kultura

''The Broken Circle Breakdown'': piękno belgijskiego kina

Artykuł opublikowany 11 grudnia 2012
Artykuł opublikowany 11 grudnia 2012
W obliczu choroby, śmierci, czy innego ciężkiego przeżycia, każdy szuka pocieszenia na swój sposób. Dla jednych pomocna będzie wiara, dla innych muzyka... O tym wlaśnie opowiada dramat "The Broken Circle Breakdown" Felixa Van Groeningena, który mimo poruszanej tematyki, nie wychodzi poza ramy gatunku i daleko mu do "sentymentalnej papki". Reżyser zadbał także o jakość obrazu.
Prawdziwa rozkosz dla oczu i uszu.

Jednego piątkowego popołudnia, korzystając z odwołanych zajęć na uczelni, wybrałam się sama do kina. Uwielbiam błądzić myślami w świecie filmu - bez potrzeby mówienia o tym jeszcze przez kilka chwil, a nawet godzin po seansie. To chyba taki mój sposób na pożegnanie z bohaterami, z którymi spędziłam ostatnie 2 godziny, i do których zdążyłam sie już przywiązać. Tak było właśnie w owy piątkowy wieczór, po obejrzeniu "The Broken Circle Breakdown" - nowego filmu flamandzkiego reżysera Felixa Van Groeningena, którego talent, krytycy docenili już 3 lata temu za "Merditude des Choses".

Elise jest właścicielką studia tatuażu w Gent, Didier gra na banjo w zespole "Bluegrass". Jest zafascynowany Ameryką, i gdyby nie szare pejzaże Belgii, możnaby odnieść wrażenie, że akcja filmu rozgrywa sie gdzieś na wsi w Alabamie. Ich życie to ciąg małych i dużych radości: wieczory spędzane z przyjaciółmi przy ognisku i dźwiękach muzyki; zgoda z naturą, a także pojawienie się małej Maybelle, która choć nie była planowana, staje się dla rodziców źródłem radości. Jednak choroba, która zaatakowala organizm dziewczynki, zakłóca tę sielankę i wystawia na próbę ich system wartości. Jak Didier, zdeklarowany ateista, ma wytłumaczyć córce istotę śmierci? I czy on sam będzie potrafił żyć z tym wielkim bólem i smutkiem po utracie bliskiej mu osoby? Czy Elise, niepraktykująca katoliczka, znajdzie pocieszenie w wierze, mając przy boku mężczyznę, który gardzi jej religią? Film nie daje jednoznacznych, uniwersalnych odpowiedzi, nie ocenia. Widz poszukuje więc własnych rozwiązań na podstawie osobistych doświadczeń

Mimo że wychodząc z kina film pozostawia wrażenie smutku, widzowie nie spędzają całego seansu na ocieraniu łez. Reżyser zręcznie żongluje między aktualnymi wydarzeniami, gdzie para bohaterów czyni wysiłek, by przebrnąć przez piętrzące się trudności. Ostatecznie każda trudna sytuacja jest zbalansowana pozytywnym epizodem z przeszłości. Zabawna historia działa łagodząco i nastraja pozytywnie przed dalszym ciągiem zdarzeń. Wszystko to w atmosferze country, gdzie radość grania i bycia razem jest najważniejsza i dodaje otuchy. Do tego dochodzi talent głównych odtwórców ról, Veerle Baetens i Johana Heldenbergha, którzy wiernie oddają emocje swoich bohaterów.

Nawet jeśli widzieliście film "La guerre est declarée", nie powinno to was zniechęcić do obejrzenia "The Broken Circle Breakdown". Podobieństwa są oczywiście nieuniknione. W obu przypadkach, scenariusz zainspirowany został osobistm dramatem współtwórców oraz reżysera. Johan Heldenbergh, zanim pojawił sie na ekranie, opowiedział swoją historię na deskach teatru; natomiast Valerie Donzelli i Jérémie Elkaïm wcielają się w siebie samych. Nie jest to jednak wałkowanie po raz kolejny tego samego tematu. Twórcy pokazują nam inne problemy z nowej perspektywy i w odmiennej atmosferze.

Jeśli potrzebujecie dobrego powodu, żeby odkryć belgijskie kino, to właśnie go znaleźliście. A ci, którzy już je znają, powinni być zachwyceni tym czwartym długometrażowym filmem reżysera. Felix Van Groeningen po raz kolejny udowadnia swój talent oraz geniusz belgijskiej kinematografii.

Fot.: dzięki upzrejmości (cc) oficjalnej strony filmu na Facebooku; video (cc) moulinvsnavaro/ youtube