Lifestyle

Jak na Bałkanach - ale w Twoim cieniu, Brukselo

Artykuł opublikowany 4 czerwca 2012
Artykuł opublikowany 4 czerwca 2012
Bruksela przypomina mi czasami Bałkany. Nie chodzi tu bynajmniej o ten obszar Europy, który przenika do świata za pomocą mediów i w którym kształtuje się obraz belgijskiej stolicy. Nie mówię tu też o skomplikowanej sytuacji politycznej, nieustannych konfliktach miedzy dwiema grupami mniejszości etnicznych czy fakcie, że niedawno Belgia ustanowiła rekord świata w długości nieposiadania rządu.

Bruksela przypomina mi Bałkany. Nie ta polityczna Bruksela, lecz miasto, w którym żyję. Jej dziurawe, czasem wyraźnie samowolnie połatane ulice, jej wyglądające na odrobinę zaniedbane, ale bogate w ornamenty fasady domów, jej stare i spóźniające się tramwaje i wysłużone auta… I w końcu ludzie, którzy swój wolny czas spędzają najchętniej w licznych, uroczo urządzonych kawiarniach i restauracjach oraz pogoda ducha, która nieustannie zadziwia mnie u Brukselczyków. Potrafią godzinami stać w kolejce do poczty, cierpliwe czekać w szpitalu i są jedynie lekko zdenerwowani, gdy pociąg nie jedzie dalej.

Z zasady już w Brukseli

Przeczytaj również: „Kryzys polityczny w Belgii: dziwaczne rekordy lokalną specjalnością"

Mieszkańcy Brukseli to ludzie, którzy maja pełną świadomość obecności pewnych reguł, jednakże drobne od nich odstępstwa są na porządku dziennym. „En principe oui mais…” (Z zasady tak, ale…) jest standardową odpowiedzią na pytanie, czy coś jest absolutnie konieczne. Czy mój siedmioletni syn potrzebuje bilet na przejazd komunikacją miejska? „En principe oui mais…” Analogiczne do tego nastawienia jest wyrażenie moich chorwackich krewnych „Nema problema”. Truizm, którego także Belgowie używają z lubością – z tą różnicą, że ci drudzy nie pozwalają sobie na żadne zmartwienia: „Pas de souci” (żaden problem) - wypowiadają te słowa z łagodnym uśmiechem na twarzy.

W Brukseli na powitanie całuje się soczyście w jeden policzek, „raz w lewy, raz w prawy”. Nie wiem, od czego to dokładnie zależy, że tak bardzo lubię tutejszych ludzi. Są mi po prostu wyjątkowo bliscy. Moi wyżej wymienieni chorwaccy krewni dziwią się, że im również tak wiele rzeczy wydaje się być znane. Są niemalże jedynymi, których mogę z zachwytem zmusić do zjedzenia belgijskiej potrawy narodowej „moules frites” (małże z frytkami) – oczywiście uprzednio zapewniają mnie, że małże z Adriatyku smakują jednak nieco lepiej.

Belgia nad Adriatykiem

Czasem Belgia przypomina mi więc Chorwację. Nie tylko ze względu na małże, ale także z powodu rozmiaru kraju i jego jakże zaskakującej różnorodności. Jest tu morze (nawet jeśli nie tak piękne jak Adriatyk) i łańcuch górski. Miasta posiadają liczne architektoniczne skarby pochodzące z epoki, gdy panowały tam obce mocarstwa - Dubrownik, Split, Pula z jednej strony - Antwerpia, Brugia, Gent z drugiej. Zarówno Bruksela jak i Zagrzeb były rezydencjami Habsburgów – nawet jeśli nie w tym samym czasie i nie o tym samym znaczeniu.

Tak jak wcześniej musiałam tłumaczyć ludziom, dlaczego nie ma żadnego „języka jugosłowiańskiego”, tak teraz tłumaczę dlaczego takie języki jak „flamandzki” czy „waloński” (o „belgijski” jestem na szczęście rzadko pytana) nazywają się po prostu „niderlandzki” i „francuski”, z odpowiednio regionalnymi flamandzkimi lub walońskimi cechami. Małe kraje potrzebują dużego lobby – to dotyczy zarówno Bałkanów jak i Belgii. Na przykład w środowisku wydawniczym. Podczas gdy za granicą można łatwo rozpoznać i kupić produkty prasy francuskiej, a literackie nagrody gwarantują wysoką sprzedaż poza granicami kraju, to Belgia znana jest jedynie ze swego eksportu pralinek, piwa i frytek. Te ostatnie przy okazji nazywane są przez Amerykanów błędnie „french fries” (francuskie frytki). Poza postaciami Walta Disneya, bohaterowie komiksów z naszych dziecięcych lat, narodzili się głównie w Belgii: Tintin, Smerfy, czy Marsupilami. Jednak kto potrafi na zawołanie wymienić ich belgijskich autorów?

Amélie Nothomb jest tego kolejnym przykładem. Jej czytelnicy wiedzą z reguły, że dorastała w Japonii. Ale czy postrzegają ją jako belgijską autorkę? Jej książki są wydawane przez duże francuskie wydawnictwo. To, że Paul Verlaine i Arthur Rimbaud byli parą, wie prawie każdy – ale już niewielu ma świadomość faktu, ze to właśnie w pobliżu brukselskiego hotelu Grand-Place doszło do słynnej sceny zazdrości, gdy Verlaine zranił rewolwerem swojego partnera Rimbauda. Victor Hugo żył tutaj podczas swojego wygania, tak samo jak Karl Marx, który napisał swój „Manifest Komunistyczny” w domu na ulicy przy której obecnie mieszkam.

Nic dziwnego też, że Belgia jest krajem wielkich surrealistycznych malarzy: René Magritte i Paul Delvaux wiedzieli doskonale jak zmienić „nieprawdopodobne” w rzeczywiste. Tak powiedział sam René Magritte: „Opisując moje malarstwo używa się często błędnie rozumianego słowa „sen”. Moje prace należą nie do świata snów, wręcz przeciwnie… To sny, które nie maja usypiać, ale pobudzać”.

Jacques Brel – także nieco „ufrancuzowiony” – ukuł kolejny cytat, którego chętnie używa się tu w Brukseli – „J’aime les Belges” („Kocham Belgów”). Ja także rozwinęłam w sobie wielka miłość do tego małego kraju. Stał się moją kolejną, trzecią po Niemczech i Chorwacji, ojczyzną. Dlatego też cieszę się już teraz, żę w chaotycznym, kolorowym ruchu drogowym Brukseli, mogę być wyprzedzona nie tylko przez Włochów, Greków, Hiszpanów i Francuzów, ale także przez mieszkańców Półwyspu Bałkańskiego.

Artykuł Patricii Fridrich

Fot.: główna (cc)David Olkarny Photography/flickr; w tekście: ulica  (cc)Elilemie/flickr; Tintin (cc)Gilderic Photography/flickr