kultura

Gentryfikacja na Kreuzbergu – po prostu uciec stąd

Artykuł opublikowany 8 lutego 2010
Artykuł opublikowany 8 lutego 2010
Kiedy dawna kultowa dzielnica przemienia się w ulubione miejsce turystów mieszkający tam od dawna berlińczycy uciekają w poszukiwaniu autentyczności. Historia przeprowadzki.

Przeprowadziłam się. Przeciętny berlińczyk robi to co pół roku. Mimo to ja wytrzymałam aż sześć lat na chaotycznej, ale za to jakże interesującej ulicy Oranienstraβe. W tym czasie z okna mojego pokoju w mieszkaniu studenckim mogłam obserwować w sobotni poranek spektakularne niczym w filmie wypadki samochodowe, wściekłych demonstrantów oraz zataczających się transwestytów. Moje rowery były regularnie kradzione lub rozjeżdżane przez samochody. Raz nawet ulicą przebiegł spanikowany źrebak, który uciekł z pobliskiego zoo na Adalbertstraβe.

Berliner zieht es in Richtung Neukölln (Foto ©Juan Ferrer./flickr)

„Powiem tylko: gentryfikacja”

Zaczęło się od indyjskiej sieci restauracji AMRIT, potem otwarto restaurację Ayurveda, punkt spotkań organizacji Antifa stał się kafejką internetową, przybyło sklepów z markową odzieżą, a SO36, miejscu imprez i prawdziwej instytucji w Berlinie, zagroziło zamknięcie. W końcu pewnego wtorkowego poranka za róg wjechał turystyczny autokar, którego pasażerowie machali do mnie radośnie. Postanowiłam wyprowadzić się z tej zgentryfikowanej ulicy. Niech nowo przybyli studenci oraz pięciodniowi turyści z całego świata chodzą do szykownych barów i wymiotują przed klatkami schodowymi. My przeprowadzimy się na nowy ląd – do Neukölln, albo lepiej – Kreuzkölln. Tamtejsze bary ciągle jeszcze są nieodkryte, tureckie rodziny wielodzietne, najbliższa stacja metra oddalona jest o 900 metrów a domy mają po sto lat (i jeszcze nigdy nie były odświeżane).

Berlin-Flair auf Balkonien (Foto ©Songkran/flickr)

Wyszukane mieszkanie z widokiem na kanał dostałyśmy od razu, razem z niedowierzającym pytaniem właściciela „I naprawdę macie Panie pracę?”. Już przy przeprowadzce stało się jasne, że nie jesteśmy jak pozostali mieszkańcy tego budynku. Nasze antyczne meble drewniane (pozbierane od babci i dziadka), pianino i skrzynki pełne książek od razu wzbudziły podejrzliwość wśród naszych sąsiadów. Pogardliwe gesty wobec tych, którzy nam pomagali oraz natarczywe pytania do nas. Nie, nie przeprowadziłyśmy się tutaj z południowych Niemiec, nie, pochodzimy z Berlina i zgadza się, mamy pracę, ale tylko na czas określony. Po tym jak te sprawy zostały wyjaśnione przedstawiono nam inicjatywę mieszkańców przeciwko właścicielowi, który z całą pewnością zdołał już rozpoznać potencjał tej okolicy. Starzy najemcy powinni się wyprowadzić, a na ich miejsce przybyć nowi, o większej zasobności portfela. Już my mamy płacić o 100 euro więcej niż pozostali, a co to będzie z następnymi nowoprzybyłymi – tłumaczyli nasi nowi sąsiedzi.

Troska lokatorów jest jak najbardziej uzasadniona. Z miejscowego parku stworzono ogromny plac do zabaw i gier, dzielnica przyciąga rodziny, bliskość kanału nakręca wysokość czynszów, otwierane są sklepy z markową odzieżą dla dzieci oraz dziwne „miejsca dla sztuki”. Dylemat każdego awangardzisty: otwiera się atelier lub jakiś alternatywny sklep – przyciąga się studentów, artystów a w końcu również ludzi chętnie płacących wysokie czynsze. Pierwotni mieszkańcy przeprowadzają się dalej, okolica wypala się. Aż tak szybko to się wszystko nie potoczy na mojej ulicy, bo dobre dwieście metrów dalej na południe dwa tygodnie po nadejściu zimy ulice nadal nie są posypane i wiele sof stoi tam już od roku. Kiedy jednak w zeszłym tygodniu zamknięto małą obskurną kawiarenkę nieopodal zrobiło się jakoś nieswojo. Komentarz brodatego właściciela: „Powiem tylko: gentryfikacja”.

Więcej na temat gentryfikacji można znaleźć na berlińskim babelblogu (post w języku francuskim)

(zdjęcia: ©bhrgero/flickr; ©Juan Ferrer./flickr; ©Songkran/flickr)