kultura

Zespół Chairlift z Brooklynu: zaczęło się od nawiedzonych domów

Artykuł opublikowany 22 sierpnia 2012
Artykuł opublikowany 22 sierpnia 2012

Trafiam do hotelu Amour, którego neonowy znak rozświetla krawędź znanej, choć nieco nudnawej dzielnicy czerwonych świateł Montmartre w Paryżu. Wysilam się by dosłyszeć nosowy amerykański akcent, który zdradziłby założony w Brooklynie zespół Chairlift, siedzący przy jednym z na wpół oświetlonych stolików. Po tym jak barman wskazuje mi właściwy kierunek, dosłownie wpadam na perkusistę Patricka Wimberly, który pośpiesznie odchodzi, by dokończyć sesję zdjęciową. Ten amerykański zespół znalazł się we francuskiej stolicy, by zagrać w klubie Davida LynchaSilencio. Jedno espresso później Patrick jest już z powrotem i siedzi naprzeciw mnie przy stole, udając, że podpala swoje wąsy uprzejmie położoną na stoliku świeczką. Pomimo swoich żartów Patrick wydaje się nieprzyzwyczajony do mówienia o sobie, w co trudno uwierzyć, biorąc pod uwagę długą kolejkę dziennikarzy czekających, by z nim pomówić. Dopiero kiedy dołącza do nas druga połowa zespołu − grająca na syntezatorze frontmenka Caroline Polachek – rozmowa zaczyna płynąć swobodnie.

Haunted houses inc.

Pierwotnym celem zespołu razem z byłym jego członkiem Aaronem Pfenningiem, w Colorado w 2005 roku, było wyprodukowanie muzyki ilustracyjnej dla nawiedzonych domów. Czy planowali dawać koncerty w opuszczonych domach z sąsiedztwa? „To miało być super komercyjne” - tłumaczy szczerze Caroline. „Eksperymentowaliśmy z pętlami; to miała być muzyka w tle, która brzmiałaby zza prawdziwych strasznych odgłosów. Byłaby tworzona na zamówienie – a my bylibyśmy ludźmi, do których Haunted houses inc. by przychodzili”. Czy jest coś takiego jak Haunted houses inc., przerywam? Ona wzrusza ramionami. „Prawdopodobnie”.

„My bylibyśmy ludźmi, do których Haunted houses inc. by przychodzili” Problem w tym – tłumaczy Caroline – że Chairlift wciąż pisał piosenki ponad głosami w tle. Nieudana przerażająca muzyka stała się ich pierwszą płytą – „Daylight Savings EP” (2007), do której rok później dołączył ich debiutancki album „Does You Inspire You?” Caroline definiuje muzykę Chairliftu jako pop, ale uważa za „okropne”, by porównywać ją do indie rocka. Nie jest zaskoczeniem, że krytycy są zdezorientowani, ponieważ utwory tego zespołu bardzo się od siebie różnią: „Territory” mogłoby równie dobrze znaleźć się na albumie Bjork, podczas gdy popowe „Bruises” stało się najlepiej znaną piosenką zespołu po tym, jak użyto jej w reklamie ipoda nano w 2008 roku, co zaowocowało zgarnięciem przez nią tytułu „best breakthrough video” na gali MTV rok później. Tylko pętle i dźwięki syntezatora w tle, z którymi zespół wciąż eksperymentuje, zdają się łączyć ich piosenki razem. „Do naszego najnowszego albumu użyliśmy bardzo ograniczonej palety dźwięków” – dodaje Caroline. „Nowy album w pewnym sensie tłumaczy różnice w starym albumie: uzupełnia luki i scala wszystko razem”.

„Byłabym do bani, gdybym studiowała muzykę”

Chairlift, jak się okazuje, to drugi zespół pary: Caroline i Patrick poznali się w college’u „podczas mojego pierwszego dnia w szkole, kiedy nikogo nie znałam” – śmieje się Caroline. „Poszłam na występ Cat Power i otwierająca go kapela była niesamowita. Podeszłam do nich potem jak totalna wariatka”. Otwiera szeroko oczy i zaczyna mówić w hollywoodzkim akcencie: „Cześć, chciałam tylko powiedzieć, że wasza muzyka jest wręcz fantastyczna. Gdybyście kiedyś potrzebowali wokalistki do chórku, to bardzo chciałabym dla was śpiewać”. Kontynuuje: „Skończyło się to u Patricka na paru piwach. Pokazał mi parę melodii, nad którymi pracował. Powiedziałam: „poczekaj, ten kawałek byłby o wiele fajniejszy, gdyby leciał tak” - wskoczyłam na pianino i go zagrałam. Patrick złapał za telefon i godzinę później byłam już w zespole”. Patrick przerywa nam podekscytowany: „To było jak ta scena z Powrotu do przyszłości, kiedy główny bohater gra solo na gitarze na konkursie tańca”. Zaczyna brzdąkać na wyimaginowanej gitarze. „Wiesz? Ten gość z innego zespołu podnosi telefon, dzwoni do swojego kolegi i mówi: ‘musisz to obczaić, to jest ten świeży dźwięk, którego szukałeś!’”

Więc oboje studiowali muzykę? „Ja tak, ona nie” – mówi Patrick i dodaje złośliwie: „ona nie wie nic o muzyce”. „Nie wiem” – zgadza się szczerze Caroline – „ale to dobrze, bo gdybym wiedziała, byłabym pewnie jeszcze bardziej do bani”. Choć trudno te słowa brać na serio, to zdecydowana skromność tej dwójki sprawia, że są tak interesujący. Caroline w rzeczywistości studiowała sztukę, specjalizując się w montażu, co tłumaczyłoby piękne i często złożone klipy produkowane przez ten zespół. Zespół zyskał rozgłos po części właśnie dzięki klipom, a w szczególności dzięki singlowi „Amanaemonesia” z 2011 roku. W połowie naszej rozmowy Caroline i Patrick zaczynają wymieniać listę „zastosowań” dla swojego najnowszego albumu „Something”, który ma pojawić się w styczniu 2012 roku. „Można się przy nim pobawić na wrotkarni z przyjaciółmi. Rozmyślać nad drugim życiem. Pracować w ogrodzie. Słuchać przez słuchawki. Włączyć film bez głosu i oglądać go”. To jest właśnie ten żartobliwy, autoironiczny entuzjazm, który cechuje podejście zespołu Chairlift do swojej muzyki. 

Fot.: główna © dzięki uprzejmości Chairlift/ Facebook. Wideo: © dzięki uprzejmości ChairliftVEVO/ Youtube