kultura

Romas Lileikis: „Nie wszystko zależy od pieniędzy”

Artykuł opublikowany 31 lipca 2009
Artykuł opublikowany 31 lipca 2009
Z pasją rządzi republiką Užupis - „litewskim Montmartre” w Wilnie, którego niezależność ogłosił w 1997 r. Spotkanie z Romasem Lileikisem, prezydentem innym niż wszyscy.

Ta historia szybko mnie zafascynowała. Cóż bardziej dziwnego niż samozwańcza, niezależna i zbuntowana republika w samym centrum Wilna, jednej z dwóch Europejskich Stolic Kultury roku 2009? Zaledwie wysiadłem z samolotu, a już sadowię się na tarasie kawiarni, powyżej rzeki i kilka metrów od mostu, który wyznacza wejście do dzielnicy. Tu narodziło się Państwo. Przede mną jego nietypowy prezydent-przewodniczący. Trzydniowy zarost, skórzana kurtka, przeszywające spojrzenie… Romas Lileikis jest tutaj bardzo znany. Rodowity Wilnianin, pewnego wieczoru w 1997 roku, znudzony owym „niszczejącym i podupadającym” miejscem, stworzył Republikę Užupis.

Od czego się zaczęło? Od tej fasady na głównym placu, która nosiła sowiecki napis „ulica śmierci”. To symbol, który ją [republikę] określił i wyznaczył jej cele: „By pokonać śmierć, trzeba być twórczym” – tłumaczy [Lileikis]. To miejsce chce być zarówno nowatorskie, jak i nonkonformistyczne. Užupis, co po litewsku oznacza „Zarzecze”, sprzeciwia się według mojego rozmówcy, dwóm rzeczom: „Przemocy, zarówno fizycznej, jak i emocjonalnej”, oraz „brakowi otwartości umysłu”. 

(zdj.: Jordi Cohen)

Bohater w stylu Kusturicy

Prędko dochodzę do wniosku, że mógłby stać się bohaterem jednego z filmów Emira Kusturicy , który ma dar tworzenia wielobarwnych, przekornych i odrobinę prowokujących postaci. A sama historia tego Państwa mocno przypomina postrzelone scenariusze serbskiego reżysera. Užupis łączy wszystkie cechy prawdziwej republiki. Ma przede wszystkim flagę, zmieniającą czterokrotnie kolor, by podkreślić zmiany pór roku. Dalej, kalendarz, w którym zapisane są rozmaite coroczne spotkania, w tym święto Užupis pierwszego kwietnia. Wreszcie hymn: „sposób uświadomienia sobie gdzie jesteśmy i kim jesteśmy” , kontynuuje Romas Lileikis. Ale porównanie z Kusturicą na tym się nie kończy. Łączy ich zajmowanie się paroma dziedzinami. Lileikis, podobnie jak Kusturica, jest muzykiem i reżyserem. Wśród dzieł Litwina: co najmniej dwa filmy dokumentalne głoszące pochwałę dzielnicy. Obydwa czarno-białe, pełne utopii, poezji i piękna. Pierwszy, zatytułowany „K+M+B”, z 2001 roku, pokazuje narodziny republiki, podczas gdy drugi przedstawia portret i codzienność jej mieszkańców. Lecz on sam uważa się za anty-bohatera. Wcale nie docenia nagłej popularności swojej dzielnicy, próśb o wywiady, ani nawet porównań do „Wolnego Miasta Christianii” w Kopenhadze, dystryktu samo zarządzającego, hipisowskiego i zbuntowanego. „Republika nie została stworzona dla turystów, a przygarnia podróżnych”. Niuans. W efekcie dzielnica staje się znana, może nawet za bardzo. Ociera się o klimat snobistycznej bohemy. Podczas trzech dni mogłem zobaczyć liczne grupy turystów okupujące most, a z drugiej strony galerie sztuki. Jednocześnie wielu młodych tłumaczyło mi, że dzielnica traci swój urok, swojego pierwotnego ducha: „Nawet jeśli pierwszy kwietnia to bardzo fajne święto” wyznaje Sasha, białoruska studentka napotkana w jednym z wileńskich parków.

Utopia i konstytucje

(zdj.: Jordi Cohen)Niespodzianki czekają na zwiedzających na każdym kroku. Okazuje się bowiem, że republika ma też swoich honorowych obywateli - na przykład Dalajlamę, co zdaje się być dumą Romasa, podobnie jak setka ambasadorów rozproszonych po całym świecie. Mieszkańcy dzielnicy są przeróżni. Znajdziemy wśród nich i urzędników, i „ludzi bardzo bogatych”, ale również artystów: „republika uważa się za swoisty paradoks” tłumaczy, zanim wyzna, że mieszkanie tutaj to rodzaj poważnego zaangażowania.

Moja szklanka jest pusta, a wywiad zmierza do końca. Romas Lileikis zgadza się pokazać mi fragment swojej republiki. Najpierw zabiera mnie przed potężny pomnik anioła, znajdujący się na głównym placu: „rodzaj wyjaśnienia, że istota rzeczy leży w ideach, a nie w pieniądzach”. W rzeczy samej – w 1997, ustawili tu choinkę, później małe jajko, symbol wzrastania. Romas z dumą wyjaśnia, że w momencie powstawania republiki miał zaledwie 25 centymów w kieszeni, i potrzeba było sześciu lat, by wznieść pomnik.

(zdj.: PA Canovas)Później pokazuje mi słynną konstytucję Užupis. Ta konstytucja, przetłumaczona na wiele języków, składa się z dziwacznych artykułów. Pierwszy z nich, na przykład, stanowi, że „człowiek ma prawo być szczęśliwy”, inny, że „człowiek ma prawo popełniać błędy”, podczas gdy trzeci przyznaje jeszcze, że „człowiek ma prawo lenić się albo zupełnie nic nie robić”. Sama prawda, na dodatek wyryta w kamieniu. Sposób ustanowienia utopii nieśmiertelnej. Co więcej, „na ścianie jest jeszcze miejsce”, precyzuje prezydent, zanim szybko mnie opuści, z wielkim uśmiechem na ustach.