kultura

Klezmafour: „muzyka klezmerska to nie rekolekcje z Holokaustu”*

Artykuł opublikowany 15 czerwca 2012
Artykuł opublikowany 15 czerwca 2012
Spragnieni prawdziwie mocnych koncertowych doznań? Zapewni je wam pięciu chłopaków (z Lublina, Białegostoku i Warszawy) na scenie i energetyczna mieszanka muzycznych stylów, przeplatająca rytmy m.in. klezmerskie z elementami hip-hopowymi i punk-rockowymi.
Sukces osiągnęli za sprawą łamania rytmu na modłę tradycyjnej muzyki bałkańskiej i to bez pomocy wokalisty, co Andrzej - z którym rozmawiam – uważa za jeden z największych wyczynów ich coraz bardziej docenianego (w Polsce, ale przede wszystkim za granicą) zespołu Klezmafour.

Kapelę założyli zupełnie przypadkiem – tak przynajmniej twierdzi Andrzej, skrzypek z kwintetu Klezmafour. Razem z bratem (WojciechemCzaplińskim), klarnecistą, kończąc liceum w Lublinie, zainteresowali się muzyką rozrywkową, którą słyszeli w różnych lokalach. Był czas muzyki francuskiej, była i moda na muzykę włoską, czy hiszpańską, nie mówiąc już o amerykańskich „protest-songach”. Przyszedł i czas na ich klezmerskie eksperymentowanie, a to zostało docenione na najbardziej prestiżowych festiwalach w Amsterdamie i Stanach Zjednoczonych. W skład ich zespołu wchodzą: skrzypce, klarnet, akordeon, kontrabas i perkusja, „to klasyka” - twierdzi Andrzej i kontynuuje: „Basistę (Gabriela Tomczuka) poznałem ba studiach, a jak już dołączył do nas perkusista (Tomasz Waldowski), to naprawdę zaczęło się dziać... Skrzypce i akordeon (Rafał Grząka) nie musiały już wypełniać tej pustki, którą w tym momencie zagospodarowała perkusja. To dało nam niezłego rozluźnienia”.Klezmafour w programie "Must be the music - tylko myzyka"

cafebabel.com: Skąd wzięła się nazwa zespołu?

Andrzej Czapliński: Nazwa naszej kapeli jest tak naprawdę bardzo prosta do rozszyfrowania. Hasło „klezmer”, przed II wojną światową, oznaczało tak naprawdę osobę, która jest w stanie zagrać dosłownie wszystko – czy na chrzcinach, czy na weselu, po symfonie muzyki poważnej w filharmonii narodowej. Klezmer oznacza więc wirtuoza, muzyka szalenie wszechstronnego, tak więc my, zachowując to słowo w nazwie zespołu, mamy głęboką nadzieję (ale i motywację) by sprostać wysoko postawionej przez nas samych poprzeczce. Do „klezmer” dorzuciliśmy jeszcze „czwórkę” (z ang. „four”), która symbolizuje magiczne 4 strony świata. To bynajmniej nie przypadek, bo tak naprawdę bardzo zależało nam na tym, by w naszej twórczości przemieszać różne style, a temu celowi, jak odkryliśmy, świetnie sprzyja muzyka klezmerska, wykorzystująca możliwości skali cygańskiej, na której opiera się porywająca muzyka bałkańska.

cafebabel.com: Czym tak naprawdę kierowaliście się wybierając taką a nie inną drogę do kariery muzycznej?

W Polsce istnieje przeświadczenie, że ten typu muzyki to – i tu pozwolę sobie wtrącić zasłyszany kiedyś cytat - „rekolekcje z Holokaustu”*.

Andrzej Czapliński: Dla nas ważne było jedno - nie chcieliśmy być odtwórcami muzyki poważnej, za to chcieliśmy stworzyć coś własnego. Biorąc pod uwagę nasze wykształcenie muzyczne (każdy z członków zespołu ukończył szkołę muzyczną, ja jestem akurat zawodowym skrzypkiem), muzyka klezmerska może się wydawać dość nietypowym zajęciem, ale to jest właśnie to, co nas kręci. Niewiele jest bowiem zespołów klezmerskich, które są tak oryginalne jak my. W Amsterdamie (podczas prestiżowego International Jewish Music Festival w 2010 roku, którego nota bene jesteśmy dwukrotnymi laureatami) poznaliśmy chłopaków z Klezzmates. To świetni ludzie, wyborowi muzycy, ale oni grają głównie jazz, a tylko zahaczają o muzykę klezmerską.

cafebabel.com: Kto słucha dziś muzyki klezmerskiej?

Andrzej Czapliński: Nasza publika to ludzie młodzi (a większość z nich znajduje się w przedziale wiekowym 30-35 lat), energiczni, otwarci na nowe doświadczenia. Ciągle jednak napotykamy na mur stworzony ze stereotypów, a przecież muzyka klezmerska to nie smutna muzyka synagogalna! W Polsce istnieje przeświadczenie, że ten typu muzyki to – i tu pozwolę sobie wtrącić zasłyszany kiedyś cytat - „rekolekcje z Holokaustu”. Ludzie kojarzą to z ciągłym maglowaniem tematu II wojny światowej, obozów... Na szczęście w innych częściach Europy słowo „klezmer” wiąże się z zupełnie z innym typem muzyki.

cafebabel.com: Gdzie wasza muzyka wzbudza największy entuzjazm?

Andrzej Czapliński: Stałych punktów koncertowych nie mamy. Koncerty w Polsce tak naprawdę ruszyły po naszym sukcesie w programie „Must Be the Music”. Najczęściej występujemy w przeróżnych domach kultury, zgłaszają się do nas też organizacje ściągające artystów z całego świata. Czego oczekują? To proste – klezmerskiego szaleństwa. Powiem szczerze, że bardziej energetycznej muzyki nie słyszałem. Występowaliśmy już w Niemczech, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Austrii, na Słowacji i w Turcji – tam podobało nam się najbardziej. Turkowie są tak zabawnym narodem, że już dzięki pierwszym taktom udało nam się wprawić w ruch całą rzeszę słuchaczy. Właśnie takich koncertów życzyłbym sobie w przyszłości.

„...po momencie przełamania lodów następuje chwilowa konsternacja. Po chwili w ruch wchodzi jedna noga (choć wciąż kieruje nią wstyd), po chwili druga... i dopiero po solidnej rozgrzewce wszystkich kończyn po kolei zaczyna się prawdziwe szaleństwo”.

Dużo dała nam też trasa koncertowa po Stanach Zjednoczonych w 2011 roku, w tym niezapomniany występ na Manhattanie. Tam zobaczyliśmy z jakim nastawieniem przychodzą ludzie na koncert, z jaką ciekawością podchodzą do nowych brzmień, nowych nazwisk, jak odrywają się od parkietu już po pierwszych taktach. To dało nam wiele siły i wiarę w to, że to, co robimy ma naprawdę sens. W Polsce na każdym koncercie powtarza się tak naprawdę ten sam schemat. Wiele osób pojawiających się na naszych koncertach po raz pierwszy nie ma zielonego pojęcia o tym, co ich czeka. Zawsze na początku koncertu da się zauważyć na ich twarzach wielki problem przełamania się, który na ich własne życzenie uniemożliwia im swobodną zabawę. Zanim ludzie przekonają się, że przy tej muzyce rzeczywiście da się bawić, zazwyczaj mija dobrych parę minut. Tak więc po momencie przełamania lodów następuje chwilowa konsternacja. Po chwili w ruch wchodzi jedna noga (choć wciąż kieruje nią wstyd), po chwili druga... i dopiero po solidnej rozgrzewce wszystkich kończyn po kolei zaczyna się prawdziwe szaleństwo.

cafebabel.com: Jesteście młodymi muzykami, zdobyliście już uznanie za oceanem, ale czy nie marzy wam się tournée po Europie?

Andrzej Czapliński: Jasne, chcielibyśmy popularyzować naszą muzykę jeszcze w wielu zakątkach (nasze najbliższe zagraniczne koncerty odbędą się w Manchesterze (23 czerwca) i Leeds (25 - 26 czerwca) i we Lwowie (21 – 22 lipca), ale z drugiej strony, wkroczyliśmy już w taki wiek, że chcielibyśmy też nieco częściej bywać w domu. Naszemu akordeoniście urodziła się córka...

Fot.: dzięki uprzejmości karrot.pl; klezmafour oraz oficjalnej strony zespołu na Facebooku; wideo:"Golem Fury": karrotkommando/YouTube; "Glezele Yash": mleQdit/YouTube oraz