kultura

Trzy razy hurra dla UE!

Artykuł opublikowany 7 lutego 2006
Artykuł opublikowany 7 lutego 2006
Sport jest dowodem na to, że większość ludzi nadal określa się na podstawie kryteriów narodowych. To jednak tylko powierzchowne wrażenie.

Od uroczystego otwarcia dwudziestych zimowych igrzysk olimpijskich dzieli nas zaledwie parę dni: 2 500 uczestników przemaszeruje przez stadion w Turynie w ślad za flagami 85 państw. Od 10 do 26 lutego fani sportu z całego świata z wypiekami na twarzy oglądać będą "swoich" zawodników, zagrzewając ich do boju, a być może także roniąc łzy, gdy ich krajanie staną na podium, by wysłuchać narodowego hymnu. Ten spektakl nie byłby nawet w połowie tak interesujący, gdybyśmy przynajmniej trochę nie identyfikowali się z jego uczestnikami. Więź pomiędzy fanem i sportowcem nie jest oparta na sympatii, czy zmyśle estetycznym - biegnie ona wzdłuż podziałów narodowościowych. Wydaje się nam to naturalne, ale czy tak jest naprawdę?

Chłopi, mieszczanie czy arystokraci?

Dwieście lat temu było zupełnie inaczej. Nie, żeby nie było wtedy jakiejś formy utożsamiania się z grupą - po prostu kryteria były wtedy bardziej elastyczne. Człowiek mógł jednocześnie należeć do różnych grup: chłopów lub arystokratów, katolików lub protestantów, mieszkańców tej, czy innej wioski. Innymi słowy samookreślenie w duzym stopniu zależało od pozycji społecznej. Idea narodu - grupy o wspólnych interesach zbudowanej na bazie wartości społeczno-politycznych - stała się popularna dopiero pod koniec XVIII wieku, wraz z nadejściem Rewolucji Francuskiej.

Identyfikowanie się ze społeczno-terytorialnym państwem oznaczało wyzbycie się więzi z innymi grupami; było ono swego rodzaju parasolem, pod którym skupiały się wszystkie, różnorodne części składowe danej nacji. Sukces tej drogi rozumowania prowadził następnie do wywrócenia tego związku do góry nogami: naród stał się nie wspólnotą interesów swych obywateli, lecz przedłużeniem elementów etnicznych, obudowanych z czasem systemem politycznym. W tym tkwi źródło współczesnych konfliktów politycznych i geograficznych

Braterski pojedynek podczas mistrzostw świata

Ale wróćmy do sportu. Igrzyska olimpijskie ukazują, że podział świata na państwa nie jest "naturalny". Obecnie w turnieju hokeja na lodzie walczą dwie drużyny - czeska i słowacka. A przecież za młodu gracze obu z nich kibicowaliby wspólnie Czechosłowacji. Chorwacki alpinista, Janica Kostelic, przyszedł na świat w Jugosławii. Podobnie szesnaście lat temu członkowie obecnej reprezentacji Niemiec kibicowali dwóm różnym drużynom.

Jeśli chodzi o imigrantów biorących udział w zawodach, także nie jest jasne, z którym narodem utożsamia się dany sportowiec. Ostatnio w niemieckim środowisku piłkarskim rozgorzała burza, gdy tak niemiecki, jak i turecki związek piłki nożnej zaczęły rościć sobie prawa do wychowanego w Niemczech Nuri Sahina. Oba kraje chciały, by ten syn dwojga Turków poprzysiągł wierność właśnie im. W końcu, podobnie jak to było w wielu poprzednich przypadkach, dysputę wygrała Turcja. Jednocześnie w niemieckiej reprezentacji narodowej grają Łukasz Podolski, Mirosław Klose i Łukasz Sinkiewicz, choć równie dobrze mogliby się pojawić po stronie polskiej. W nadchodzących mistrzowstwach świata w piłce nożnej możemy spodziewać się "braterskiego pojedynku": Salomon Kalou zagra w barwach swej nowej ojczyzny, Holandii i w pierwszej rundzie zmierzy się ze swoim bratem, Bonaventure Kalou, reprezentującym Wybrzeże Kości Słoniowej.

Turyngia, "państwo" na medal

Dlaczego więc w ogóle posługiwać się logiką nacjonalistyczną? Dlaczego Sycylijczyk cieszy się, gdy na prowadzenie wysuwa się narciarz z Lombardii? I dlaczego ten sam widok rozzłości Tyrolczyka, mimo że Lombardia z geograficznego punktu widzenia jest bliższa Austrii niż Sycylii? Można przywołać tu jeszcze wiele innych podziałów. Podczas ostatnich igrzysk w 2002r. niemieckie media przygotowały tabelę zdobytych medali, według której na trzecim miejscu znalazł się niemiecki land Turyngia. Dlaczego więc nie istnieją alzacke, śląskie, czy choćby katalońskie "narodowe" drużyny sportowe? Albo może wręcz drużyny reprezentujące Unię Europejską? Kwestia wspólnoty języka nie wydaje się być wystarczającym wyjaśnieniem. Niemcy i Austria, USA i Wielka Brytania - pomimo wspólnego języka są to osobne państwa. Z drugiej strony mamy zaś kraje, w których uzywany jest więcej, niż jeden język - Szwajcaria, Belgia, czy Kanada.

Na utożsamianie się z narodem kładzie się silny nacisk w szkole, zwłaszcza na lekcjach historii. Równie ważną rolę odgrywają jednak media. Początkowo działo się tak za sprawą książek i gazet; obecnie rolę kreowania poczucia wspólnoty wypełnia telewizja – zwłaszcza podczas transmisji wydarzeń sportowych, takich jak igrzyska olimpijskie, czy mistrzostwa świata w piłce nożnej.

Być może europejska tożsamość rozwinie się w nadchodzących dekadach. Spróbujmy sobie wyobrazić przyszłość, w której Francuzi kibicują angielskim, fińskim i węgierskim sportowcom, ponieważ "ich" zawodnicy są częścią większej całości. Jeszcze trochę i nie będziemy mówić o zwycięstwach Brazylijczyków czy Amerykanów, lecz obywateli UE.