kultura

La La Land i millenialsi – nie dajmy się zwariować

Artykuł opublikowany 15 lutego 2017
Artykuł opublikowany 15 lutego 2017

[OPINIA] „La La Land”, nowy musical Damiena Chazelle'a, miał swoją europejską premierę zaledwie kilka tygodni temu i już zyskał aprobatę widzów na salach kinowych. Jednakże, widać podział na tych, którzy pokochali filmową historię oraz tych, którzy pomimo uznania dla walorów artystycznych filmu, odnoszą się krytycznie do jego przesłania. 

[UWAGA, SPOILERY] Chłopak poznaje dziewczynę, dziewczyna poznaje chłopaka. Spotykają się na ogrodowych imprezach nad basenem, podobają się sobie, umawiają się kilka razy, spacerują do samego rana, śmieją się pod rozgwieżdżonym niebem Los Angeles i całują podczas gdy w tle słychać zachwycającą ścieżkę dźwiękową. Emma Stone w przepięknych kreacjach i Ryan Gosling w eleganckim garniturze i butach do tańca. Tak zaczyna się „La La Land”.

Ta muzyczna komedia romantyczna łączy w sobie klasyki takie jak: „Deszczowa Piosenka” czy „Moulin Rouge” i dzieli widzów na tych, którzy odnajdują w niej siebie i obraz pokolenia Y oraz takich, którzy jak ja, odnajdują w niej obraz, kompozycję wizualną i przepiękną muzykę zestawioną z nieaktualną fabułą.

Wirtualne media takie jak Vice, Vanity fair czy Vagabomb nie szczędzą pochwał dla filmu za odzwierciedlenie życiowego dylematu naszej generacji: rzucić się w pogoń za marzeniami czy dążyć do stabilizacji emocjonalnej i uczuciowej. Do tego momentu jesteśmy zgodni. W dzisiejszych czasach związki na odległość 3 000 czy 10 000 kilometrów są bardziej popularne niż kiedykolwiek wcześniej. Millenialsi migrują z miasta do miasta w celach zawodowych aby poprawić swoją, zazwyczaj niewesołą sytuację ekonomiczną wielokrotnie zostawiając za sobą miłość życia w pogoni za pasją. „La La Land” umieszcza w tej rzeczywistości dziewczynę, Mię (Emma Stone) i przedstawia ją jako postać niespełnioną, ambitną i niepełną. Coś, co my kobiety znamy aż za dobrze. Uważamy, że nie można mieć wszystkiego i że sukces zawodowy najczęściej oznacza klęskę w życiu uczuciowym, a na tym polu kobiety nie mogą sobie pozwolić na porażkę.

Niech rozpocznie się spektakl

Piszę te słowa pewną dozą rezerwy i świadomością, że tak zróżnicowane opinie wokół „La La Land” mogą przysporzyć nam sporo krytyki. Wystarczy spytać Paula Coelho, który ściągnął na siebie falę krytyki na twitterze, gdy ośmielił się uznać film za nudny. Po wszystkim usunął wpis ale internauci i tak zdążyli mu wejść na głowę. Innym razem krytyka, jak opinia amerykańskiego muzyka irańskiego pochodzenia, Rostama Batmanglija, opierała się na tym, że rzeczywistość Los Angeles pokazana w filmie znacząco odbiega od tej prawdziwej. Pod hashtagiem #NotMyLosAngeles wiele osób wyraziło swoje niezadowolenie z powodu braku różnorodności orientacji seksualnej w filmie czy braku czarnoskórych aktorów. Jak mówi Batmanglij, jest to niedopuszczalne ponieważ „to czarni wymyślili jazz”.

Pomimo całej tej polemiki, musical zgarnął aż siedem Złotych Globów, zajmując tym samym pierwsze miejsce jeśli chodzi o ilość zdobytych nagród. A to zdaje się dopiero początek – o czym świadczy chociażby 14 nominacji do Oskarów. Sukces filmu przypieczętuje sukces reżysera, Damiena Chazelle’a, który ma niewiele ponad 30 lat i którego film z 2014 roku Whiplash otrzymał Grand Jury Prize i nagrodę publiczności na Sundance Film Festival, oraz 3 Oskary w 2015.

Zdrowie tych, którzy potrafią marzyć?

Wróćmy do samego filmu. Skończyliśmy w momencie, w którym chłopiec i dziewczyna w końcu się całują. Tak się składa, że to właśnie od tej chwili nam, millenialsom, powinna zapalić się czerwona lampka. Amerykański sen, symboliczne: „jeśli czegoś naprawdę pragniesz, możesz to osiągnąć” wypełnia naszych bohaterów lecz nie w tym samym stopniu. Pomimo, że oboje wydają się być pochłonięci pogonią za marzeniami i dylematem, czy wybrać sukces zawodowy czy stabilny związek, w końcu to Mia decyduje się odstawić swoje marzenia na boczny tor dla Sebastiana.

Dopiero w końcowej części filmu dowiadujemy się jak naprawdę wygląda jej nowe życie. Ma córkę i nianię, która się nią opiekuje, odniosła sukces i, przede wszystkim, zmieniła swoje życie. O Sebastianie dowiadujemy się niewiele. Tylko tyle, że udało mu się założyć własny biznes. Ani słowa o życiu prywatnym. Nic a nic. Pustka, która wydaje się wskazywać, że siedział cichutko czekając podczas gdy ona, ambitna, odnosiła sukces; zmienił swoje życie ale nie jest szczęśliwy. Kilka minut wypełnionych wspomnieniami i będących wytworem wyobraźni Mii przedstawia nam alternatywną wersję zdarzeń, gdyby bohaterowie podjęli inne decyzje, gdyby zdecydowali się być razem, szczęśliwi.

Obraz, który mógł się stać nowszą wersją hollywoodzkich musicali z lat pięćdziesiątych, wersją 2.0 tego najpiękniejszego podgatunku dziesiątej muzy okazał się zwykłym powtórzeniem przekazu, który bardziej ciąży nam kobietom niż mężczyznom: czy to przypadek, że wina za rozpad związku pada częściej na nią? Czy to przypadek, że sukces kobiety musi być okupiony rezygnacją, brakiem szczęścia, niespełnieniem emocjonalnym? 

Każda powinna sama sobie odpowiedzieć na każde z tych pytań. Uważam, że nasze pokolenie, pokolenie Y, pokolenie milleniallsów, powinno unikać takich skojarzeń. Dlatego myślę, że zanim przypną nam tego typu fabułę jako symbol naszego pokolenia należy wybrać się do kina, założyć na nos dobre okulary i dobrze przypatrzeć się temu, co nam chcą przekazać.