kultura

Sidney Corbett, kompozytor piękna

Artykuł opublikowany 17 stycznia 2006
Artykuł opublikowany 17 stycznia 2006
Znany kompozytor berlińskiej opery i gitarzysta-pasjonat, 45-letni Sidney Corbett opowiada Cafe Babel o swojej karierze, która zaczęła się od przeprowadzki z rodzinnych Stanów Zjednoczonych do Europy oraz o współczesnej europejskiej sztuce komponowania.

Żona Corbetta, Eva i ich dwuletnia córka Chiara już siedzą w kawiarni i wcinają brunch przy bufecie, podczas gdy Corbett i ja wchodzimy zziębnięci w naszych zimowych płaszczach. Jego ubranie jest zwyczajne, ale „poważne”- ubrany jest cały na czarno. Jednak gdy słyszymy jego córkę wołającą „tato”, uśmiech rozświetla jego twarz. Zdejmuje wełniany kapelusz, spod którego wyłania się krótka, kręcona grzywa czarnych i siwych loków.

Od rocka do klasyki

Gdyby ocenić Corbetta po nieładzie, w jakim są jego ubrania, trudno by się domyślić, że jest to kompozytor muzyki klasycznej, wygrywający międzynarodowe konkursy, którego muzyka jest puszczana w stacjach radiowych od Japonii po Niemcy. A jednak! Corbett, który jest nieśmiały i mówi cichym głosem, zrobił doktorat z klasycznej kompozycji na Uniwersytecie Yale i uczył się u jednego z największych żyjących kompozytorów, Węgra Gyorgi Ligetiego. Ponadto, wykładał gościnnie muzykę klasyczną na najlepszych uniwersytetach świata, w tym na Yale, Berkeley, Uniwersytecie w Hamburgu, Akademii Muzycznej w Moskwie oraz na Królewskiej Akademii Muzycznej w Aarhus (Dania). Teraz ten człowiek siedzi ze mną w kawiarni, gdzie można kupić brunch za 6 euro i tanią kawę.

Podchodzimy do bufetu, bierzemy dwa talerze i zaczynamy nakładać na nie zapiekankę z ziemniaków. Ku mojemu zaskoczeniu, Corbett mówi, że w jego rodzinie nie było tradycji muzycznych: „Jako pierwszy z rodziny zająłem się muzyką, ale przynajmniej moi rodzice wychowali mnie na Bachu i Duke’u Ellingtonie”. Opowiada o tym, jak zaczął grać na gitarze w wieku dwunastu lat, miał afro w stylu Jimmiego Hendrixa, a jako szesnastolatek występował w klubach i barach w Hollywood. Potem, nabierając porcję zapiekanego makaronu koloru pomarańczowego, mówi: „uwielbiałem grać na gitarze, ale szkoła mało mnie obchodziła. Jedyne, co lubiłem w liceum, to zajęcia z kompozycji. Miałem słabe stopnie, gdy złożyłem podanie na Uniwersytet Kalifornia w San Diego na kompozycję i filozofię, jednak przeszedłem egzamin wstępny. Widocznie doszli do wniosku, że mam talent”. Zatrzymuje się przed gotowanymi brokułami i pojemnikiem z kalafiorami, po czym metalowymi szczypcami nakłada sobie po jednym.

Pracując z Bogiem

Gdy siadamy na naszych miejscach, opowiada mi o swojej drodze od gitarzysty-samouka i muzycznego analfabety, którym był w wieku siedemnastu lat, do tytułu doktora Uniwersytetu Yale, którym został w wieku dwudziestu pięciu lat. Mimo że zawsze powątpiewał w swoje zdolności, z łatwością zdał wszystkie egzaminy i dostał nawet stypendium Fulbrighta, aby móc studiować w Hochschule fur Musik und Theater w Hamburgu. „Gdy się dowiedziałem, że dostałem to stypendium, byłem zachwycony. To oznaczało, że będzie mnie uczył Bóg”. „Bogiem”, według Corbetta, jest Gyorgi Ligeti, jeden z najlepszych żyjących kompozytorów. Jednak nauka u boga była o wiele trudniejsza, niż Corbett się spodziewał. „Był naprawdę okrutny i do bólu szczery, jeśli chodzi o muzykę. Potrafił zmiażdżyć swoją krytyką. Początkowo były problemy”, mówi Corbett, kończąc swój posiłek. Jednak Amerykanin i Węgier nauczyli się ze sobą współpracować - w przeciwieństwie do innych studentów. „Miałem o wiele grubszą skórę od większości, gdy przyjechałem do Hamburga. Zniosłem ojca-alkoholika i hipisowskie występy w Kalifornii.”

Corbett opisuje, jak europejskie szkolnictwo muzyczne produkuje dobrze zapowiadających się muzyków, ubolewając nad tym, że wielu studentów w Hamburgu miało „ogromną wiedzę teoretyczną, ale było tylko dzieciakami”, zbyt młodymi i słabymi, aby znieść znęcanie się Ligetiego. Corbett zdołał to wytrzymać, przez co stał się lepszym kompozytorem. „Europejska muzyka jest bardziej eksperymentalna od amerykańskiej. W Stanach chodzi przede wszystkim o zadowolenie publiczności - to kwestia pieniędzy. Europejska muzyka nie ulega wpływom rynku, częściowo dlatego, że instytucje kulturalne są finansowane przez rząd. Panuje tam o wiele większa wolność.” Tak więc w Europie Corbett mógł robić coś, co drzemało w nim od lat - czyli eksperymentować.

Nie tracąc więzi z Ameryką Corbett zaczął tworzyć swój własny styl muzyki: połączenie tradycji obydwóch kontynentów. W swoich kompozycjach na orkiestrę, utworach zespołowych i solowych, w operze zatytułowanej „Noe” („Noach”) oraz w wielkiej ilości muzyki wokalnej, którą napisał, eksperymentuje z dźwiękami, mieszając ciche lub gwałtowne wokale ze złożonymi, pulsującymi rytmami. Jego muzyka jest delikatna, zwrócona ku wnętrzu człowieka, ale pomimo minimalizmu, ma zawsze emocjonalny wpływ na publiczność. Jego prace zacierają granice między Ameryką a Europą: „Zawsze mi się wydawało, że moja muzyka powstaje dla zatopionej Atlantydy. Dla Amerykanów jest zbyt eksperymentalna, dla Europejczyków – zbyt słodka”, mówi, wstając po deser. Mała Chiara już pochłania kawałki brzoskwini oblane Nutellą, a jej twarz jest cała wysmarowana sosem czekoladowym.

Pytam Corbetta, co to znaczy „zbyt słodka dla Europejczyków”. Czy Europejczycy słuchają tylko gorzkiej i przygnębiającej muzyki? Według Corbetta, po Drugiej Wojnie Światowej muzyka klasyczna się zmieniła. Wydawało się, zwłaszcza w Niemczech, że muzyka nie może już być piękna, zwłaszcza po tych wszystkich okrucieństwach, które się tam wydarzyły. Kompozytorzy niemieccy zostali zamknięci w czymś, co Corbett nazywa „muzycznym gettem”- utwory musiały być ciężkie i tragiczne. Latami muzycy nie mieli odwagi pisać radosnych utworów. Obecnie niektórzy próbują wyjść z tego getta. Corbett jest jednym z nich, i wydaje się, że przekonał już wielu do swojej muzyki: krytycy z ogólnokrajowych i lokalnych gazet, takich jak Die Welt i Stuttgarter Zeitung zachwycają się jego utworami.

Rozmowa kończy się przy kawie. Zakładamy nasze grube płaszcze, wychodzimy na trzaskający mróz z kawiarni w Kreuzbergu, dzielnicy Berlina i idziemy w tym samym kierunku. Udaje mi się nawet iść za rękę z małą Chiarą aż do następnego skrzyżowania, gdzie się rozdzielamy.