kultura

Tybet poza kontrolą

Artykuł opublikowany 27 marca 2008
Artykuł opublikowany 27 marca 2008
Wobec narastającego napięcia pomiędzy tybetańskimi mnichami a chińskimi władzami, podajemy relację 25-letniego szwajcarskiego turysty z wydarzeń, jakie miały miejsce w czasie jego tygodniowego pobytu w Lhasie

Lhasa, wtorek, 11 marca

Po posileniu się w Ganglamendo, wraz ze znajomym dziennikarzem Chrisem udaliśmy się na spacer po placu Bankhor, znajdującym się w sercu stolicy.

Odbywając Korę (rodzaj buddyjskiej pielgrzymki) wokół świątyni Jokhang, zdaliśmy sobie sprawę, że atmosfera w mieście jest napięta. Cywilne oddziały policji i tybetańscy paramilitarni są wszędzie. Nagle zaczynają walczyć. Doskonale wiemy, co dla turysty oznacza wejście w drogę chińskiemu funkcjonariuszowi. Mimo to, nadal idziemy za oddziałami ratunkowymi i widzimy jak aresztują i zabierają dwóch cywilów. Tej nocy dochodzi do ogromnych demonstracji z udziałem mnichów i reszty tybetańskiej ludności.

Tybetańczycy to niewiarygodnie pokojowy naród. Wszędzie, gdzie docieram mieszkańcy traktują mnie jak przyjaciela, są bardzo życzliwi - częstują jedzeniem i tradycyjną tybetańską herbatą. W wielu codziennych sytuacjach mieszkańcy Tybetu są kontrolowani i uciskani. Moi nowi przyjaciele wyciągają do mnie ręce, w których trzymają fotografie Dalajlamy - za coś takiego mogą trafić do więzienia. W tym samym czasie strona chińska odpowiada zaostrzeniem kontroli poprzez zwiększenie liczby swoich funkcjonariuszy w Tybecie. Maszerujące mundury są wszędzie.

Lhasa, piątek, 14 marca

Podczas śniadania poznałem dwóch młodych Tybetańczyków. Siedzieliśmy przy oknie i piliśmy herbatę. Są niezwykle otwarci i od czasu swojej ucieczki do Indii dobrze mówią po angielsku. W drodze powrotnej do Tybetu jeden z ich przyjaciół, chiński informator ogromnej społeczności tybetańskich wygnańców został zdradzony i aresztowany przez Chińczyków.

Chińskie oddziały policji przed świątynią Jokhang (Nice Logo/ Flickr)

Kilka minut przed trzynastą wychodzę z restauracji by odbyć kolejną Korę. I tym razem plac Bankhor, serce Lhasy, roi się od policji i wojska.

Na ulicach emocje aż kipią. Staruszki, dzieci i handlarze stąpają jakby na palcach, gotowi rzucić się do ucieczki, gdy będzie trzeba. Zaczynam biec pod prąd. Z oddali dobiega mnie ludzkie wycie, przypominające odgłos wydawany przez stado wilków. Nagle, dostrzegam, że już nie jestem na jednej z małych uliczek Lhasy ale na głównej ulicy miasta, pośród liczącego 400-500 osób tłumu. Wrzask i skowyt przerywa jedynie stłumione łomotanie. W powietrzu świszczą kamienie, które lądują wszędzie, również na poboczu, gdzie grupa pięćdziesięciu uzbrojonych funkcjonariuszy chroni się za plastikowymi tarczami. Kamienne pociski są bardzo ciężkie. Słychać niszczycielską siłę celnych, tępych uderzeń. Tarcze kruszą się niczym szkło, gdy nacierający tłum obezwładnia agresora. Policjanci nie są w stanie dłużej pozostać na swoich miejscach. Próbują uciec w boczne ulice. 200-osobowy tłum Tybetańczyków rzuca się w pościg.

W tym samym czasie stary Chińczyk usiłuje wydostać się z tłoku na rikszy. Nie zdążył – wściekły tłum spycha go z niej i targając i szarpiąc rzuca mężczyznę na barierki. Jakby tego było mało, trzech mężczyzn ciska pędzące kamienie w kierunku staruszka. Nie mogę tego znieść. Kieruję się w stronę leżącej na ziemi rikszy.

Żeby zwrócić na siebie uwagę, zaczynam machać rękami, wykorzystując fakt, że jestem obcokrajowcem. Krzyczę: "Nie! Nie! Przestańcie!". Staruszek podnosi się z ziemi i patrzy na tłum. Jest wstrząśnięty. Zostaję wepchnięty z powrotem na ulicę, i wzrokiem napotykam brązową, okrągłą twarz. "Powinieneś stąd odejść!". Mężczyzna po trzydziestce próbuje przemówić mi do rozsądku. Jednak ja, jako Europejczyk, czuję się bezpieczny. Czy istnieje naród spokojniejszy niż Tybetańczycy? Czy to możliwe, jeśli na ich czele stoi Dalajlama, przeciwnik agresji i przemocy, będący dla nich przykładem? A teraz popatrzcie na tych brutalnych ludzi, jakimi stali się w ciągu ostatnich godzin. Gwałtowność i zimna krew, z jaką gotowi są zabijać gołymi rękami i kamieniami są niewyobrażalne.

To zdumiewające, ale słyszę, jak wielu mieszkańców się śmieje. Ulga, jaką odczuwają mogąc po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat chodzić swobodnie po ulicach jest ogromna. Właściciele sklepów i restauracji przywieszają białe chusty na swoich budynkach - to ma ich chronić i wyróżniać jako Tybetańczyków.

Lhasa, sobota, 15 marca

Budząc się w sobotni poranek widzę ulicę zastawioną przynajmniej piętnastoma opancerzonymi pojazdami. I bardzo młodych żołnierzy. Wszystko trwa w bezruchu - poruszają się tylko mundury. Cały dzień słychać strzały i wybuchy. Koło siedemnastej czternaścioro z nas wsadzono do furgonetki i wywieziono poza centrum. Ulica jest doszczętnie zniszczona. Poza dwudziestoma spalonymi wrakami pojazdów, siedmioma zrównanymi z ziemią domami i około pięćdziesięcioma zniszczonymi i spalonymi sklepami nie zostało tu nic. Żołnierze odłożyli bagnety, ale nie zawahają się ani sekundy, by w ciebie wycelować.

Zostajemy zakwaterowani w luksusowym hotelu na wschodnim krańcu centrum miasta. Od momentu przybycia mamy dostęp do Internetu i międzynarodowych rozmów telefonicznych. Policja kręci się w hotelowym holu, nasłuchując.

Lhasa, niedziela, 16 marca

W niedzielę rano budzi nas warkot ciężarówek i czołgów. Chińska armia szturmuje Tybet. Naliczyliśmy sto dwadzieścia ciężarówek z trzydziestoma pięcioma żołnierzami. Czołgów jest jeszcze więcej. W poniedziałek powinniśmy w końcu wrócić do centrum. Punkty kontroli wojskowej są wszędzie. Udając głupich turystów, dzięki paszportom udaje nam się przejść. Żołnierze mają co najwyżej szesnaście lat. Chwytają za broń przy najmniejszym ruchu.

Katmandu, wtorek, 17 marca

We wtorek lecimy do hotelu w Nepalu. W Katmandu czeka na nas około 30 – 50 dziennikarzy z całego świata. Idą za nami do hotelu, próbują dodzwonić się do naszych pokoi, i nie odstępują nas na ulicy. Decyduję się opowiedzieć im o wszystkim, co tu widziałem.

Spanien in NantesEuropa popiera Tybet. Od góry: tybetańskie protesty w Antwerpii i Paryżu. Poniżej w Warszawie. Afisz Wolny Tybet na katedrze Duomo we włoskim Mediolanie i protestujący w Londynie. (Zdjęcia: pietel/ julien’/ gilus_pl/ reinvented/ Flickr)

Pozostałe zdjęcia: strona internetowa protestujących w belgijskiej Antwerpii (pietel/ Flickr), Białe chusty są często rozkładane na znak ofiary (citizenofworld/ Flickr), wojskowe przyczepy (Zdjęcie: d o d g e r/ Flickr)