kultura

Paryż: Imprezowe burnout nad Sekwaną

Artykuł opublikowany 1 grudnia 2009
Artykuł opublikowany 1 grudnia 2009
„Pssst, wchodźcie szybko do środka!”, szepcze ktoś stojący przed elektrobarem 4 Éléments na Place de la République. Przytyka palce do ust i wskazuje ostrzegawczo w górę. W mieszkaniu powyżej światła są zgaszone, więc proszę o ciszę! Jest niedzielny wieczór, godz. 23:00 w Paryżu. „Impreeeeezza” chciałoby się krzyknąć, ale nie wolno!
Paryż, dawniej mekka życia nocnego w Europie, dziś może skończyć jako miasto snu.

„Paris is burning all night long”, śpiewał jeszcze ubiegłego lata Ladyhawke, przy czym koledzy z Mano Negra już w 2002 r. wiedzieli jak to jest z paryskim życiem nocnym: „Tout est si calme qu'casent l'pourri, Paris va crever d'ennui”. („Wszystko jest spokojne, pachnie nieszczęściem, Paryż umrze z nudów!”) Jeśli wierzyć Éricowi Labbé, twórcy muzyki elektronicznej z Myelectrickitchen, to życie nocne we francuskiej stolicy umrze po cichu w najprawdziwszym znaczeniu tego słowa, ponieważ to właśnie cisza zagościła tam na dobre, odkąd w przeciągu ostatnich miesięcy zamknięto wiele klubów takich jak legendarny, ale niewypłacalny La Loco w dzielnicy Pigalle. Tak właśnie koncerty i festiwale stały się rzadkością, oczywiście abstrahując od międzynarodowych artystów mainstreamowych, którzy jeszcze dają radę zapełnić tak duże hale koncertowe jak Zénith na północnych peryferiach miasta. Kulturalna tragedia w miejscu narodzin Fête de la Musique.

Ostatni wyłącza światło!

Ale przecież aktorzy nocnych uciech nie przyznają się tak łatwo do porażki. Éric Labbé stworzył razem z innymi artystami akcję „Quand la ville meurt en silence“ („Gdy miasto umiera w ciszy”). Prawie 13.000 ludzi podążyło za tym hasłem i w ciągu jednego miesiąca podpisało petycję do licznych polityków miasta i kultury w celu uratowania przed upadkiem życia nocnego nad Sekwaną. Przez to podkreślili oni gospodarcze i kulturalne znaczenie wieczornych rozrywek dla całego regionu i zażądali natychmiastowej ingerencji polityki, zniesienia administracyjnych przeszkód i przygotowania pomieszczeń na kulturalne wydarzenia. W rzeczywistości zabawę hamują dodatkowe postanowienia administracyjne odnośnie ustawowej ochrony przed hałasem, ograniczenia w godzinach otwarcia barów, horrendalnie wysokie czynsze w atrakcyjnych lokalizacjach, a w szczególności wprowadzony w 2008 r. kategoryczny zakaz palenia. Coraz więcej świateł gaśnie w Ville-Lumière.

Berlin Calling

Wprawdzie mieszkańcy cieszą się, że nikt nie zakłóca ich spokoju, ale zrażony naród imprezowy przemieszcza się do innych metropolii. Wspomniani muzycy grają dziś w Nowym Yorku, Tokio i Berlinie. Żyjący w Paryżu niemiecki Minimal-Dj Phil Stumpf narzekał w jednym z wywiadów w Cafebabel na trudności miejscowej sceny klubowej i zanikającą kulturę Undergroundu. Paryski burmistrz Bertrand Delanoë powinien spytać swojego kolegę z urzędu Klausa Wowereita, dlaczego Berlin uchodzi od jakiegoś czasu za mekkę klubowiczów. Wowi odpowiedziałby mu zapewne o niskich czynszach, niezliczonej ilości knajp bez ograniczonych godzin otwarcia i zabrałby go ze sobą do „Berghain”, obecnie najlepszego klubu techno na świecie, jak uważa magazyn DjMag. Delanoë ponarzekałby natomiast na zamknięcie The Deep i koniec gorących nocy w Les Bains Douches, bądź co bądź dwóch paryskich klubów, uchodzących na gejowskiej scenie za modne.

Podczas gdy zapaleni imprezowicze z całego świata szaleją na parkiecie do upadłego, nad Sekwaną ludzie tłoczą się w malutkich barach albo odwiedzają któryś z nielicznych, przesadnie drogich klubów, jak np. popularny Rex. Za wejście płaci się tam do 20 Euro i jeśli muzyka nie odpowiada, to wcale nie można się tak łatwo znieczulić w obliczu horrendalnej ceny piwa 6 Euro. Jedynym cieniem nadziei wydaje się być długo oczekiwane ponowne otwarcie Indyjskiego Lokalu Indie-Schuppens Flèche w 20. dzielnicy (20 arrondissement), zamkniętego od miesięcy i grożącego zawaleniem. Chociaż jeszcze nikt nie może powiedzieć, czy jej przyszłość rysuje się rzeczywiście w różowych barwach.

Banlieue-Clubbing

Jednak za prosto byłoby zrzucić winę za upadek życia nocnego na ohydnych handlarzy i chciwych właścicieli klubów. Gotowość paryżan do poszukiwania sceny undergroundowej narusza ich granice, a w szczególności te publiczne: Boulevard Périphérique nie jest tylko granicą miasta. Po drugiej stronie miejskiej autostrady kończy się teren wszystkich nocnych hulanek. Chociaż byłe okręgi przemysłowe i obszary niezabudowane byłyby idealnym terenem miejskiego Lifestyle.

W dużej mierze przedmieścia są miejscem narodzin fenomenu „Tecktonik”, ruchu muzyczno-tanecznego, także związanego z modą, który to swoim triumfalnym pochodem przeszedł z paryskich przedmieść do międzynarodowych metropolii. Zamiast do Tokio lub Nowego Yorku autobus nocny mógłby przewieźć ogarniętych szałem tańca ludzi na miejsce wydarzenia i dopiero tam krzyknęliby oni na cały głos: Impreeeeeeeeeeza!