kultura

„Psy” Bogdana Mirică – debiut pozbawiony zębów

Artykuł opublikowany 4 stycznia 2017
Artykuł opublikowany 4 stycznia 2017

Zwycięzca nagrody FIPRESCI na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes w 2016 roku, film „Psy" –debiut filmowy reżysera Bogdana Mirică – jest pokazywany w tym tygodniu na Festiwalu Filmowym w Torino. Niestety, jest to niezdarne podejście do materiału, który inni wykorzystali już znacznie lepiej.

Jednym z największych problemów, z którym borykają się filmowcy od upadku komunizmu, szczególnie w Bułgarii i Rumunii, jest finansowanie. Dlatego czołówki filmów są często pełne nazw partnerów, instytucji rządowych i pozarządowych, stowarzyszeń, a nawet firm, które nie mają żadnego związku z przemysłem filmowym ani żadnego kreatywnego wkładu w sam proces produkcji. W tym samym czasie samozwańczy scenarzyści stają się reżyserami, ich idee i emocje nie podlegają kontroli i w efekcie końcowym zamiast sprawić by opowieść była spójna, tworzą oni dziury w fabule i zapominają o rozwoju postaci.

Tak jest w przypadku „Psów" (w oryginale „Câini" ), debiutu reżyserskiego Bogdana Mirică. Scenariusz powstawał cztery lata, ale Mirică zostawił dużą ilość szkiców i filmował w montażowni. Gwoli uczciwości, Mirică nigdy nie chciał by jego dzieło posiadało fabułę bądź narrację, lecz raczej chodziło o jego odczucia i emocje, które często były niewyraźne, według co najmniej dwóch wywiadów, których udzielił w 2016 roku.

Psy opowiadają historię wykształconego faceta z klasą (Dragoș Bucur) który pojawia się w jakiejś nieokreślonej wiosce niedaleko Tulcea, na granicy z Ukrainą. Odziedziczył on wiele hektarów ziemi i walący się dom dziadka, który, jak później odkryjemy, był tamtejszym „ojcem chrzestnym” znanym jako „Wujek Alecu”. Roman zamierza sprzedać posiadłość i dlatego przyprowadził ze sobą znajomego, Sebiego (Emilian Oprea), żeby nie pomylić się przy formalnościach. Sytuacja zagęszcza się gdy Sebi znika i nowy właściciel dostaje radę, żeby wrócić do swojego dużego miasta i pozwolić prawnikom załatwić sprawę sprzedaży, lub żeby całkowicie to zostawić.

„Próbkę” tego, co będzie dalej dostajemy w formie potwornie powolnej sceny otwierającej (łudząco podobnej do czegoś zrobionego już wcześniej i zdecydowanie lepiej), by potem przeżywać zawód za zawodem, gdyż najważniejsze zdarzenia mają miejsce poza ekranem. To jest główna wada filmu: ciągle narusza złotą zasadę „pokaż, nie mów”, gdy główni bohaterowie i ich przeciwnicy robią długie słowne przedstawienia. Film ujawnia też odwieczne przekleństwo bałkańskiej kultury filmowej: przedłużające się ujęcia, nieruchome, ociągające się sceny, gdy na ekranie nic się nie dzieje, często przez wiele minut (poza jedną sytuacją, kiedy ma to odgrywać rolę czarnego humoru). Pojawia się również stary gliniarz, zbliżający się do kresu swojej kariery za sprawą raka płuc, i owczarek niemiecki o imieniu Policja, co prowadzi do kilku bardzo słabych żartów („O, Policja - ten koleś, nie pies”).

Jeśli chodzi o pozytywne aspekty, Vlad Ivanov (którego międzynarodowa widownia z pewnością pamięta z filmu 4 Miesiące 3 Tygodnie i 2 Dni) jest całkiem zajmujący jako Samir, porucznik wujka Alecu i samozwańczy przywódca wiejskich złoczyńców. Udaje mu się powiedzieć dwa najlepsze i najbardziej niedorzeczne teksty: „Boję się Boga... ale On też się mnie boi”. Niektóre mogą być interpretowane jako komentarz społeczny: „Czasem trochę walczymy, trochę zabijamy... Niewykształceni ludzie szybko się nudzą” – mówi do Romana.

Poza tym jednak, elementy fabuły pozostają owiane niepotrzebną tajemnicą. Niektóre są mało istotne: kim są wiejscy gangsterzy-handlarze i w jakie brudne interesy są zamieszani. Inne są ważniejsze, jak na przykład powód rozłamu między Romanem i jego dziewczyną Ilincą (graną przez Raluca Produ, która niestety nie miała okazji się wykazać), która przychodzi z wizytą w najgorszym możliwym momencie.

Nie można zapomnieć o złym montażu. Debiutujący reżyser musiał najwidoczniej opuścić zajęcia na których uczyli znaczenia wprowadzania scen. Dom odziedziczony przez Romana widzimy w całej okazałości dopiero przez tylnią szybę samochodu typu SUV pod koniec trzeciej sceny, kiedy nasz główny bohater opuszcza swoją dziewczynę w najbardziej zadziwiającym, nielogicznym ruchu, który jest zwieńczeniem całej historii. Kilka scen z przenośnej kamery, które przywołują odrobinę napięcia, są kiepsko wciśnięte między nieruchome ujęcia.

Obraz łączy typowe cechy wrażliwości wschodnioeuropejskiej z wymuszonymi dialogami i elementami niezręcznie pożyczonymi między innymi od Davida Lyncha (np. z filmu „Blue Velvet”) i braci Coen. Właściwie „Psy” były reklamowane i wychwalane jako rumuńska wersja filmu „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Jak na film, który powstawał cztery lata, był inspirowany wspomnieniami z dzieciństwa reżysera i nie opowiadał żadnej szczególnej historii, to wydaje się być zaledwie bezmyślną kopią, pozbawioną ciężaru, głębi postaci czy filozoficznej refleksji dzieł, na których się wzorował.