Lifestyle

Insekty na talerzu w warszawskiej knajpie

Artykuł opublikowany 31 października 2013
Artykuł opublikowany 31 października 2013

Zawsze uważałem, że owady lepiej wyglądają za szklanymi ścianami akwarium niż na talerzu. Mimo to, uprzednio spróbowawszy węża i skorpiona w Wietnamie, postanowiłem podjąć wyzwanie i skosztować insektów serwowanych w niedawno otwartej warszawskiej knajpie

Kulinarna ciekawość zawiodła mnie na Kabaty do pierwszej w Warszawie restauracji serwującej owady Co To To Je. Byłem przekonany, że trafię do knajpy prowadzonej przez młodych, podróżniczych zapaleńców. Nic z tych rzeczy - na miejscu przywitała mnie obsługa, przypominająca typową rodzinkę z przedmieść Zachodniej Wirginii. Obrazy z filmu "Uwolnienie" niepokojąco napływały mi do głowy. Spodziewałem się usłyszeć słowa "świnia" i "kwiczenie" w jednym zdaniu. 

"To, że mięso z owadów jest zdrowsze niż mięso rybie zostało naukowo dowiedzione" - zapewnia mnie z entuzjazmem manager knajpy. "Już za kilka lat jedzenie owadów stanie się równie naturalne, co jedzenie wołowiny czy wieprzowiny" - kontynuuje. Po chwili moja ciekawość sięga zenitu i czuję, że czas zabrać się do roboty! Jako przystawkę wybieram kornika, szarańczę i larwy nabite na szpikulec. "Może Pan jeść wszystko oprócz skrzydełek" - uprzedza mnie kelnerka. Nie szkodzi, bo w zasadzie nigdy nie byłem wielkim fanem szarańczych skrzydełek. Zaczynam się pocić, serce bije mi coraz szybciej. Nie pomaga nawet to, że pan szarańcza zdaje się do mnie uśmiechać. Biorę głęboki oddech i podejmuję wyzwanie. W smaku całkiem niezłe - trochę jak kurczak, ale mniej słone. 

Następna potrawa to głęboko smażona szarańcza w tempurze. Zdecydowanie łatwiej mi się za nią zabrać, bo moi nowi przyjaciele skrywają się pod smakowitą panierką, która nadaje im lekki posmak owoców morza.

W końcu nadchodzi największe wyzwanie - wielka łycha pełna korników i larw. "Staraj się o tym nie myśleć" - tłumaczę sam sobie. Rzeczywiście okazuje się, że to najlepszy sposób. Larwy smakują trochę jak łagodna chrupiąca skórka z kurczaka bez tłustej otoczki. Wygląda na to, że najbardziej kontrowersyjne dania z karty smakują najlepiej.

I to by było na tyle - kolejne zwierzęta odhaczone z mojej listy rzeczy do zjedzenia. I o ile wypad do restauracji z robakami był doprawdy ciekawym doświadczeniem, to nie jestem pewien, czy na moim talerzu od dziś zamiast kotleta zagości szarańcza w tempurze.