kultura

"Sorry, no German” – czy obcokrajowcy, którzy osiedlili się w Berlinie powinni uczyć się języka niemieckiego?

Artykuł opublikowany 7 marca 2013
Artykuł opublikowany 7 marca 2013
Na Twitterze i na anglojęzycznych blogach o Berlinie rozpętała się debata o tym, czy osoby, które osiedliły się w Berlinie powinny uczyć się języka niemieckiego. Czy to arogancja prowadzić swoje berlińskie życie wyłącznie po angielsku?

Julie Colthorpe przybyła do Berlina przed dwunastoma laty i obecnie swobodnie porozumiewa się w języku niemieckim. W swoim artykule ”Sorry, no German”, który ukazał się w anglojęzycznym magazynie ”Exberliner”, wyraża swoje oburzenie wobec faktu, że coraz więcej przyjezdnych nie tylko nie posługuje się językiem w stopniu umożliwiającym swobodną komunikację, ale nawet nie ma zamiaru się go uczyć. Powodem jej złości na tych ”leniwych arogantów o lekceważącym i nonszalanckim stylu bycia” była wizyta w australijskiej restauracji w jednym z okręgów Berlina, Neukölln. Znajomość niemieckiego zdała się tam na nic, gdyż obsługa posługiwała się wyłącznie językiem angielskim.

Nie trzeba było długo czekać, aby Lauren Oyler, cudzoziemka żyjąca w Berlinie, zabrała głos w tej sprawie. Amerykanka traktuje krytykę jako atak i postanawia wyrazić swój sprzeciw na blogu ”Überlin”. Oyler uważa, że ”umiejętność czytania kilku artykułów w Wikipedii w oryginale i poprawne użycie rodzajników ”der, die, das” nie daje statusu znawcy kultur, który czyni świat lepszym. Według Oyler przyjezdni stanowią ważną składową panoramy kulturowej Berlina.

Od tego czasu czytelnicy ”Exberliner” i ”Überlin” toczą pojedynek słowny na Twitterze. A ja śledzę tę dyskusję i postanawiam dodać do tego swoje trzy grosze. Jestem rodzimą użytkowniczką języka, choć nauczyłam się mówić wolną od dialektu niemczyzną dopiero podczas mojego rocznego pobytu w USA. Od trzech lat mieszkam z Holenderką w mieszkaniu studenckim. Jej poziom niemieckiego jest zadowalający, ale krąg jej przyjaciół jest niemal wyłącznie anglojęzyczny. Porównajmy typowy tydzień Josie i Sandry i zastanówmy się co tracą Josie i jej cudzoziemscy przyjaciele z berlińskiej kultury.

Typowy berliński tydzień

Poniedziałek: Josie udała się na basen w Neukölln. Ja oglądałam w telewizji ”Rach, der Restauranttester” (odpowiednik programu ”Top chef”). Jej uwadze uszły przy tym pewne interesujące niemieckie słowa, np. ”Mehlschwitze” (zasmażka) lub ”Rotweinsud“ (wywar z czerwonego wina).

Czytaj też: Miasto złudzeń? Młodzi imigranci w Berlinie

Wtorek: Josie udaje się na otwarcie wystawy w Schöneberg na temat ”Zintegrować się z otoczeniem, ale nie zniknąć”. Ja za to znikam we wtorek wieczorem, ale w wannie. Korzystam z chwili relaksu i oglądam dwa odcinki opery mydlanej ”Lindenstraße”. Josie przegapia część mojej młodości, ponieważ niekończący się serial jest od 20 lat nieoderwalną częścią mojego życia.

Środa: Josie idzie na koncert Prinza Pi, który rapuje po niemiecku i angielsku. Podoba jej się jego muzyka być może dlatego, że jego teksty są dla niej nie do końca zrozumiałe. Ja rozkładam się wygodnie ze ”Spieglem” na kanapie. Szybko przekartkowuję uciążliwe strony o polityce i zagłębiam się w lekturze ”Warum Stress Dick macht” (dlaczego stres powoduje tycie) i rozkoszuję się przy tym, nie bez poczucia winy, czekoladowo-orzechowym batonikiem. Nie mam już wątpliwości: angielskojęzyczne osoby mają dziś w Berlinie bogatszą ofertę kulturalną niż ja.

Czwartek: Josie ma gości z Holandii. Trzej chłopcy są już tutaj całkiem dobrze zaaklimatyzowani, dlatego zanosi się w mieszkaniu na imprezę. W Neukölln, oczywiście. Idę do mojego chłopaka. Ma wykupiony jeden rodzaj abonamentu telewizyjnego i dlatego na wszystkich kanałach leci piłka nożna. Również tutaj Josie nie traci wiele – choć Benfica pokonała Leverkusen i mogłaby przy tej okazji nauczyć się kilku pięknych niemieckich przekleństw.

Piątek, Sobota, Niedziela: Weekend. Najczęściej spędzamy go w podobny sposób. Chodzimy do tych samych barów, razem lub osobno, lubimy te same drinki - mamy po nich tego samego kaca i tę samą wymówkę, aby nie iść na fitness (”za zimno / za daleko / nie mam siły”).

Wnioski?

Wydaje się, że Josie zwiedza, poznaje nowe miejsca i ludzi dużo częściej niż ja. Być może jest to związane z faktem, że przez większą część zimy prowadziłam egzystencję kanapowego lenia, ale wynika to także ze specyfiki życia przyjezdnych: obce w danym miejscu osoby, tworzą własną kulturę. To jest oczywiste, że anglojęzyczne życie obcokrajowca różni się od tego w niemieckojęzycznym kręgu przyjaciół. Z pewnością nie zaznają oni przyjemności oglądania ”Tatort” (najpopularniejszy i najdłużej obecny w niemieckojęzycznej telewizji film kryminalny – przyp. tłum.), nie będą w stanie dyskutować o tekstach piosenek K.I.Z. i nie zrozumieją żartów na temat Schwaben-Bashing (zjawisko niechęci przeciwko Szwabom w Berlinie ujawniające się m.in. w postaci żartobliwych plakatów, haseł itp. – przyp. tłum.). Umknie ich uwadze także skandal z koniną obecną w mięsie wołowym. Josie wcale nie śmieszą ”Gaultaschen”. Ja za każdym razem zrywam z tego powodu boki ze śmiechu.

Wielu przyjezdnych nie mówi po niemiecku, ponieważ po prostu nie jest on im potrzebny. Szorstka i ekonomiczna rzeczywistość – tak nazywa to Lauren Oyler. I jest to jej święte prawo, podobnie jak Australijczyka, który w swojej berlińskiej restauracji sporządza menu tylko po angielsku lub szwabskiego piekarza, który może nazwać w Prenzlauer Berg swoje bułeczki ”Weckle”.

Ostatnio Josie poprosiła mnie o pomoc w odczytaniu listu z kasy chorych. Nie mogłam się powstrzymać i wymknęło mi się ”ucz się niemieckiego!” – można być tolerancjnym tak długo, póki nie staje się to uciążliwe. Wydaje się więc, że żal do anglojęzycznych bliźnich, którzy nie mają ochoty uczyć się niemieckiego jest oznakiem pewnej arogancji ze strony Julie Colthorpe. Ja jednak mam pomysł jak można by naprawić tę sytuację - droga Pani Colthorpe, niech Pani przetłumaczy ten artykuł na ich język ojczysty, tak aby również ”leniwi aroganci” mogli go zrozumieć. Z pewnością sprawi to przyjemność nie tylko mnie, ale i Josie.

Thank you!

Fot.:  (cc) The Hipstery, Mutter Beimer (cc) lindenstrasse.de, K.I.Z. ©offizielle K.I.Z. Facebook-Seite