kultura

Inna Bruksela: podróż w ekosnach własnych artystów

Artykuł opublikowany 8 lutego 2011
Artykuł opublikowany 8 lutego 2011
Nie wszyscy to wiedzą, ale istnieje również inna Bruksela – odmienna od tej, do której każdy może z łatwością dotrzeć. Jest bardziej zielona, bardziej romantyczna, bardziej ludzka.
To ta żyjąca w wyobraźni i w projektach tych, którzy w tym mieście się wychowali i nauczyli się kochać je takim, jakim ono jest, wraz z jego sprzecznościami, niepohamowanym wyścigiem w stronę nielogicznej konstrukcji, jego współistnieniem „na siłę” między dwiema skrajnymi duszami Europy: tą romańską i tą germańską. Poprzez swoje dzieła, twórca komiksów, wizjonerski architekt oraz artysta-wydawca opowiadają nam o tym, jak i dlaczego śnią o innej Brukseli. Reportaż.

Od Bruxelles do Brüsel

cień i beton... pesymistyczna wizja miasta„Miasto od półtora wieku sprzedane ku zadowoleniu polityków i sponsorów”. Tymi słowami rozpoczyna się Brüsel , kultowy komiks, tu w Belgii. François Schuiten i Benoit Peeters zilustrowali w nim prawdziwe równoległe miasto zduszone fenomenem „brukselizacji” [bruxellisation], który właśnie od nazwy tej europejskiej stolicy bierze swoją nazwę. Komiks opowiada historię kwiaciarza, który wierzy, że postęp zależy od „bogini plastiku”, która ma być rozwiązaniem na organiczną degradację. On, a wokół niego całe miasto, stają się ofiarami systematycznego odczłowieczenia będącego dziełem megalomańskiego biznesmena.

Nietrudno rozpoznać w tym obrazie wszystkie transformacje, które Bruksela w rzeczywistości odczuła na własnych murach. Od wizjonerskich szaleństw burmistrza Brukseli Anspacha (mającego obsesję na punkcie Paryża Haussmanna), który wydał polecenie rozpoczęcia prac nad kanalizacją Senny – rzeki obecnie będącej jedynie duchem przemierzającym miasto – przez niepokojący projekt połączenia kolejowego północ-południe, który wyludnił centrum miasta, aż do błędnego koła destrukcja-rekonstrukcja niweczącego architektoniczne dziedzictwo stolicy. Dużo bardziej niż zwykły komiks, ten antyliberalny pamflet ukazuje, otwarte jeszcze, rany miasta opanowanego przez postęp, żelazo i beton. Po przeczytaniu go zaczyna się rozumieć, dlaczego bycie nazwanym „architektem” to w Belgii jedna z najgorszych obelg, jaką można sobie wyobrazić. Na szczęście ja spotkałem jednego, dość szczególnego.

Luc Schuiten: od wyobraźni do możliwości

Luc Schuiten to brat François. Ten projektujący od lat architekt-wizjoner o obliczu szalonego naukowca i łagodnym, uspokajającym uśmiechu, wierzy w inną Brukselę – całkowicie ekowystarczalną. Przyjmuje mnie w swoim domu-studio, swojego rodzaju ziemskim raju, w którego salonie można natknąć się na dąb. „Różnica między komiksem mojego brata a moją pracą – tłumaczy mi – jest taka, że tam próbuje opowiedzieć się pewną historię, podczas gdy mnie nie interesuje fikcja, ale tworzenie czegoś możliwego; to, co tworzę, to nie sen, ale konstrukcja pewnej koncepcji, którą można zmienić w coś realnego, jeśli się tego chce. Tak właśnie zrobili Amerykanie, wysyłając misję na księżyc. Mieli pomysł i zrobili wszystko, aby go urzeczywistnić. Mój projekt jest łatwiejszy do zrealizowania niż lot na księżyc, ale nikt nie chce w niego zainwestować. Bardziej «naturalny» świat nie przekonuje i nie podoba się rządzącym”.

Lucowi nie podoba się nasz świat. „Bazuje na ciągłym wzroście – tłumaczy – rzeczy niewyobrażalnej, biorąc pod uwagę, że nasze surowce są ograniczone; nasze systemy przyspieszenia bez limitów przyniosą nam katastrofę”. Natomiast jego wizja jest pozytywna – to wizja „miasta świateł”, która przeciwstawia się idei zawartej w Brüsel – ciemnym mieście: „Świat bez ropy naftowej, bez przemysłu i bez potęgi pieniądza jest piękniejszy”. Ale wydaje się, że nikt go nie chce. „Ja pracuję z tym, co żyje, jak z materiałem konstrukcyjnym, tysiąc razy bardziej funkcjonalnym i odpornym od materiałów przemysłowych. Niestety ta technika rozwinęła się jedynie dla celów militarnych: także maszyny do szycia zostały wymyślone ponieważ potrzebowali ich wojskowi; poczyniono wielkie postępy po to, aby zaatakować sąsiedni kraj, a nie po to, by ulepszyć planetę – to nie interesuje przywódców”. Chociaż według Luca światu pozostało nie więcej niż 70 lat życia: „politycy cały czas wyobrażają sobie miasto, które rozrasta się coraz bardziej: wydłużać czas pracy, aby wyprodukować więcej, aby z kolei więcej konsumować. Bruksela jest ofiarą tych, którzy mają zmartwienia jedynie na krótka metę... ważne jest rozwiązanie niewielkich problemów, albo zaledwie stworzenie rządu! Nikt nie chce inwestować w bardziej ludzki świat”.

Spadek po roku ‘68: Frank Pé i miłość do natury

Tę potrzebę zrównoważonego rozwoju dzieli całe pokolenie. To które jeszcze przed wydarzeniami roku ‘68 i powstaniem partii ekologicznych stawiało się zarówno przeciwko ekscesom neoliberalizmu jak i instrumentalizacji pasji do ekologii. Frank Pé, znany twórca komiksów z Brukseli, jest jednym z nich. Już nie mieszka w mieście, ale to nie przeszkadza mu spotkać się ze mną w kawiarni Belgijskiego Centrum Komiksu, aby opowiedzieć mi o sobie i swoich pracach. Uczeń pierwszej generacji twórców komiksów belgijskich, między którymi znajdują się znani Hergé i Franquin (którego postać Gaston została nominowana Maskotką Narodów Zjednoczonych dla środowiska) stworzył z jednego ze swoich bohaterów, Broussaille’a, sztandar miłości do natury, ale bez bojowych zamiarów. „Ekologia jest inna od polityki – tłumaczy mi – ekologia bazuje na równowadze, bioróżnorodności, podczas gdy w koncepcję polityki wpisana jest władza. A gdzie jest władza, tam nie ma równowagi, a jest dokładnie jej przeciwieństwo. Moje dzieła nie mają bojowych intencji, ani tym bardziej pedagogicznych, chcę tylko podzielić się pasją do niewiarygodnej kreatywności obecnej w naturze”. 

Kiedy był małym chłopcem, w Brukseli łatwo było znaleźć zieleń, potem „zaczęto konstruować bez logiki, bez granic. Polityka, przede wszystkim od lat 80., była zbyt słaba i nie potrafiła stawić czoła natarciu liberalizmu, stając się tym samym współwinowajcą”. I to właśnie wydaje się być prerogatywą Brukseli. „Prawdziwym problemem tutaj jest brak kultury, wrażliwości w odniesieniu do dziedzictwa – dodaje – we Francji kultura zintegrowała się z polityką, w Niemczech istnieją prawa, które do pewnego stopnia mówią: «wystarczy, cement zatrzymuje się tutaj», ale nie w Brukseli”. To całe zachodnie społeczeństwo idzie w kierunku «taniego»,, „od kiedy Freud postawił ego na pierwszym miejscu – dodaje Frank Pé, – usprawiedliwiając indywidualizm, który nie liczy się ze społecznością”. To droga, którą podąża również sztuka współczesna, „która nie nadaje już formy sensowi życia, ale zwraca się do niszy intelektualnej, już nie do społeczeństwa”.

Współczesny komiks belgijski: inna forma zaangażowania

Frankowi Pé sztuka współczesna nie bardzo się podoba, a wraz z nią również nowe drogi komiksu. Alternatywne wydawnictwa, takie jak Fremok, L’Employé du mois czy La Cinquième Couche, w rzeczywistości dążą ku limitom lingwistycznych eksperymentów poprzez obraz, „próbując znaleźć ciągle inne sposoby na opowiedzenie historii” – mówi młody belgijski autor Greg Shaw – od technik kinematograficznych zaadaptowanych na potrzeby komiksu (sam Greg Shaw), aż do użycia zwierzęcej krwi (Michael Matthys). Ale jest również i akcent ekologiczny, co odkrywam rozmawiając z Xavierem Lowenthalem, artystą i wydawcą Cinquième Couche, w którego grupie znajdują się takie osobowości jak Antonio Bertoli i Alejandro Jodorowsky. „Dziś książka «trwa» od jednego do trzech tygodni, jak Nutella albo cukier” – mówi, zapraszając mnie do swojego przytulnego i zabałaganionego domu.

Przemysł zawsze chce produkować więcej, żeby więcej sprzedawać, drastycznie redukując czas między produkcją, a konsumpcją. My (trochę jak pozostałe wydawnictwa niezależne) jesteśmy przeciwko szybkości i uważamy, że dobro kulturalne powinno trwać jak najdłużej i dlatego jako pierwsi wymyśliliśmy «mort au pilon»”. „Pilon” to ogromny stos książek przeznaczonych na makulaturę. Xavier i jego współpracownicy w jednym tygodniu w roku odsprzedają je za „co łaska”. Inteligenta inicjatywa przeciwko marnotrawstwu.

„Jesteśmy ofiarami superprodukcji – dodaje, – tego chce polityka. To z winy liberałów Bruksela jest miastem, które pomiędzy 17 i 18.30 staje się piekłem, ponieważ nie są oni w stanie powiedzieć «nie» samochodom”. Jest jakieś rozwiązanie? „Nic nie można zrobić – odpowiada – kapitalizm jest zbyt silny. Zwykli ludzie nie mogą wybiegać myślą za bardzo w przyszłość, ponieważ muszą jeść. Musieliby to zrobić sami politycy i ci, którzy mają na to pieniądze, ale niestety są zbyt wielkimi ignorantami”.

Jasnym jest to, że ten niepohamowany wyścig osłów będzie miał koniec – prędzej czy później.

Fot. ©Diana Duarte; ©dzięki uprzejmości Franka Pé, François Schuiten, Luc Schuiten; video: YouTube