kultura

Silencio to klub, w którym David Lynch zamienia się w Papę Smerfa

Artykuł opublikowany 17 listopada 2011
Artykuł opublikowany 17 listopada 2011
„Silencio, no hay banda...”, oczywiście nie jest to zdanie, którym zostaniecie powitani przy wejściu do bardzo ekskluzywnego paryskiego klubu Davida Lyncha. Pomimo tego, że klub otrzymał nazwę „Silencio” (w hołdzie dla filmu „Mulholland Drive”), nie znajdziecie tu Rity, martwych ciał, ani zagadek do rozwiązania.

Mówiąc prościej, przy wejściu do Silencio znajdziecie mężczyznę średniego wzrostu, popijającego wódkę przez słomkę i sprawdzającego czy wasze nazwisko jest obecne na jednej z list gości. W tym samym czasie neon, przedstawiający dwa klucze, będzie zamieniał czerwone światło na niebieskie i odwrotnie. To ulica Montmartre 142, dla redaktorów prasowych - była siedziba "L'Aurore", czyli redakcji, która wydrukowała „J’accuse” Emila Zoli. Wcześniej istniał tu cmentarz, gdzie pochowany został Molier, a do nie tak dawna niedawna - studio nagrań grupy Justice. Jednak dla wszystkich innych, ten budynek to przede wszystkim lokalizacja popularnej dyskoteki Social Club, znajdującej się na prawo od wejścia do Silencio.

Zagłębiając się w tajemnicę klubu...

Nocny klub ma strukturę podziemnego bunkra, ukrytego pod trzema poziomami schodów. W miarę ich pokonywania, klubowicze mogą podziwiać fotografie lokalu wykonane przez samego Davida Lyncha. To w tym momencie mamy do czynienia z pierwszym zawrotem głowy, a nawet rozdwojeniem jaźni – typowych dla tego reżysera odczuciach. Nagle odnajdujemy się pomiędzy czymś, co można uznać za realne (takim jak np. doświadczenie zejścia po schodach by znaleźć się w zupełnie innym miejscu), a tym co jest częścią dezorientujących i tajemniczych  obrazów (nikt nie przyszedłby do Silencio, gdyby nie rodzaj fascynacji filmem „Mulholland Drive”). Obserwacja zdjęć odtwarzających plan filmowy - a więc zupełnie inną lokalizację niż miejsce, w którym właśnie się znajdujemy - sprawia, że mamy wrażenie obcowania ze sztuką wyniesioną na piedestał. „Fotografuję klub nocny, zaprojektowany na wzór tego, który ukazał się w jednym z moich filmów” – musiał sobie powiedzieć Lynch. Cały ten „entourage” wprowadza w spiralę, od której można się uwolnić tylko dzięki niewielkiej dawce zdrowego cynizmu. 

Mini library (R)

Przy wejściu, niebieski klucz widniejący na szyldzie jest kolejnym odniesieniem do filmu - jedną z wielu wskazówek tajemnicy Mulholland Drive. Element ten wskazuje na status prywatnego i ekskluzywnego klubu. Od 18-tej do północy wstęp jest zarezerwowany tylko dla członków – tj. „przyjaciół” klubu, którzy uiścili 1500 euro rocznej opłaty za kartę członkowską (obcokrajowcom przysługuje ulga – wpłacają tylko 400 euro rocznie).  Od 6-tej rano klub jest otwarty dla pozostałej publiczności (wymagany jest jednak wpis na listę). Aby stać się członkiem nie wystarczy opłacenie składki. Odwiedzający klub muszą przynależeć do grupy „artystów”. Nie ma znaczenia czy śpiewasz, grasz, malujesz, czy piszesz. Możesz uczestniczyć w spotkaniach, koncertach, warsztatach, wystawach, a nawet proponować wydarzenia.

Rue Montmartre znajduje się całkiem niedaleko centrum Paryża

Tuż po północy

Wszystko to dzieje się dokładnie przed północą. Następnie, niczym Kopciuszek, miniaturowy świat Hollywood Silencio zmienia się w roztańczony parkiet z przygrywającym DJ-ami, podczas gdy pozostali tłoczą się w kolejce do baru. Jeden z gości wykrzyknął nawet: „ Cóż, mniej więcej Social Club, ale za to ze znacznie wyższym stężeniem pięknych dziewczyn!”. Klubowicze mają też możliwość odpoczynku w fotelach, tak by spokojnie mogli przejrzeć np. jeden z prezentowanych projektów. Pozostali zawsze mogą zawitać do jednej z sal filmowych, gdzie co wieczór organizowane są trzy projekcje. Można się upić i dotrzeć do toalety, gdzie wszystkie żarówki wokół lustra, podobnie jak w filmowej garderobie, pomogą nam uwierzyć, że jesteśmy aktorami. To mniej więcej to, czego doświadczyli niemal wszyscy bywalcy, przed tym jak kareta zamieniła się w dynię i David Lynch został uprowadzony przez ubrane w czarne stroje, atrakcyjne „showgirls”. Tak samo przed, jak i po zabawie w klubie, odnosi się wrażenie, że jest się w miejscu spotkań, gdzie wszyscy się znają, witają się całusami i opowiadają epizody dnia.

Mimo, że amerykański artysta nie był obecny na otwarciu klubu, można go było w nim spotkać pod koniec października. Gdy reżyser wreszcie zajął zarezerwowane dla niego miejsce, natychmiast został otoczony około dwudziestoma osobami. Bacznie obserwując każdą zmianę jego pozycji, prowadziły ożywioną rozmowę w przyjaznej atmosferze. Klubowicze, przy artyście ze Stanów Zjednoczonych - który bardziej niż nowoczesnego podstarzałego Sokratesa, przypominał  Papę Smerfa – sprawiali wrażenie małych, cherlawych wręcz postaci. Lynch, władczy i przerażający, wielokrotnie nagradzany mistrz thrillera psychologicznego, nieoczekiwanie wydał się w tej sytuacji słodki, a wręcz przyjaźnie dziecinny. Nie puściły mu nerwy, nawet kiedy kręcący się wokół niego facet z wykałaczką w ustach, niemalże zaczął go ciągnąć za marynarkę, mówiąc: „Patrz, Papo Smerfie! Patrz czego nauczyłem się od Ryana Goslinga z Mulholland Drive”. Tak naprawdę, równie dobrze, ktoś mógł mu powiedzieć, że przypominał raczej Benigniego w „Johnnym Stecchino”). Po tym, nagle pojawił się inny typ o nieobecnych i szklistych oczach, psychopatyczny model Franka Bootha z „Blue Velvet”.

Silencio jest tak samo interesującym i atrakcyjnym jak inne kluby rozsiane po całym świecie. Z pewnością nie dorównuje tym wymyślonym przez samego Davida Lyncha na potrzeby filmów.  Potwierdza się podejrzenie, że kiedy sztuka (nawet ta najbardziej uznana) staje „twarzą w twarz” z rzeczywistością,  staje się niczym innym, jak karykaturą samej siebie – tak samo w Paryżu, jak w każdym innym miejscu na świecie.

Klub Silencio jest otwarty od 18.00 do 6.00.

Fot.: © ©  David Lynch David Lynch na scenie Silencio © Alexandre Guirkinger/ obydwa zdjęcia ukazały się dzięki życzliwości Facebookowej strony "Lynchland" / facebook; smerf (cc) Chuck _Maurice/ Flickr