kultura

Kino i psychika: kiedy wróg mieszka w nas

Artykuł opublikowany 30 września 2011
Artykuł opublikowany 30 września 2011
Od „Czarnego Łabędzia” do „Melancholii”. Wydaje się, że wielki ekran ostatnimi czasy szczególnie upodobał sobie problemy psychiczne jako główny wątek wielu historii. Depresje, zaburzenia osobowości, poczucie wyobcowania i próby samobójcze to tylko niektóre z tematów, z którymi starają się zmierzyć wielcy współcześni reżyserzy. Publiczność i krytycy z całego świata oklaskują ich i nagradzają.
Wygląda na to, że żyjemy w społeczeństwie skazanym na stan zachwianej równowagi między szalonym kapitalizmem a kryzysem ekonomicznym, które panicznie boi się spojrzeć w lustro.

Jeśli prawdą jest stwierdzenie Umberto Eco, że każdy autor podczas pisania ma w głowie model odbiorcy, oznaczałoby to, że ten współczesny jest pesymistą cierpiącym na depresję. W ostatnich miesiącach faktycznie repertuar kin i choroby psychiczne stanowią popularny i bardzo płodny tandem. Nie sposób więc nie zastanawiać się, w jakim stopniu tendencja ta odzwierciedla współczesne społeczeństwo. Statystyki są wymowne. Według badań przeprowadzonych niedawno przez European College of Neuropsycopharmacology, 38,4% Europejczyków (więcej niż jeden na trzech) cierpi na zaburzenia umysłowe. Dane te zbiegają się z tymi odnotowanymi na świecie i trzeba się z nimi liczyć.

Ciemne oblicze Północnej Europy

Artyści z północnej Europy, która uważana jest za szczególnie narażoną na choroby natury depresyjnej – zwłaszcza przez tych, którzy wierzą w meteoropatię – nie pomagają w dementowaniu wyników badań. Jeśli nie wierzycie, wybierzcie się zobaczyć na przykład wystawę poświęconą norweskiemu malarzowi Edwardowi Munchowi, którą to paryskie muzeum Beaubourg postanowiło otworzyć sezon. Lub po prostu obejrzyjcie kreskówkę pt. „Divers in the rain”, autorstwa wielokrotnie nagradzanego, estońskiego reżysera animacji Priita Pärna.

Duńczyk Lars von Trier natomiast, który nigdy nie dedykował dużo przestrzeni lekkości i radości życia, swój ostatni film zatytułowany „Melancholia” poświęcił depresji - zaburzeniu na które sam cierpiał. Film przybrał formę opowiadania science fiction: planeta (zwana właśnie Melancholią), która miała przelecieć obok Ziemi, zderza się z nią, powodując jej zniszczenie. Bohaterkami są dwie siostry, zupełnie różne, które w kompletnie odmienny sposób przeżywają to zdarzenie: Claire, żyjąca swoim perfekcyjnym życiem wraz z mężem i dzieckiem, jest przerażona zaistniałą sytuacją; Justine natomiast, to trudna dziewczyna, która ma skłonności do popadania w depresję, nienawidzi świata i nie może odnaleźć w nim swojego miejsca. Nadchodzącą zagładę przyjmuje z niezrozumiałą pogodą ducha osoby, która nie ma nic do stracenia. Może zaletą depresji jest właśnie brak obaw przed śmiercią?

Depresja i społeczeństwo

W odniesieniu do poruszanego tematu, o wiele bardziej subtelna i świeża jest kanadyjska komedia zatytułowana „Całkiem zabawna historia”. W odróżnieniu od von Triera, który przedstawia melancholię jako zło nadprzyrodzone, ontologiczne, filmie ukazuje, jak presja społeczeństwa może obudzić w 16-letnim chłopcu myśli samobójcze. Główny bohater, którego życie wydaje się bajką, ma obsesję na punkcie wyników w szkole, oczekiwań ojca i swojego najlepszego przyjaciela, który wydaje się być najlepszy we wszystkim, co robi. Z tego powodu bohater decyduje się na umieszczenie w klinice psychiatrycznej, w której paradoksalnie odnajduje przyjaźń i poznaje, czym jest miłość.

Wpisując w Wikipedię „list of films featuring mental illness” [lista filmów o chorobach psychicznych, przypis tł.], znajdziecie jeden film, który pojawia się w prawie wszystkich kategoriach zaburzeń opisanych przez literaturę psychiatryczną. Mowa o filmie Darrena Aronovsky’egoCzarny Łabędź”. Jest to prawdziwe zanurzenie w paranoiczne szaleństwo, które przyniosło Oskara dla Natalie Portman. Główna bohaterka, przytłoczona osobą wiecznie niezadowolonej matki, która traktuje ją jak małą dziewczynkę, otrzymuje możliwość zatańczenia głównej roli w słynnym balecie „Jezioro łabędzie”. Poczucie, że nie jest na siłach odegrać roli czarnego łabędzie - złego i podłego alter ego białego łabędzia - oraz rywalizacja z inną baleriną, powodują, że bohaterka wpada w wir autodestrukcji, który zaciera granicę między rzeczywistością a wytworem jej chorego umysłu.

Jeśli obejrzenie tych wszystkich filmów zaciekawiło was i chcecie wiedzieć więcej o psychoanalizie, nie ma problemu. Wystarczy zmienić salę. Prosto z Festiwalu filmowego w Wenecji nadchodzi świeżutki, najnowszy film kanadyjskiego reżysera Davida Cronenberga. On również jest ekspertem od dewiacji i paranoi (zobacz między innymi „Crash: Niebezpieczne pożądanie” albo „Wideodrom”). W swoim najnowszym filmie postanowił opowiedzieć o burzliwych relacjach, jakie łączyły Zygmunta Freuda – będącego ostatnio w centrum dyskusji, która wybuchła przy okazji publikacji książki francuskiego filozofa Michela Onfray’a „Le crépuscule d'une idole. L'affabulation freudienne” [„Zmierzch idola. Freudowskie niedorzeczności”, przypis tł.], - jego ucznia Carla Junga oraz piękną i udręczoną Sabinę Spielrein, jedną z pierwszych kobiet zajmującą się psychoanalizą.

Gdy film kształtuje społeczeństwo

Podsumowując, jednym z celów sztuki powinno być krytyczne spojrzenie na ewolucję społeczeństwa i ukazywanie na scenie tego, co w danym momencie historycznym wzrusza, przeraża czy wzbudza entuzjazm publiczności. Nie wyklucza to jednak odwrotnego procesu. Miało to miejsce w przypadku tak wychwalanego „Avatara”, chluby Jamesa Camerona, który, jak się okazuje, mógł być przyczyną depresji oddanej mu publiczności. Sami widzowie biją na alarm do CNN: po obejrzeniu filmu i jego niesamowitych efektów specjalnych, uznali, że nie są już w stanie powrócić do szarej i smutnej rzeczywistości... Tej prawdziwej rzeczywistości.

Fot. © Twentieth Century Fox France; video: youtube