kultura

Wolfgang Stranzinger, pasjonat lomo

Artykuł opublikowany 19 września 2006
Artykuł opublikowany 19 września 2006
Burżuazyjny wizjoner, ambitny artysta czy też chłodny przedsiębiorca? Austriak Wolfgang Stranzinger, opowiada o "przypadkowym" powstaniu szaleństwa zdjęcia błyskawicznego i... niezupełnie normalego.

Don't think, just shoot. Pragnąc ściśle przestrzegać filozofii lomo, staram zbyt się nie zastanawiać, gdy Wolfgang Stranzinger przyjmuje mnie z gołymi stopami w swoim przytulnym mieszkaniu na ostatnim piętrze starej, wiedeńskiej kamienicy. Mój wzrok natychmiast przyciagnają wielkie przestrzenie i proste linie tego miejsca o akcentach eleganckiej bohemy. Kierujemy się w stronę tarasu położonego nad brzegiem basenu, o lśniącej w czerwcowym słońcu wodzie. Podczas gdy ja zachwycam się wspaniałym widokiem na dachy austriackiej stolicy, Stranzinger częstuje mnie tajlandzkim piwem, po czym zaczyna opowiadać sagę lomo.

Na początku był tylko on i jego przyjaciele: grupa austriackich studentów, odjazdowych imprezowiczów. Podczas szalonego pobytu w Pradze w 1991 roku, tuż po zburzeniu Muru berlińskiego, Stranzinger i jego kolega Matthias Fiegl znajdują na pchlim targu aparat fotograficzny z czasów ZSRR, który rozpala ich bujną wyobraźnię. LOMO czyli "Leningradskoje Optiko-Mekaniczeskoje Obedinienie" - fabryka broni i części optycznych w Leningradzie. Według legendy została wybudowana w latach 80, aby ułatwić działalność szpiegowską agentom KGB. Cechy szczególne? Specjalnie zaprojektowana soczewka nadająca odbitkom efekt nieostrości o kontrastowych nasyconych barwach.

Natychmiastowy entuzjazm

Po powrocie z wyprawy na Wschód, młodzi wiedeńczycy zaopatrują w aparaty swoich znajomych, znajomych swoich znajomych, a potem kolegów tychże w Europie. W krótkim czasie są zasypani zamówieniami. W 1994 Mathias kończy studia handlowe a Wolfgang prawnicze. Po ogromnej wystawie zorganizowanej jednocześnie w Nowym Jorku i Moskwie, na której wystawiono ponad 10 000 odbitek, dwaj wspólnicy postanawiają wykorzystać swoje talenty organizatorskie, aby przekształcić swą pasję w kwitnący biznes.

Ci dalekowzroczni przedsiębiorcy podpisują w 1996 umowę z Wladimirem Putinem, ówczesnym prezydentem Sankt Petersburga, aby zapewnić sobie wyłączność dystrybucji Lomo Compact Automat (LCA). 12 lat później, przedsiębiorstwo wykazuje około 10 milionów dolarów obrotu rocznie i zatrudnia 50 osób, nie licząc 60 krajowych ambasadorów, którzy czuwają, aby zapał lomograficzny nie wygasł, organizując różnego rodzaju imprezy, konkursy i wystawy na obszarze ich wspólnoty.

Według Stranzingera zamiłowanie to można przypisać brakowi jakiegokolwiek konceptu. Na początku byliśmy jedynie grupą przyjaciół, którzy rozwijali bardzo zabawną formę ekspresji. Nie mieliśmy zamiaru zarabiania pieniędzy i to zapewniło nam prawdziwą wiarygodność, wyjaśnia. Wady techniczne i zawodność czyniły z Lomo jeszcze kilka lat temu urządzenie o złej reputacji. Dziś lomograficy uważają te niedoskonałości za źródło nowego języka fotograficznego. Byliśmy czasem oskarżani o megalomanię, kontynuuje Stranzinger, po czym dodaje: rzeczywiście byliśmy trochę szaleni, ale najważniejsze jest to, że nie zadowoliliśmy się jedynie marzeniem o naszych pomysłach.

Od sukcesu nie można jednak odłaczyć krytyki: w jaki sposób kontestacyjny i antykonformistyczny duch Lomo zdołał przetrwać po wszystkich urozmaiceniach jakich doświadczyła marka? Sceptycy sądzą, że biznes może tylko zmniejszyć autentyczność, ale Stranzinger uważa, że bez udziału społeczeństwa koncept Lomo nie mógłby stworzyć tak bogatej i żywej rzeszy miłośników.

Warhol fotografii

Od obiektywów dzielących zdjęcie na cztery, przez "fisheye" o kącie widzenia równym 170°, po aparaty z kolorowymi filtrami, Międzynarodowe Towarzystwo Lomograficzne sprzedaje 300 000 wynalazków rocznie. Do tego należy doliczyć książki, torby i ubrania.

Towarzyswo zrzesza, inspiruje i powiększa w ten sposób wspólnotę 200 000 miłośników, pomijając zapaleńców pozostających na zewnątrz kręgu. Lomograficy pstykają zdjęcia bez zastanowienia i bezustannie, z aparatem na udzie albo głową między nogami, inspirując się dziesięcioma złotymi zasadami. Rezultatem jest obraz świata, którego filozofię ująć można w 4 słowach: "Don't think, just shoot".

Każdy może poczuć się artystą, wszyscy mają więc ochotę uczestniczyć, analizuje Stranzinger sącząc piwo. Niektórzy dziennikarze określili nas mianem Warhola fotografii. Nie przestawali zadawać sobie pytania, czy to jest sztuka, czy nie? Nas nie interesuje tego typu debata, dodaje wzdychając.

Super gadżet

Choć chętnie odpowiada na zaproszenia galerii i muzeów, mój rozmówca woli być ostrożny : jesteśmy platformą dostraczającą narzędzi, które pozwalają rozwinąć kreatywność każdego, a ludzie mogą się przy tym bawić, stanowczo stwierdza Stranzinger. Kropka.

Rozwój Internetu w żadnym stopniu nie zahamował ich ekspansji, a nawet przyśpieszył rozwój ich małego przdesiębiorstwa. Podczas gdy większość firm fotograficznych zamyka fabryki, Międzynarodowe Towarzystwo Lomograficzne chucha na swój biznes: oferujemy kreatywne narzędzia inne od istniejących na rynku, a nie konkurencyjne, mówi Stranzinger.

Choć koncept jest w założeniu demokratyczny, w rzeczywistości trafia do bardzo wyselekcjonowanej klienteli. Przeciętny europejski lomografik ma 28 lat, ukończył wyższe studia, często podróżuje i dobrze zarabia. Pomysł jest uniwersalny, ale Amerykanie i Azjaci uwielbiają to, co europejskie: upodobanie wolnej i spontanicznej ekspresji, komunikacji i wszelkiego rodzaju tworzenia, precyzuje Stranzinger.

Od tej pory Wielka Brytania i Hiszpania prześcignęły Berlin w klasyfikacji najbardziej aktywnych "lomomanów". Ich przywódcy wolą podkreślać kosmopolityczny charakter rzeszy Lomo niż jego europejską tożsamość, chroniąc jednocześnie starannie główną siedzibę towarzystwa w Wiedniu. Stranzinger oddaje się marzeniom: Chcielibyśmy zrobić więcej w Mediolanie, Rzymie i Brukseli... Każde duże miasto powinno mieć swoją galerię lomo. Przygoda trwa.