kultura

la femme: hypsolina i czar paryskich kanałów

Artykuł opublikowany 3 września 2013
Artykuł opublikowany 3 września 2013

Od początku swej kariery na francuskiej scenie muzycznej ”La Femme” lubiła zwracać na siebie uwagę i podbijać coraz to nowe serca, racząc swą publiczność niepokojącą estetyką suto zaprawioną lubieżnym beatem elektronicznym. Mieliśmy przyjemność poznać się bliżej podczas festiwalu ”Rock en Seine”

Niewiele pytań jest w stanie wzruszyć Sachę Gota, gitarzystę grupy ”La Femme”. Na pytanie młodego dziennikarza dlaczego zespół nazywa się "Kobieta", odpowiada: "bo nie mężczyzna". Sacha ze znawstwem potrafi grać w grę zwaną konferencją prasową. Rozgościł się jak u siebie na za wąskiej kanapie pokoju konferencyjnego i przygnieciony ciężarem zbyt dużej kurtki skórzanej, wykrzywia usta w teatralnym grymasie za każdym razem, gdy ze strony dziennikarzy pada głupie pytanie. Czeka na pytania, które mogłyby go zainteresować. Zdania opuszczają jego usta jak seria z karabinu maszynowego. Obok niego siedzi Clémence Quélennec, wokalistka "La Femme", która w życiu sześcioosobowej grupy pojawia się i znika. Ukrywa się za lennonkami z przydymionego szkła, które, zestawione z prochowcem i stylowymi retro sandałami, dają dokładnie taki efekt, jak zamierzała – efekt szpiega.

Kobieta w kubańskim uniformie

Nie dajcie się jednak zwieść pierwszemu wrażeniu – "Kobieta" wcale nie jest nieoswojoną ekscentryczką. Spotykamy cały skład na chwilę przed ich dobrowolnym poddaniem się medialnemu atakowi podczas konferencji prasowej i widzimy, że z wielką gracją potrafią kokietować tych, którzy nazajutrz będą o nich pisali i mówili. Perkusista grupy, Nunez von Ritter, który z okazji występu postanowił wystylizawać się na kubańskiego dyktatora z tlenionymi włosami, prawie rzuca się nam na szyję, gdy komplementujemy jego nowy paradny uniform, za który "dał niecałe 4 euro w Périgord". To, że "La Femme" pierwszy raz wystąpi podczas festiwalu "Rock en Seine", kwituje stwierdzeniem "mega fajnie", czemu przyklaskuje reszta grupy, odziana w jeansowe szorty i tanktopy. Rzeczywiście, jest powód do radości – organizatorzy festiwalu okazali "Kobiecie" swoje uznanie, pozwalając im wystąpić na drugiej co do wielkości scenie festiwalu. I nic w tym dziwnego jeśli weźmiemy pod uwagę to, jak dobrym uczniem w szkole francuskiej piosenki była "Kobieta" w ciągu ostatnich lat. A ponieważ "Rock en Seine" jest w środowisku muzycznym postrzegany trochę jak pierwszy dzień szkoły, to logiczne, że wyróżnia się podczas niego dobrych uczniów. Fenomen "La Femme" tkwi przede wszystkim w tym, że swoją muzyką – i tekstami –  zdołała w mgnieniu oka porwać tłumy. Odnosi się to zwłaszcza do surf-rockowego kawałka "Sur la Planche", który powraca na trzech kolejnych płytach grupy. Utwór ten szybko stał się przewodem, przez który energia grupy trampów ze wschodu Paryża uderzyła w ekrany milionów telewizorów i to w godzinach dużej oglądalności. Po "Sur la Planche" były nie mniej popularne  "Télégraphe" i "Anti-Taxi". "Kobieta" zaczęła jeść przy jednym stole z grubymi rybami francuskiej muzyki. "Bywało, że mieliśmy problemy z dogadywaniem się z przedstawicielami tego przemysłu" – wyznaje Sacha, nonszalancko zakładając nogi na stół. "Przychodzili ludzie z produkcji i mówili do nas w języku, którego nie rozumieliśmy. Postanowiliśmy nie przyspieszać biegu rzeczy na siłę, bo sytuacja stawała się dziwna" – dodaje.

"Kobieta" rozkwitała wraz z upływem czasu. Od swego samo-napędzającego się tournée po Stanach Zjednoczonych w 2010 roku, pojemna grupa (bo czasem jest ich 6, czasem nawet 10), dostarcza swoim fanom niezliczone ilości pierwszych epek. Po niedługim czasie, sami siebie nazywają prekursorami "do it yourself". Jednak nie na długo, bo chwilę później przechodzą pod skrzydła legeradarnej francuskiej wytrwórni płytowej Barclay. "Chcieliśmy powierzyć promocję komuś, kto naprawdę zna się na rzeczy" – broni się Sacha. "Dobrze się dogadujemy z Barclayem. Od samego początku dają nam zupełną wolność i nie ingerują w nasze pomysły" – dodaje.

Być może to powód, który stoi za znacznym opóźnieniem, z którym ukazał się pierwszy album grupy – "Psycho Tropical Berlin". Początkowo obiecywano, że będzie można go kupić już w 2012 roku, ostatecznie ukazał się dopiero 8 kwietnia 2013 roku. "La Femme" potrzebowała czasu, żeby znaleźć "odpowiednią formę, odpowiednie brzmienie", żeby w przemyślany sposób zawrzeć swój niepowtarzalny styl w 14 kawałkach, żeby skutecznie odebrać możliwość krytyki tym, którzy piszą o muzyce. Album odniósł oszałamiający sukces. Członkowie grupy, których średnia wieku oscyluje wokół 22 lat, zaczęli robić furorę porównywalną do tej, którą w latach dziewięćdziesiątych cieszyła się konsola Pegasus.

Girl, you’ll be a woman soon

Choć "La Femme" została wrzucona do jednego worka ze wszystkim, co określa się mianem muzyki rozrywkowej, nigdy nie przestała kultywować swej odmienności. W czasach, gdy wszystkie nowo powstające grupy przeżuwają non stop papkę tych samych dźwięków i schematów, "La Femme" daje nowe życie zapomnianym muzycznym przyjemnościom. Surf rock, rockabilly, doo wop – to tylko niektóre z nieco zapomnianych dziś gatunków, które SachaMarlon Magnée (dwóch założycieli "La Femme", którzy na początku grali pod szyldem "SOS Mademoiselle") odkopali w sieci i w bibliotece multmedialnej w Biarritz i wykorzystali jako kartę przetargową "Kobiety" na francuskim rynku muzycznym. "Pierwszy raz usłyszałem surf rocka w filmie «Pulp Fiction»" – mówi Sacha. "Ale zakochałem się w tym gatunku dopiero podczas koncertu grupy «Cavaliers» w Paryżu" – dodaje.

Jak "SOS Mademoiselle" stała się "Kobietą"? Sacha i Marlon przeprowadzili się z Biarritz do Paryża, a dokładnie można powiedzieć, że prosto do artystycznego squatu "la Miroiterie" na paryskim Ménilmontant. Szybko wciągnął ich wir tamtejszych dziwactw i świat ekscentryków. Pokochali dreszczyk, który dawały grane po kryjomu koncerty. Dziś można spokojnie powiedzieć, że z czasem, muzyka "La Femme" ewoluowała w prawdziwy majstersztyk. Theremin, jeden z ukochanych instrumentów grupy, pozwala im przywołać brzmienia charakterystyczne dla muzyki Gainsbourga. Album "Pyscho Tropical Berlin" z powodzeniem forsuje ideę niepokojącego, lecz jednocześnie nieodparcie pociągającego piękna.

Kręty świat paryskiego podziemia

"Kobieta" wydaje się dzika, naga pod swoim prochowcem. Nie chce sączyć Baileysa w taksówce, chce tańczyć twista w dworcowej hali. Jej kobiecość zawiera się w zagadkowości, którą emanuje. "To prawda, że takie kawałki jak «Télégraphe» trącą brudem i półcieniem podziemnego życia. Doskonale trafią do każdego, komu nieobce są podejrzane korytarze paryskiego metra" – mówi Sacha. Taki jest świat kreowany przez muzykę, teksty i klipy "La Femme" – tajemniczy, pełen nieznanych drgań i pachnący tymi zakątkami miasta, do których lepiej nie chodzić nocą. W wyśpiewywanych przez siebie opowieściach, "Kobieta" przenosi nas do świata robaczywych taksówek, wszystkiego, co magnetyczne, spiralne i pulsujące, do sennych mar niejakiej Françoise, do podróży w oparach propanolu. Słuchacze dzielą się na tych, którzy "Kobiety" nie rozumieją i takich, którzy kochają ją bez pamięci. I o to chodzi, bo jak mówi Sacha: "chcemy dotykać i chcemy być dotykani".

Daj się wciągnąć i "wpadnij zobaczyć co się dzieje na stacji Télégraphe"!

Kto o "La Femme" dowiedział się po raz pierwszy z tego artykułu, niech najpierw obejrzy ich klip zatytułowany "Hypsoline".

Kanał "La Femme" na Youtube.

"La Femme" będzie można zobaczyć 14 listopada w paryskim Trianonie.