Lifestyle

Erasmus: europejski psychol

Artykuł opublikowany 29 kwietnia 2013
Artykuł opublikowany 29 kwietnia 2013
Na przekór zapowiadanemu końcowi, program wymiany studenckiej Erasmus świętował w 2012 roku swoje ćwierćwiecze. 25 lat całkowicie wystarczyło europejskim studentom na nauczenie się dwunastu języków, odkrycie tysiąca miejsc, opowiedzenie o tym milion razy i w końcu rozpoczęcie pracy w Berlaymont (siedzibie Komisji Europejskiej w Brukseli).
Oto Erasmus w skrócie - monografia hipstera bez gustu i powody, dla których tak bardzo mnie drażni.

25 lat. Z klinicznego punktu widzenia jest to wiek, w którym ciało wybitnego sportowca zaczyna zawodzić. Jest to oczywiście czas wchodzenia w dojrzałość i jednocześnie koniec daty ważności wszystkich korzyści wynikających ze zniżek "poniżej 26 roku życia”.

Przeczytaj także na cafebabel.com: "Europejski Fundusz Społeczny zadłużony, Erasmus w tarapatach

W czasach systematycznych wyrzeczeń pożegnanie z programem Erasmus nie byłoby niczym dziwnym. Mimo to temat ten wzbudza emocje w całej Europie. Śmiało, ciebie też zapraszam do skrobnięcia artykułu (podobnie jak zrobił to Cédric Klapisch) albo wysłania miłosnego listu do redakcji cafebabel.com. Odkąd jeden z dotąd szerzej nieznanych europejskich deputowanych pogroził paluchem i postraszył wstrzymaniem dotacji, każdy kolejny dzień przynosi nowe zapowiedzi końca świata. Końca świata dla wszystkich. Cżyżby? Nie dla mnie.

 "Smak życia” (reż. Cédric Klapisch).

Stateczne środowisko narażone na tragiczne skutki wymian międzynarodowych

Nie w głowie mi oczernianie systemu wymian, który w cudowny sposób pozwolił Włochowi mówić po francusku, Francuzowi po niemiecku i jeszcze Katalończykowi po hiszpańsku. No na serio, brawo Erazmie! Od czasu, kiedy dodali Ci ten śmieszny sufiks "us”, Twoja chęć rozprzestrzeniania się myśli humanistycznej przerosła najśmielsze oczekiwania ludzi z epoki Renesansu. Jest tylko jedna rzecz, która zgrzyta w tym wszystkim: wszyscy ci studenci, którzy podają się za przedstawicieli 27 kultur wkurzają tego, który nigdy nie był na Erasmusie, czyli mnie.

"Erasmus to oszustwo, sczególnie w zakresie pewnej składanej przez program obietnicy: języków"

Pochodzę z małego miasteczka nieopodal Tuluzy. Dorastałem więc w środowisku niekoniecznie sprzyjającym wymianom kulturalnym. Podobnie jak "Erasmusi”, ja także wagarowałem, piłem to co mogło być najbardziej obrzydliwego i spotykałem rozmaitych ludzi. W ten sposób nie odkryłem niestety innych krajów, ale poznałem za to całkiem niezłą liczbę barów. Teraz – zgadnijcie jak – zacząłem pracę dla cafebabel.com. Warto wiedzieć, że jest to epicentrum dziennikarskiej "eurogeneracji”, określane jako rzecznik pokolenia Erasmus. Na początku była wiocha. Myślę, że byłem lubiany, ponieważ można było ze mną podyskutować o południowym akcencie, rugby i kiełbaskach. Byłem tym nowo przybyłym z niewiadomo skąd średniakiem, którego wielka gęba przypominała dobry smak dawno zapomnianych warzyw.

To właśnie od tego momentu żyję w kontekście socjalnym coraz bardziej oddanym sprawom międzynarodowym. Otoczony przez "Erasmusów”, coraz bardziej oddalałem się od grupy ludzi w ciuchach z Quechua, którzy nie przestawali się skarżyć, gdy cena za kufel piwa zbliżała się do 4 euro. W ciągu dwóch miesięcy byłem w stanie stworzyć opowieść o "ex-Erasmusie”.

Cena piwa, rower i dzielenie włosa na czworo

Po pierwsze „Erasmus” jest niesamowicie wkurzający. Gdy tylko opadają opary bajkowych opowieści z wymiany, dyskusja się urywa i pojawiają się dwa wyjścia: albo temat się kończy albo rozmowa zamienia się w wymianę praktycznych informacji, które równie dobrze można znaleźć na pierwszym lepszym portalu z newsami ze świata. Cena piwa, kawy, roweru… tematy są tak samo słabe jak sesja plenerowa Parlamentu Europejskiego. Po drugie Erasmus to oszustwo. Precyzując, chodzi o pewną składaną przez program obietnicę: języki. Wasz pobyt za granicą już się skończył, nauczyliście się jakiegoś języka. I co później? Spotykacie "Erasmusów”, którzy wyjechali do innego kraju niż wy. Także i w europejskim mieście, Paryżu – jeśli nadal nim jest – te spotkania globtroterów odbywają się po angielsku. I tu, mój przyjacielu, taki Hiszpan, który wyjechał do Polski, jest w niezłym bagnie. Ze swoim anglojęzycznym bagażem jest niezdolny do podjęcia pogłębionej dyskusji. Jakie są konsekwencje? Obżerka, piwo i rower. Wierzcie mojemu doświadczeniu! I wiedzcie, że "Erasmus” to skończony szowinista. Definicję takiej osoby należy rozszerzyć i stworzyć jeszcze bardziej głupawą niż oryginalna: szowinizm "wykorzeniony”. Umieśćcie dziesięciu przedstawicieli Erasmusa z różnych krajów w jednym zamkniętym pomieszczeniu. Rzućcie temat rozmowy, np. "Wiedeń jest choleeernie drogi!” i każcie jednemu z nich ciągnąć temat. Pozwólcie toczyć się rozmowie. Czekajcie, aż odezwie się niunia z Wiednia. Decybele, krew na murach. Rzeźnia.

Europejski psychol

Ostatnia kwestia: wszyscy ci, którzy jeszcze 5 lat po tym doświadczeniu rozkoszowali się swoim statutem obywatela świata, znaleźli się w zaszufladkowanej świątyni - w Berlaymont - siedzibie Komisji Europejskiej w Brukseli. Wszyscy znaleźli się w szufladce garnitur-krawat. Mówią tylko w jednym języku, w miarę upływu smutnych lat zapominają swojego języka ojczystego. Zdarza się, że czasem wyłania się ich humanistyczna strona. W trakcie posiłku, wspomnijcie o Kosowie, a zostaniecie potraktowani w twarz zawartością kieliszka dobrego, czerwonego wina. Następnego dnia nie zawahają się przedstawić Ci kolejnych warunków planów oszczędnościowych.

Kolejnego dnia - obłęd. Jakiś facet przychodzi z wizytówką naskrobaną na skorupce od jajka: "speaks 7 languages". Mówi jednym więcej niż facet, który wylał Ci na twarz zawartość swojego kieliszka. Ubikacja. Nóż sprężynowy. Wszystko to kończy się morzem krwi. Erasmus - europejski psychol?

Fot.: główna (cc) jiuck/flickr ; Tekst : Auberge espagnole © uprzejmość ze strony allocine , hâche (cc) Mecaniques/flickr wideo (cc) charasmanali/YouTube