kultura

Hinds: „Ludzie widzą tylko to, że jesteśmy dziewczynami"

Artykuł opublikowany 29 kwietnia 2016
Artykuł opublikowany 29 kwietnia 2016

Hinds jest kapelą garażową, w której skład wchodzą cztery Hiszpanki, które musiały błyskawicznie skonfrontować się nie tylko z sukcesem, lecz także z masą uprzedzeń. I choć ich debiutancki album może być jednym z najciekawszych przykładów europejskiego rockowego brzmienia, świat rocka wciąż widzi w nich tylko „dziewczyny, które chcą się zabawić”. Zapytaliśmy Carlotę i Anę o szczegóły.

Cafébabel: Kiedy zdałyście sobie sprawę z tego, że jesteście zespołem?

Hinds: To wszystko stało się bardzo szybko. Trzy lata temu nasza dwójka robiła próby. Następnie zawiesiłyśmy działalność kapeli, by potem wznowić próby z dwiema innymi dziewczynami (Ade Martín i Amber Grimbergen - przyp. red.). Kiedy nagrałyśmy nasze kawałki, okazało się, że ludzie bardzo je polubili. A później już nie za bardzo rozumiałyśmy, co się wydarzyło. Spadło to na nas jak grom z jasnego nieba. Nie odrzuciłyśmy żadnej propozycji, a zespół stał się dla nas sprawą numer jeden.

Cafébabel: Ale miałyście ochotę na robienie kariery muzycznej?

Hinds: Wiesz co, nie do końca. W końcu na tym świecie nie brakuje muzyków. Nie sądziłyśmy, że też będziemy w stanie nimi być. Cztery lata temu, gdy zaczynałyśmy razem grać, starałyśmy się wierzyć w naszą muzykę, jednak nie do końca podobało nam się to, co robiłyśmy. Później, gdy już napisałyśmy kilka numerów, sprawy potoczyły się bardzo szybko. I nagle okazało się, że jesteśmy zespołem!

Cafébabel: Pamiętacie wasz pierwszy koncert?

Hinds: Pewnie! To było w Madrycie, na przeglądzie kapel rockowych. Już dwa miesiące wcześniej wiedziałyśmy, że zagramy ten koncert, a nasz repertuar liczył wtedy tylko dwa kawałki. Ale napisałyśmy kolejne, dałyśmy z siebie wszystko i... wygrałyśmy. A potem wszystko poszło gładko.

Hinds - Chilly Town

Cafébabel: Dziś odnosicie sukces i to nawet za granicą. Jak sobie z tym radzicie?

Hinds: Bardzo nas to jara. Trudno jest zyskać sobie sympatię fanów na całym świecie. A możliwość wyjazdu w trasę po Stanach czy Azji (wywiad przeprowadzono na kilka godzin przed ich wyjazdem do Hong Kongu - przyp. red.) to niezwykle skomplikowana sprawa dla takiej młodej kapeli, jak nasza. Serio, nie mamy czasu na zmęczenie. Z drugiej strony - nie możemy narzekać. Nawet na to, że mamy wywiad na Skypie w dniu, w którym wylatujemy do Hong Kongu. Gdyby okazało się, że trzeba udzielić 150 wywiadów, zrobiłybyśmy to, bo wiemy, że warto. Odkryłyśmy, co chcemy robić w życiu.

Cafébabel: Macie swoje pewnego rodzaju hasło, które brzmi: Nuestras mierdas, nuestras rulas („Nasze gówna, nasze zasady” - przyp. red.). Jak należy je rozumieć?

Hinds: Że robimy muzykę tak, jak chcemy. Piosenki, które piszemy, są całkowicie nasze i chcemy, żeby były zaakceptowane w ich oryginalnej formie. Kiedy jednocześnie piszesz piosenki i je wykonujesz, wydaje ci się to łatwe. Ale gdy tylko wkraczasz w świat przemysłu muzycznego, zaczynasz zdawać sobie sprawę z istnienia całej masy zasad, których musisz przestrzegać. Cały czas jednak staramy się pozostać sobą, a naszą najważniejszą zasadą jest zachowanie własnych gustów i zdań. I chcemy, żeby tak już zostało.

Cafébabel: Z jakich trudności zdałyście sobie sprawę podczas pracy nad Waszym pierwszym albumem Leave Me Alone?

Hinds: Od pierwszej napisanej piosenki wiedziałyśmy, ile pracy będzie kosztowało granie w Hinds. Kiedy pokazujesz, co zrobiłeś, musisz pomyśleć o wszystkim: o klipie, który będzie pasował do danego numeru, o planowaniu trasy, o merchandisingu, o okładkach singli, supportowaniu zespołów, pisaniu maili, kontakcie z fanami, koncertach. Przez cały czas jest tyle do zrobienia! Wiesz co, teraz akurat nie piszemy, a to wcale nie jest najgorsze! Naprawdę wolałybyśmy po prostu tworzyć, a nie tworzyć i jednocześnie ogarniać milion innych rzeczy.

Cafébabel: Przeszkadza wam to czasem?

Hinds: Nie, ale męczy, bo cały czas pracujemy. Życie, które wybrałyśmy, nie przewiduje reguł, określonych godzin pracy, wolnych weekendów. Czasami, przez różnice czasu, udzielamy wywiadów w środku nocy. W skrócie chodzi o to, że odkąd zdecydowałyśmy się, że pójdziemy na całość, nagle mamy kupę roboty! I chociaż może jesteśmy fizycznie zmęczone, wcale nie mamy tego wszystkiego dosyć.

cafébabel : Czasami mówicie, że w świecie muzyki króluje seksizm. Doświadczyłyście go na własnej skórze?

Hinds: Tak, wiele razy, ale nie powiedziałybyśmy, że jest to związane ze sceną garage rocka. Samo zjawisko przekracza ramy rocka, a nawet całego środowiska muzycznego. Niektórzy nadal twierdzą, że widok dziewczyn grających na instrumentach na scenie jest czymś dziwnym. Wiele razy byłyśmy ofiarami dyskryminacji. Wszystko zależy od koncertu i publiczności. To prawdziwy problem społeczny, czasem wręcz uniemożliwia komunikowanie się z ludźmi. Oni tego nie rozumieją. Nawet nie interesują się naszą muzyką, widzą tylko to, że jesteśmy dziewczynami. 

Cafébabel: Jak możecie to wyjaśnić?

Hinds: Nadal żyjemy w świecie pełnym macho. Nie chcemy przez to powiedzieć, że społeczeństwo ma problem z kobietami, ale po tym, jak postawiłyśmy pierwsze kroki w świecie muzyki, zauważyłyśmy, że w kwestii równouprawnienia kobiet i mężczyzn nadal jest dużo do zrobienia. No nie wiem, stary, widziałeś na przykład line up-y takich festiwali jak Coachella, Glastonbury czy Pitchfork? Zespoły złożone z kobiet nie stanowią nawet 10% występujących.

Cafébabel: Jaki rodzaj dyskryminacji odczułyście na własnej skórze?

Hinds: Dyskryminacja może przyjść z każdej strony. Zauważyłyśmy, że prasa mocno angażuje się w rozpowszechnianie stereotypów. Pojawiały się dziwne artykuły na nasz temat. Skupiały się one na wszystkim oprócz naszej muzyki. Często mamy wrażenie, że ludzie bardziej niż tym, co robimy, interesują się tym, co sobą reprezentujemy jako dziewczyny, które grają sobie dla zabawy. Mało kto mówi o naszych występach czy sposobie pisania utworów. Jest to coś, co trudno nam zaakceptować. Mamy dosyć tego, że cały czas porównuje się nas do Warpaint czy Wolf Alice tylko dlatego, że jesteśmy dziewczynami. To takie wrzucanie do jednego worka, a uwierz mi, że potem naprawdę ciężko się z niego wydostać.

Cafébabel: No właśnie, w takim razie ...

Hinds (przerywają): To, że nie mówimy o polityce, nie znaczy wcale, że w tym temacie nie mamy nic do powiedzenia. W naszych piosenkach opowiadamy o miłości, a mówienie o tym jest bardzo skomplikowane. Mimo to sądzimy, że to bardzo ważne.

Cafébabel: Dlaczego mówienie o miłości jest takie skomplikowane?

Hinds: Może dlatego, że świat kręci się dzięki miłości? Kiedy piszemy piosenki, mamy ciągłą potrzebę wyrażania tego, co czujemy. I robimy to w poetycki sposób. A jeśli chodzi o miłość, to naprawdę wiemy, o czym mówimy.

Hinds - „Garden”

Cafébabel: Bardzo dużo mówicie także o waszym mieście rodzinnym. Co sprawia, że Madryt jest taki wyjątkowy?

Hinds: Madryt jest fajnym miastem, ale któż by o tym nie wiedział? I ta popularność jeszcze dodaje mu uroku. Ludzie nie oceniają cię po tym, jak się ubierasz, albo skąd pochodzisz. No i nie jest tu drogo; w ulicznym barze możesz kupić piwo za 1 euro, mimo że to nielegalne. Kiedyś, gdy jeszcze mieszkałyśmy w Madrycie, dużo zakuwałyśmy na studiach. Wieczorami jednak zawsze wychodziłyśmy na piwo do tych samych czterech barów w Malasañi (dzielnicy clubbingu - przyp. red.). Tak naprawdę najwięcej czasu spędzałyśmy przed tymi barami, chyba po prostu lubiłyśmy spędzać czas na świeżym powietrzu. Teraz, szczerze mówiąc, rzadko kiedy tam bywamy. Mamy tak napięty grafik, że na trasie wpadamy do Madrytu tylko na 3 dni w miesiącu. I niestety nie jesteśmy w stanie na bieżąco śledzić to, co się tam dzieje.

_

Posłuchaj: Hinds - „Leave Me Alone” (premiera albumu 8 stycznia 2016 nakładem Lucky Number - zamów pre-order)