kultura

Ivan Rajmont: "Chodzi o kształtowanie siebie - mojego życia oraz życia innych ludzi"

Artykuł opublikowany 2 marca 2007
Artykuł opublikowany 2 marca 2007
Od Milana Kundery do Toma Stopparda. Laureat nagrody "Maxa" oraz dyrektor czeskiej sceny Ivan Rajmont mówi nam, dlaczego teatru europejskiego nie da się zaszufladkować.

Zwycięstwo jest jeszcze świeże. Minęło niewiele czasu, od kiedy 61-letni Ivan Rajmont został laureatem nagrody "Max 2006" przyznawanej przez Praski Festiwal Teatralny Języka Niemieckiego. Jest to inicjatywa nagradzająca najlepsze czeskie inscenizacje niemieckiego dramatu nowoczesnego. Rajmont współpracował z Teatrem Narodowym w Pradze, reżyserując "Daleki ląd" ("Distant land") Arthura Schnitzlera: sztukę napisaną w 1911 r. Spotykamy się w jego przytulnym biurze w Kolovratským palácu, w centrum Pragi.

Jestem w okresie przejściowym. Coś się już zakończyło, a nowa era jeszcze się nie zaczęła. Chodzi o poszukiwanie wartości, które pozwolą mi przystosować się do rzeczywistości, mówi dyrektor, sącząc zieloną herbatę i komentując jednocześnie swoją nagrodzoną sztukę opartą na dziele niemieckiego dramatopisarza.

Nauczyciel teatru współczesnego

Rajmont nie jest z pewnością ekscentrycznym intelektualistą. Powitał mnie z uśmiechem, ubrany niezbyt starannie w ciemny płaszcz, czarny T-shirt i jeansy. Usiadł pomiędzy swoim komputerem a mini zestawem Hi-Fi. Telefon komórkowy w jego dłoni dopełniał wizerunku.

Rajmont żyje równocześnie we współczesnej rzeczywistości i własnym świecie ideałów. To pasuje do jego roli jednego z najbardziej znaczących współczesnych reżyserów teatralnych. W latach siedemdziesiątych wyreżyserował sztukę Milana Kundery "Kubuś i jego pan" (napisaną w 1975 r.), uznaną przez krytyków za jedną z najlepszych czeskich sztuk współczesnych. Rajmont został pierwszym reżyserem dramatycznym Teatru Narodowego w Pradze po trwającej sześć tygodni Aksamitnej Rewolucji z 1989 r., i nadal tam pracuje. W przyszłym miesiącu zobaczymy jego pierwszą inscenizację ostatniej sztuki Toma Stopparda "Rock'n'Roll".

Teatr (nie)europejski

Kiedy mówię o europejskim teatrze współczesnym, Rajmont odrzuca przymiotnik "europejski". To nie jest dobry opis - i byłoby źle, gdyby nim był. Każdy kraj ma swoją specyficzną kulturę. Teatr włoski jest inny od tego na Węgrzech, który z kolei jest odległy od teatru norweskiego. Jednak dla nas ważne jest, aby teatry te się spotykały. Uważam, że Międzynarodowy Festiwal Teatralny Europejskich Regionów, który odbywa się corocznie w Hradec Kralove (miasto we wschodniej Bochemi), jest fantastycznym wydarzeniem. Niemcy i Austria są najlepszymi reprezentantami kultury. Kraje te inwestują ogromne sumy pieniędzy w projekty, które nie przynoszą takich zysków, jak zakładano się na początku. W Czechach, ludzie za dużo myślą o zysku z zainwestowanych pieniędzy, wyjaśnia Rajmont.

Teatr jest lustrem swojego najbliższego otoczenia. Spogląda on na życie pod różnymi kątami i pokazuje widowni te same problemy, które wszyscy mamy. W tych chwilach, kiedy teatr mówi najbardziej otwarcie, staje się on "teatrem świata". Dotyka aspektów, które wielokrotnie powracają w podobnych sytuacjach na całym świecie, kontynuuje Rajmont, sadowiąc się wygodnie w fotelu.

Robić wszystko, przez nie robienie niczego

Milan Knizak, dyrektor Galerii Narodowej w Pradze, przekonywał kiedyś na portalu cafebabel.com, że najlepszą rzeczą, jaką Unia Europejska mogłaby zrobić dla europejskiej kultury, byłoby nie robienie niczego. Knizak mówi "pozwól jej istnieć". Ja mówię "stwórz jej możliwości do zaistnienia", odpowiada Rajmont. Każda instytucja stara się kształtować swoje środowisko. Jeśli jednak kultura będzie określana w ten sposób, może sprzeciwić się tej instytucji w przyszłości, mówi, dodając, iż Unia Europejska powinna umożliwić kulturze europejskiej niezależny rozwój. W dzisiejszych czasach przejawiamy tendencje do zapominania, że "kultura" oznacza rzeczy, które składają się na nasze codzienne życie.

Kiedy pytam go o najważniejsze wpływy teatru współczesnego, przelotnie rzuca okiem w kierunku plakatu jednej ze swoich najlepszych inscenizacji. Rozmyśla przez chwilę i odpowiada: Przechodzimy przez epokę, która dla teatru jest dość dziwna. Dramat współczesny skupiony jest na drobiazgach, na najbardziej widocznych problemach. Spojrzenie ogólnoświatowe nie istnieje. Istnieją sztuki dla czterech czy pięciu aktorów - ale sztuki dla dwudziestu aktorów kosztują masę pieniędzy. Dziś nikt nie jest gotów dać artyście tak wielkiej sumy.

Politycy często dyskutują na temat "Starej" i "Nowej" Europy oraz wyjątkowego historycznego doświadczenia państw Europy Środkowej i Wschodniej - oraz co w rzeczywistości kraje te wniosły do europejskiej wymiany kulturowej. Interesujące jest, czy sfera teatru w jednych krajach może wzbogacić również działalność teatralną w pozostałych krajach naszego kontynentu. Myślę, że niemożliwe jest stwarzanie takich bloków, jak "Wschód" czy "Zachód" w kontekście europejskiej kultury. To prawda, że globalizm stwarza określoną presję, ale odpowiedź na tę presję jest różna w każdym państwie, wyjaśnia Rajmont.

A co z paradoksem wolności słowa, która przyniosła ogromną nadprodukcję w sferze kultury, a tym samym zaszkodziła jej? Podobnie jest z książkami - w księgarniach jest cała masa nieprzydatnych, ale również wspaniałych książek. Podobnie jest ze wszystkim - w dzisiejszych czasach jest bardzo dużo bezużytecznych rzeczy i bardzo ciężko odróżnić je od tych użytecznych, rozmyśla Rajmont i zerka niespokojnym wzrokiem na swój zegarek sygnalizujący, że pora już iść: jego - aby wykładać na Akademii Sztuk Pięknych, moja - aby ponownie zastanowić się, czy teatr europejski może kiedykolwiek zostać ujednolicony.