kultura

Ukraina to nie tylko konflikty

Artykuł opublikowany 3 czerwca 2014
Artykuł opublikowany 3 czerwca 2014

Obec­nie o Ukra­inie sły­szy­my nie­mal wy­łącz­nie w kon­tek­ście za­mie­szek i nie­po­ko­jów spo­łecz­nych na jej po­łu­dnio­wo-wschod­nich ob­sza­rach. Jed­nak za­chód kraju tętni ży­ciem, a ślady daw­nych i naj­now­szych ar­ty­stów tej ziemi są tam cały czas obec­ne. W jakim stop­niu?

Na to py­ta­nie pró­bo­wa­li­śmy sobie od­po­wie­dzieć w ra­mach pro­jek­tu Koła Na­uko­we­go Ukra­ini­stów Uni­wer­sy­te­tu Ja­giel­loń­skie­go p.t.: „Śla­da­mi Ga­li­cyj­sko­ści. Od Vin­cen­za do Pro­chaś­ki”, który prze­pro­wa­dzi­li­śmy w dniach 7 – 14 maja. Ru­szy­li­śmy więc w stro­nę Lwowa, po dro­dze za­glą­da­jąc do przy­gra­nicz­ne­go Sa­no­ka.

Lwów An­to­ny­cza

Po od­wie­dze­niu Sa­no­ka, w któ­rym Boh­dan Ihor An­to­nycz spę­dził swoje gim­na­zjal­ne lata oraz po spo­tka­niu z miej­sco­wym poetą i znaw­cą Ziemi Sa­noc­kiej – Ja­nu­szem Szu­be­rem, wy­ru­szy­li­śmy do Lwowa. To wła­śnie mia­sto, od za­wsze za­wie­szo­ne po­mię­dzy pol­ską i ukra­iń­ską kul­tu­rą, było domem An­to­ny­cza aż do śmier­ci poety w 1937 roku. Mimo mło­de­go wieku (zmarł mając 28 lat), jego do­ro­bek jest do dziś uzna­wa­ny za wy­bit­ne osią­gnię­cie ukra­iń­skiej li­te­ra­tu­ry pierw­szej po­ło­wy XX wieku. Ważną po­sta­cią po­zo­stał rów­nież po śmier­ci – nad jego gro­bem, wów­czas nie­ozna­ko­wa­nym i trud­nym do zna­le­zie­nia, spo­ty­ka­li się li­te­ra­ci lat 60.-80. W tych cza­sach twór­czość po­cho­dzą­ce­go z Łem­kowsz­czy­zny poety była w Związ­ku Ra­dziec­kim cał­ko­wi­cie za­ka­za­na.   Od lat 90. po­ezja An­to­ny­cza prze­ży­wa jed­nak re­ne­sans, a jego opisy Łem­kowsz­czy­zny za­chwy­ca­ją ko­lej­ne po­ko­le­nia czy­tel­ni­ków. Jed­nak to nie uro­dzo­ny w No­wi­cy poeta jest cen­tral­ną po­sta­cią w iko­no­sta­sie za­chod­nio­ukra­iń­skich pi­sa­rzy.

Fran­ko - tytan pracy

Ko­lej­ne­go poetę i pi­sa­rza, Iwana Fran­kę, od­naj­du­je­my nie­mal­że w jego domu, w nie­wiel­kiej wsi Krzy­wo­rów­nia, w któ­rej ten autor ponad sze­ściu ty­się­cy pu­bli­ka­cji spę­dził kilka lat swo­je­go życia. W hu­cul­skiej cha­cie z ocio­sa­nych bali, która dziś wy­peł­nio­na jest eks­po­na­ta­mi i pa­miąt­ka­mi po ży­ją­cym (po­dob­nie jak An­to­nycz) na po­cząt­ku XX wieku li­te­ra­cie, Fran­ko przyj­mo­wał róż­nych, sobie współ­cze­snych, twór­ców, mię­dzy in­ny­mi Olhę Ko­by­lań­ską czy My­cha­jła Ko­ciu­byń­skie­go. Ten ostat­ni wła­śnie w owym domu na­pi­sał swą naj­słyn­niej­szą po­wieść, „Cie­nie za­po­mnia­nych przod­ków”, która pół wieku póź­niej stała się kanwą filmu wy­bit­ne­go or­miań­skie­go re­ży­se­ra Ser­gie­ja Pa­ra­dża­no­wa. Film, po­dob­nie jak sama po­wieść, tętni ży­ciem i utka­ny jest z hu­cul­skich tra­dy­cji, ob­ra­zów i dźwię­ków.

W rze­czy­wi­sto­ści tra­dy­cje Hu­cu­łów oka­zu­ją się jed­nak rów­nie żywe, co na kar­tach po­wie­ści Ko­ciu­byń­skie­go. W po­bli­skiej We­rho­wy­nie roz­po­czy­na się bo­wiem wła­śnie tra­dy­cyj­ne hu­cul­skie we­se­le. Pań­stwo mło­dzi w tra­dy­cyj­nych hu­cul­skich stro­jach opusz­cza­ją cer­kiew i wraz z or­sza­kiem druż­bów i dru­hen udają się na za­ba­wę. Jadą, jak każe oby­czaj, kon­nym wozem, cho­ciaż po­zo­sta­li we­sel­ni­cy prze­sie­dli się już do sa­mo­cho­dów.

Hu­cul­skie we­se­la, po­dob­nie jak we­se­la u pol­skich Gó­ra­li, mogą trwać do­brych kilka dni, po­wo­du­jąc przy oka­zji znacz­ne wy­lud­nie­nie miej­sco­wo­ści – w za­ba­wie uczest­ni­czą nie­mal wszy­scy miesz­kań­cy, wszy­scy bo­wiem są ze sobą spo­krew­nie­ni, spo­wi­no­wa­ce­ni, bądź miesz­ka­ją po są­siedz­ku. Do­świad­czy­li­śmy tego faktu dość do­tkli­wie, gdy chcie­li­śmy od­wie­dzić mu­zeum Pa­ra­dża­no­wa, znaj­du­ją­ce się w cha­cie, w któ­rej miesz­kał w trak­cie krę­ce­nia filmu. Po dłu­gim ocze­ki­wa­niu w ulew­nym desz­czu, w końcu udało się nam do­dzwo­nić do ku­stosz­ki – już ele­ganc­ko ubra­na i go­to­wa na we­se­le Hu­cuł­ka dała się na­mó­wić, aby opo­wie­dzieć nam kilka słów o wy­bit­nym dzie­le, uzna­wa­nym za jeden z naj­waż­niej­szych fil­mów ra­dziec­kiej ki­ne­ma­to­gra­fii.

Ślady prze­szło­ści

Przez Ja­rem­cze, nie­gdyś bę­dą­ce wspa­nia­łym, bo­ga­tym uzdro­wi­skiem, a obec­nie peł­nią­ce rolę je­dy­nie bazy wy­pa­do­wej dla od­po­czy­wa­ją­cych w Kar­pa­tach ama­to­rów bia­łe­go sza­leń­stwa, oraz Ko­ło­my­ję z jej naj­więk­szą na świe­cie pi­san­ką, uda­je­my się do Iwa­no-Fran­kiw­ska, który mi­mo­wol­nie stał się ko­leb­ką ukra­iń­skiej li­te­ra­tu­ry post­mo­der­ni­stycz­nej. Tu roz­po­czy­na­li pu­bli­ko­wać twór­cy tzw. „fe­no­me­nu sta­ni­sła­wow­skie­go”, za­ło­ży­cie­le współ­cze­snych ugru­po­wań li­te­rac­kich bun­tu­ją­cych się prze­ciw­ko so­cre­ali­zmo­wi. Warto w tym miej­scu wspo­mnieć Ju­ri­ja An­dru­cho­wy­cza, braci Ta­ra­sa i Jurka Pro­chaś­ko czy Ju­ri­ja Iz­dry­ka.                          Na jed­nym z głów­nych pla­ców mia­sta wciąż widać ślady po lu­to­wych za­miesz­kach, ale wokół do­mi­nu­je zwy­kła co­dzien­ność mia­sta, które mimo wszyst­ko musi żyć. Po­dob­nie jak we współ­cze­snej ukra­iń­skiej li­te­ra­tu­rze, rze­czy­wi­stość po pro­stu jest. Przez Lwów wró­ci­li­śmy do Kra­ko­wa, po­zo­sta­wia­jąc za sobą czę­sto nie­zna­ną i nie­zba­da­ną Ga­li­cję, któ­rej, jako kra­ko­wia­nin, rów­nież czuję się czę­ścią. W na­szych gło­wach jed­nak wciąż ko­ła­czą się stare hu­cul­skie pie­śni śpie­wa­ne przy ogni­sku i wier­sze An­to­ny­cza, w swej pro­sto­cie do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­ce ob­ra­zy Ni­ki­fo­ra.

O po­li­tycz­nej sy­tu­acji w Ga­li­cji piszę tu.