kultura

Magyd Cherfi: „Biała tożsamość – problem, którego nie nazywa się po imieniu”

Artykuł opublikowany 12 listopada 2009
Artykuł opublikowany 12 listopada 2009
Mogłoby się wydawać, ze rozbrzmiewające na koncercie słowa „tożsamość” i „narodowa” mają coś z déjà-vu. Ale nie dla Magyd'a Cherfi, francuskiego piosenkarza.

„Jeśli jesteś Czarny, nikt cię nie zatrudni”. W wieku 43 lat, znany piosenkarz z Tuluzy, który kontynuuje solową karierę po długiej i radosnej współpracy z zespołem Zebda, nauczył się panować nad swoim gniewem. Ale z każdym dniem jego bunt wzrasta. Pozytywna dyskryminacja, noszenie hidżabu, integracja... Mimo że jego tournée zakończyło się dwa miesiące temu, tuluzanin postanowił wystąpić w Cébazat ( departament Puy-de Dôme w centralnej części Francji), przy okazji festiwalu „Semafor w piosence”. To właśnie tam babelianie z Clermont-Ferrand mieli okazję go spotkać.

Twoje teksty są zawsze mocno zaangażowane. Aktualne problemy dotyczące integracji, życia w peryferyjnych dzielnicach dużych miast, imigracji... Jaka jest twoja opinia na ten temat?

Jeśli chodzi o te zagadnienia, życie mnie rozpieszcza. Od kiedy sięgam pamięcią, codziennie w wiadomościach mowa o jakimś Arabie, Czarnym, imigrancie, obcokrajowcu bez papierów, potępieńcu. Problem białej, niezapisanej kartki dla mnie nie istnieje. Mógłbym nasmarować o tym mnóstwo piosenek. Ale wstydzę się!

Uważasz, że problem tożsamości narodowej najzwyczajniej w świecie nie powinien istnieć? Odmawiasz uczestnictwa w tej dyskusji?

Mam nadzieję, że w niej nie uczestniczę. W każdym bądź razie nie w tej, która została zapoczątkowana przez Erica Bessona (ministra do spraw imigracji i tożsamości narodowej we Francji – przyp. red.). „Tożsamość” i „Narodowa” jest jakąś zmową, której nie rozumiem. Kiedy widzę, że niektórzy próbują odpowiedzieć na to pytanie, a zwłaszcza osoby takie jak Fadela Amara, Rachida Dati czy Rama Yade (członkowie francuskiego rządu pochodzący z rodzin imigrantów – przyp. red.), które uczestniczą w tej dyskusji, dla mnie oznacza to koniec nadziei w braterstwo, solidarność...

(Dominique Jouvet / myspace.com/f1rwb)

Ci ludzie dają początek białej rasie, tworzą białą tożsamość, której nie nazywa się po imieniu. I nic się nie dzieje. A ludzie mówią „tak, to jest bardzo ciekawa debata”. Nie można przymykać oczy na emocje, wstręt, który budzi w nas biała rasa, którą starają się nam podsunąć. Tak jak wtedy, gdy słyszysz wypowiedz Brice'a Hortefeux na temat Arabów: „Kiedy jest tylko jeden, wszystko jest w porządku. Problem powstaje wtedy, gdy jest ich wielu” (Wypowiedz opublikowana przez Le Monde, która wzbudziła dyskusje na początku września 2009 roku – przyp. red.).

Teraz mam 47 lat i mój gniew zmalał. Dawniej miałem ochotę wziąć do reki strzelbę, kamień, procę i powiedzieć: „Trudno, będę strzelał. Mam tego serdecznie dosyć.” Dlatego że zawsze był jakiś minister albo prezydent, który mówił: „Jest ich za dużo” czy „Trzeba się integrować”. Ale teraz już się nie wściekam. Mówię sobie, że to nie imigranci mają problem. To biali Francuzi boją się Arabów, Czarnych i Islamu. Jesteśmy Francuzami i kropka! Ci wszyscy ludzie są Francuzami. Są inni, bo każdy z nich ma w sobie odłamek innej kultury. W Stanach Zjednoczonych każdy Czarny, bez względu na swoje korzenie, jest przede wszystkim Amerykaninem. We Francji, Czarnoskóry jest nielegalnym imigrantem, synem imigranta w drugim czy trzecim pokoleniu i dopiero potem Francuzem.

Czy według ciebie debata na temat burki bardziej dotyczy problemu wyzwolenia kobiet czy problemu jaki mają Francuzi odnośnie Islamu?

Jedno i drugie. Intelektualnie jestem przeciwny noszeniu chusty, ale mówię sobie, że skoro dziewczyny je noszą, to znaczy, że my (Państwo) nie mieliśmy ochoty się tym zająć. Widziałem moje kuzynki we Francji czy te mieszkające w kraju, z którego pochodzę, i teraz lepiej rozumiem przyczynę. Jest takie coś, co nazywamy Republiką albo Państwem prawa. I to coś ich nie chroni. One ciągle żyją w strachu w swoich rodzinach, w swoich dzielnicach... Szukają sposobu, aby się obronić: rozwiązania, którego ta pseudo Republika razem ze swoimi prawami i obowiązkami im nie daje. I tak wpadamy w zaklęty krąg, którego nie można przerwać.

Jesteś więc zdecydowanie pesymistycznie nastawiony do kwestii integracji?

Na krótki dystans, tak. Ale na dłuższą metę pozostaję optymistą, bo przecież kiedyś będziemy musieli się ze sobą zżyć. Dla Arabów, Czarnych potrzebna jest ustawa o równości. Inaczej za

50 lat nie będzie nawet dwóch Czarnoskórych w Zgromadzeniu Narodowym. Pewnie ktoś nam powie: „Nie jesteśmy traktowani na równi”. Ale przecież nie ma równouprawnienia, bo i tak nie jesteśmy traktowani na równi. Dlatego przy odrobinie „braku równości” z jednej strony i odrobinie „przychylności” z drugiej, bilans będzie zerowy. Uczciwie przyznaję się do bycia faworyzowanym przez historię. Wielu Murzynów i Arabów sprzeciwia się temu. I jest właśnie sedno tej debaty.

Popierasz więc pozytywną dyskryminację podobną do tej w Stanach?

Mimo moich przekonań, tak. Uważam, że to nie jest dobre rozwiązanie, ale to jedyne co nam pozostaje. Już wiele razy dyskutowaliśmy o integracji, równości, jedności i braterstwie ale to nic nie daje. Jeśli jesteś Czarny, nikt cię nie zatrudni.

Dzisiaj jest 9 listopada, rocznica upadku Muru Berlińskiego. Masz jakieś konkretne wspomnienie związane z tym dniem?

Wydaje mi się, ze w tamtym czasie byliśmy w trakcie tournée. Poczułem się szczęśliwy – jak granica, która została zburzona, jak rodzina, która znów może być razem. Ale nie rozumiałem jeszcze wymiaru politycznego tego wydarzenia. W tamtej chwili nie wiedziałem jakie to miało znaczenie. Nie wiedziałem, że to był koniec komunizmu, bloku sowieckiego.

To wydarzenie jest również początkiem nowej ery w Europie. W jaki sposób postrzegasz tą Europę?

Nie czuję się za bardzo Europejczykiem dlatego, że nie ma takiego kraju, w którym moglibyśmy istnieć. Nie jest mi łatwo odnaleźć moje miejsce we Wspólnocie Europejskiej, gdyż uważam, że nie traktuje się nas jak Francuzów w naszym własnym kraju. I jak tu myśleć po europejsku, skoro nie ma solidarności i braterstwa?