kultura

Ghinzu: belgijskie dzieci rocka

Artykuł opublikowany 9 grudnia 2010
Artykuł opublikowany 9 grudnia 2010
„Im więcej tniesz, tym ostrzejsze się stają”. O kim mowa, o Ghinzu? Trzy albumy utrzymane w stylu rocka alternatywnego, coraz większa sprzedaż, wybuchy na scenie i pełny luz poza nią. Spotkanie podczas francuskiego festiwalu Solidays z będącymi u szczytu formy, Johnem Stargasm i Jeanem Monevideo.

Było sobie pewnego razu pięciu kolesi z Brukseli, którzy poszukiwali ostrego noża na tradycyjnego, sobotniego grilla. Gdy przechodzili obok pewnego sklepu, niemal oczy nie wyszły im z orbit na widok ostrza o wiele bardziej prowokacyjnego od innych: ginsu. „Im więcej tniesz, tym ostrzejsze się stają”. Historia kultowej marki noży przypomina historię belgijskich rozrabiaków z zespołu Ghinzu, którego nazwa sceniczna wywodzi się od tej właśnie marki.

Ich pierwszym albumem, Electronic Jacuzzi, żadna wytwórnia nie była zainteresowana. Nie trzeba jednak więcej, aby pobudzić do działania Johna Stargasm i jego kumpli. Zamiast zrezygnować, sami założyli wytwórnię płytową Dragoon. Ghinzu zadebiutowali w 2000 r. wielkim tournée, które trwało dwa lata. Ten okres ich kariery odbywał się nieco na zasadzie handlu obnośnego: zespół pukał od drzwi do drzwi, przyniosło to jednak swoje efekty: album Electronic Jacuzzi stał się ich znakiem firmowym, szanowanym na belgijskich i francuskich scenach rockowych.

Domowy przepis

©ROB (www.le-hiboo.com)Jak wybrać składniki, kiedy chce się zostać rockowym zespołem rozpoznawalnym w całej Europie? To pytanie pozbawione sensu dla Ghinzu, którzy kultywują sztukę nie brania wszystkiego na poważnie: „Ghinzu, to nie jest kwestia techniki. Wszyscy jesteśmy samoukami, gramy instynktownie”. Wyznaje wokalista John Stargasm, kilka godzin przed wejściem na scenę podczas Solidays. A może jakaś wskazówka, żeby nas pokierować? „Kochasz muzykę, masz w domu pianino, zaczynasz komponować razem z kolegami. Początkowo to tylko hobby. Potem zaczyna to zajmować coraz ważniejsze miejsce w twoim życiu…”.

Sorry, ale niewiele z tego wynika: grupa przyjaciół bez żadnego wykształcenia muzycznego spotyka się od czasu do czasu, żeby razem grać. Może być coś bardziej banalnego? Jest jednak jeden szkopuł: w tym wypadku wszystko kończy się kilkoma tournée po Europie. Przepis na sukces? Muzycy Ghinzu uwielbiają scenę. Nie to, żeby nie lubili pracy w studiu: „Obie są genialne” usilnie podkreśla Jean Montevideo (syntezator i gitara), jednak podczas tournée czują się jak ryba w wodzie: „Scena? To zawsze przychodziło nam bardzo naturalnie. Za kulisami często mijamy znajomych muzyków, którzy wymiotują z powodu stresu… (śmiech) Ale my dajemy radę”. A do czego prowadzi zbytnia odporność na stres? W 2005 r., kiedy awaria prądu zniszczyła ich występ na Eurokéennes de Belfort [jeden z największych francuskich festiwali rockowych, przyp.tłum], Belgowie jeszcze przez ponad kwadrans grali na perkusji i skakali po głośnikach.

Nawet podczas wywiadów czują się bardzo swobodnie. Nasz ma miejsce przy stole piknikowym, kapelusze, okulary przeciwsłoneczne i inne tego typu rzeczy. I niekoniecznie poważne odpowiedzi: „Jacy belgijscy muzycy was inspirują?”. „Uwielbiamy Tata Yo Yo, także Yvette Hurner wywarła na nas ogromny wpływ…” - odparowuje Jean Montavideo, bardzo poważnie, bez najmniejszego uśmiechu na twarzy. Ech, ten belgijski humor…

John Stargasm (w głebi) i Jean Montevideo (devant)

Belgia? Urzekająca i patetyczna

Humor, którego o mało co nie stracili z powodu chaosu panującego na belgijskiej scenie politycznej… Jednak Belgia to ich dom i Ghinzu wyznaje popularny tam liberalizm: „To ta urzekająca i patetyczna strona Belgii: nasz rynek muzyczny nie jest zbyt rozbudowany i nie ma ciśnienia, żeby to się zmieniło. Dlatego właśnie działamy w sposób raczej niezależny”. Nawet bardzo niezależny - pierwszy album wyprodukowany samodzielnie, drugi, Blow, wydali w 2003 r. pod skrzydłami niezależnej wytwórni Bang!, która po swoimi skrzydłami ma także inne belgijskie zespoły rockowe, takie jak Zita Swoon i Girls in Hawaii. Potem poszli już prosto po swój najnowszy album, Mirror Mirror, wydany w 2009 r. przez niezależną wytwórnię PIAS w Belgii i Universal we Francji. Nie jest to jednak koniec ich niezależności. Wręcz przeciwnie, swobody mają teraz jeszcze więcej: „Zawsze byliśmy niezależni tylko dlatego, że żadnej wytwórni się nie podobaliśmy”, śmieje się John. „W tym momencie działamy z jedną wytwórnią i to bardzo dużo zmienia. To mianowicie, że nasze płyty są teraz do kupienia także za granicą…”. Skończyło się łażenie od drzwi do drzwi. Ale nie występy. Zwłaszcza jeśli stacje radiowe nie działają tak, jak powinny. „Pomiędzy artystami jest pewna więź. Nie ma jakiegoś rozłamu pomiędzy muzykami śpiewającymi po francusku i po flamandzku”, stwierdza John, choć raz na poważnie, opowiadając o wpływie kryzysu politycznego na artystów. „Jednak niektóre flamandzkie stacje radiowe odmówiły grania naszego albumu”, wyznaje Jean Montevideo.

Muzycy pozostają jednak spokojni wobec kryzysu tożsamości „W gruncie rzeczy uważamy, że to wielka szkoda”, przyznaje John. „Jest mniej solidarności. Politycy dali początek pewnego rodzaju obsesji, która doprowadziła do prawdziwej blokady. To jest absurdalne, ponieważ Belgia leży w miejscu styku wielu krajów i kultur, i aby istnieć, musi się na nie otworzyć!”. Marzy nam się, aby belgijscy politycy przyszli na koncert Ghinzu podczas Solidays, wysłuchali rewelacyjnej muzyki Johna, gwałtownie wygrywanej na pianinie. Czy krzyczeliby „Do you read me?” do belgijskich separatystów? Bart de Wever i Elio di Rupo odpowiedzieliby na pewno chórem: „Tak”…

Zdj.: Główne i John Stargasm: ©ROD www.le-hiboo.com/dzięki uprzejmości Ghinzu ; Piknik:  ©Purificacion Lucena; Wideo: reklama Ginsu 2000 : ginsuguy/YouTube ;Eurockéennes 2005 : did1800/YouTube ; "Do you read me" : shukin/YouTube