrodziejstw internetu i odkrywania w nim talentów z całego świata. Internet pozwala nam też na bieżąco śledzić rozwój muzyki elektronicznej. Zespoły takie jak Foxygen czy Unknown Mortal Orchestra zaczynają przenikać do mainstreamu, proponując urocze psychodeliczne melodie i intrygujące współczesne teksty. Ich skinienie w stronę lat 60. było mile widzianym odejściem od klasycznego zabarwienia muzyki indie, ale niedługo trzeba było czekać, aby przekonać się, jak zręcznie udało im się skopiować brzmienie takich grup jak The Velvet Underground i The Kinks

Wystarczy kolejno przesłuchać albumy „We Are The 21st Century Ambassadors of Peace and Magic” Foxygenów i „The Kinks Are the Village Green Preservation Society”, aby przekonać się, że Foxygen jest po prostu Instagramowym zespołem-hołdem złożonym The Kinks. Przetrawione melodie w oprawie z kaftanów i kwiecistych chust we włosach każą mi zastanowić się, czy przebieramy stare w nowe dlatego, że brakuje nam pomysłu na muzykę. Być może dziś mamy szerszy dostęp do muzyki, ale chodzi o to, że nikt nie potrafi zadziwić nas w sposób, w jaki robił to Bowie. I jak niegdyś nasze mamy i nasi ojcowie, miałabym dziś ochotę rzucać własną bieliznę na scenę i omdlewać w uniesieniu. Jednak jakoś nie czuję takiej potrzeby – główny nurt proponowanej nam muzyki wydaje się albo syntetyczny, albo banalny i oklepany.

Uładzone boysbandy vs. brodate kobiety

Być może problem tkwi w tym, że widzieliśmy już wszystko, co można było zobaczyć. Gwiazd pop mamy do wyboru, do koloru – poczynając od uładzonych boysbandów, na brodatych kobietach i postaciach w dziwacznych mięsnych kostiumach kończąc. Konsumujemy tak dużo muzyki i krzykliwych obrazków, a rzadko kiedy skupiamy się na wyjątkowości tekstów czy przekazie utworu. Bowie z kolei mógł czerpać korzyści z kontrastu pomiędzy nim a konserwatywną angielską codziennością i zespołami takimi jak The Beatles, którzy pomimo swojej radykalności, pozostawali grupą mieszczącą się w sferach heteroseksualnie pojmowanej muzyki pop. BBC zrealizowało film pełnometrażowy poświęcony karierze Davida Bowiego w latach 70. Obraz doskonale ilustruje kontrowersje, które wzbudził wtedy piosenkarz – „dziwaczny świr, który nie stroni od towarzystwa kobiet i mężczyzn i angażuje chórki trącące akcentem z Yorkshire”.

The Kinks, We are the Village Green Preservation Society, 1972. 

W filmie BBC, wybiegając w przyszłość, narrator kłopocze się myślami o tym, „co nowego może spłodzić przemysł muzyczny, kiedy nawet David Bowie nie jest już wystarczająco ześwirowany, żeby nas czymś zadziwić”. I choć jego zmartwienie jest uzasadnione, wygląda na to, że nie zdawał sobie on sprawy z tego, że w przypadku Bowiego można dokładnie wskazać pobudki, którymi się kierował – promocję wyzwolenia seksualnego, rzucanie wyzwań społeczeństwu komercyjnemu i wspieranie wolności twórczej. Owszem, dzisiejsze gwiazdy pop nadal szokują, ale fakt, że Justin Bieber kupił małpę czy to, że Miley Cyrus nie potrafi przestać prowokacyjnie trząść tyłkiem w żadnym stopniu nie przyczynia się do otwarcia umysłu na sprawy istotne.

Muzyka pop ogłupia?

Muzyka mainstreamowa, przesiewana przez wytwórnie płytowe i uwikłana w machinacje tych, którzy robią na niej wielkie pieniądze, zdaje się stać w miejscu. Moje pokolenie jest często niesprawiedliwie oskarżane o brak zainteresowania sprawami istotnymi, a tworzona muzyka niestety odzwierciedla ten podgląd. Muzyka Bowie'ego skupiała siły potrzebne dla popchnięcia społeczeństwa do zmian. Niewykluczone, że gdyby oddzielić świat muzyczny od świata biznesu, dzisiejsza muzyka podobnie aktywowałaby społeczeństwo. Tymczasem, nucąc ostatnie przeboje, zadajemy sobie pytanie: czy muzyka pop nas ogłupia?

David Bowie, Life on Mars, 1973.