Lifestyle

Kluby filmowe tunisu: sztuka w służbie wolności

Artykuł opublikowany 23 czerwca 2014
Artykuł opublikowany 23 czerwca 2014

Od czasu swo­je­go po­wsta­nia w la­tach 60. tunezyjskie kluby fil­mo­we są inkubatorami kreatywności i in­te­lek­tu­al­nej wol­no­ści. Stanowią rownież wspólną platformę dla po­cząt­ku­ją­cych fil­mow­ców, miłośników siódmej muzy oraz ak­ty­wi­stów z ca­łe­go spek­trum le­we­go skrzy­dła - opo­zy­cji dla re­żi­mu panującego w kraju od czasu uzy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści.

Ofer­ta fil­mo­wa sto­li­cy Tu­ne­zji ogra­ni­cza się do garst­ki miejsc roz­rzu­co­nych da­le­ko od Alei Bo­ur­gu­iba, głów­nej ar­te­rii Tu­ni­su. Le Mon­dial, Le Rio and Le Colisée to stare ko­lo­nial­ne bu­dyn­ki wiel­ce atrak­cyj­ne dla prze­cięt­ne­go prze­chod­nia, ale nie­ste­ty mało sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce dla mi­ło­śni­ków kina. Po­mię­dzy nimi, ni­czym pod­ziem­ny stru­mień magmy, pły­nie inny prąd - prąd klu­bów fil­mo­wych, uciecz­ka od nurtu Hol­ly­wo­od i schro­nie­nie dla mnó­stwa róż­nych ar­ty­stów.

Do czasu Arab­skiej Wio­sny, która roz­pę­ta­ła się w Tu­ne­zji trzy lata temu, w kraju pa­no­wał au­to­ry­tar­ny reżim, w któ­rym cen­zu­ra dła­wi­ła wol­ność eks­pre­sji i pa­ra­li­żo­wa­ła tu­ne­zyj­skie kino. Nie­za­leż­nie od tego, czy się z tym zga­dza­cie po­li­ty­ka jest obec­na w klu­bach fil­mo­wych. Tę obec­ność czuć było przed re­wo­lu­cją 14 stycz­nia 2011 roku i wy­glą­da na to, że dziś wzbie­ra ona na sile.

Z mi­ło­ści do kina

„Za dużo po­li­ty­ki" - od­po­wia­da Amel Saa­da­llah za­py­ta­na dla­cze­go za­ło­ży­ła Cinéma­dart, jeden z pierw­szych nie­za­leż­nych klu­bów funk­cjo­nu­ją­cy w ra­mach Fe­de­ra­cji Tu­ne­zyj­skich Klu­bów Fil­mo­wych (FTCC). Przez ostat­nie sie­dem lat w każdy wto­rek ta otwar­ta prze­strzeń po­ło­żo­na nie­da­le­ko kar­ta­giń­skich ruin słu­ży­ła jako miej­sce se­an­sów wszyst­kich ro­dza­jów fil­mów, które od­rzu­co­no z kra­jo­we­go her­me­tycz­ne­go re­pre­tu­aru fil­mo­we­go. Dziś, na przy­kład, w jed­nym z klu­bów trzy krót­kometrażowe filmy na­krę­co­ne w Tu­ne­zji wy­wo­ła­ły go­rą­cą dys­ku­sję. Nie­wiel­kie po­miesz­cze­nie po brze­gi wy­peł­nio­ne jest ro­go­wymi opra­wkami oku­la­rów, je­an­sowymi rur­ka­mi, czer­wo­nymi usta­mi i be­re­tami i można od­nieśc wra­że­nie, że uczest­ni­czy się w szy­kow­nym spo­tka­niu in­te­le­ku­al­no-ar­ty­stycz­nym w któ­rejś z eu­ro­pej­skich sto­lic. Je­dy­nym ele­men­tem bu­rzą­cym tę ilu­zję jest roz­brzmie­wa­ją­cy wszę­dzie język arab­ski z tu­ne­zyj­skim dia­lek­tem do­pra­wio­ny fran­cu­ski­mi sło­wa­mi i wy­ra­że­nia­mi. Ze swo­je­go ki­no­we­go fo­te­la Amel przy­słu­chu­je się uważ­nie dys­ku­sji, która toczy się po­mię­dzy re­ży­se­ra­mi i zróż­ni­co­wa­ną pu­blicz­no­ścią. Gdy roz­ma­wia­my chwi­lę póź­niej mówi mi: „Cza­sa­mi można od­nieść wra­że­nie, że film jest tylko wy­mów­ką dla tego, by pu­blicz­nie po­ru­szyć pewne kwe­stie po­li­tycz­ne. Chce­my, żeby było na od­wrót". Ta dziew­czy­na o ła­god­nym uspo­so­bie­niu i wo­jow­ni­czym ob­li­czu wie­rzy, że  kluby fil­mo­we utra­ci­ły isto­tę tego, co nie­gdyś re­pre­zen­to­wa­ły, a ona sama chce od­su­nąć się od „ak­ty­wi­zmu", by sku­pić się na „mi­ło­sci do kina dla kina". Na­le­ży rów­nież dodać, że próba utrzy­ma­nia się z siód­mej muzy w kraju, w któ­rym ilość pro­du­ko­wa­nych fil­mów peł­no­me­tra­żo­wych i sal pro­jek­cyj­nych można po­li­czyć na pal­cach jed­nej ręki, to jesz­cze inna forma walki.

Fatma Bchi­ni, pre­zes klubu fil­mo­we­go Tunis (naj­star­sze­go w Tu­ne­zji), aż za do­brze zdaje sobie z tego spra­wę. „W Tu­ne­zji samo ku­pno bi­le­tu do kina jest pro­ble­mem" - tłu­ma­czy ta 23-let­nia stu­dent­ka me­dy­cy­ny, która jest rów­nież człon­kinią Fe­de­ral­ne­go Ko­mi­te­tu Klu­bów Fil­mo­wych. Fatma z pasją opo­wia­da o za­sa­dach funk­cjo­no­wa­nia klu­bów wy­ra­ża­jąc jed­no­cze­śnie na­dzie­ję, że będą one od­gry­wa­ły ważną rolę w nowej Tu­ne­zji. „Chce­my otwo­rzyć kluby fi­lmo­we dla dzie­ci, żeby wy­le­czyć ich po­ko­le­nie z ko­lek­tyw­nej amne­zji, na­uczyć je jak two­rzyć i bu­do­wać". Fatma z dumą za­zna­cza, że obec­nie w Tu­ne­zji ist­nie­je trzy razy wie­cej klu­bów niż tra­dy­cyj­nych sal ki­no­wych. „Nie ma dnia bez no­wych zgło­szeń do Fe­de­ra­cji" - do­da­je.

TYLKO BEZ PO­LI­TY­KI, PRO­SZĘ!

„Byli tak nieprzy­jem­ni i su­ro­wi, że Liga wie­dzia­ła, że to po­li­cjan­ci" - drwi Maher ben Kha­li­fa, który jest in­te­gral­ną czę­ścią tego pod­zie­ma odkąd jako sied­mio­let­ni chło­piec pierw­szy raz tra­fił do klubu fi­lm­owe­go. Na­wią­zu­je do taj­nych agen­tów, któ­rzy re­gu­lar­nie brali udział w spo­tka­niach jego klubu ama­tor­skich fil­mow­ców i no­to­wa­li co kto po­wie­dział.

„Pa­ra­dok­sal­nie wła­dza  po­go­dzi­ła się z tymi oa­za­mi sprze­ci­wu - po czę­ści z po­wo­du ich małej wi­docz­no­ści w ogrom­nej tu­ne­zyj­skiej po­pu­la­cji, a po czę­ści w celu za­cho­wa­nia twa­rzy w oczach za­chod­nich de­mo­kra­cji. W każ­dym razie bez wzglę­du na to, czy ak­tyw­nie się w nie an­ga­żu­jesz, kluby uczą cię jak dys­ku­to­wać. De­ba­ta ta jest wolna od po­li­ty­ki. Tutaj uczysz się jak bro­nić swo­ich prze­ko­nań i być im od­da­nym" - wy­ja­śnia Maher, stu­dent pro­jek­to­wa­nia gra­ficz­ne­go.

  

Mało za­so­bów, dużo wy­obraź­ni

Maher na­le­ży do Tu­ne­zyj­skiej Fe­de­ra­cji Fil­mow­ców Ama­to­rów i dzię­ki niej w wieku 17 lat na­krę­cił swój pierw­szy krót­ko­me­tra­żo­wy film „Kari for dogs". Obraz ten to pa­ro­dia re­kla­my karmy dla psów z ludz­kie­go mięsa, która po­wsta­ła jako odzew na tor­tu­ry na więź­niach w Abu Ghra­ib. Maher cał­kiem otwar­cie przy­zna­je, że jego pierw­sza przy­go­da z fil­mem, przy­naj­mniej na po­zio­mie tech­nicz­nym, była „czymś w ro­dza­ju ka­ta­stro­fy".

Jego do­świad­cze­nie do­brze ilu­stru­je za­sa­dy funk­cjo­no­wa­nie tej pro­fe­sji w Tu­ne­zji: przez długi czas kluby były je­dy­ny­mi szko­ła­mi fil­mo­wy­mi. Kilka po­ko­leń re­ży­se­rów wy­szko­li­ło się w tym ukła­dzie, jed­nak z klu­bów sko­rzy­sta­ło rów­nież wielu ano­ni­mo­wych miesz­kań­ców chcą­cych po pro­stu opo­wie­dzieć swoją hi­sto­rię. Dzi­ś Maher jest człon­kiem ko­mi­te­tu cen­tral­ne­go Fe­de­ra­cji i dba o to, żeby każdy był w klu­bach re­pre­zen­to­wa­ny - „od stu­den­tów in­ży­nie­rii, po pie­ka­rzy i tak­sów­ka­rzy. To pro­ste - za­kła­da­my, że każdy, kto chce,  po­wi­nien móc krę­cić filmy" - tłu­ma­czy przy­po­mi­na­jąc, że w klu­bach fil­mo­wych spo­tkać było można nawet mi­ni­strów re­żi­mu Bena Alie­go.

Jeśli two­rzysz filmy nie po­sia­da­jąc wiel­kich za­so­bów, je­steś zmu­szo­ny ko­rzy­stać ze swo­jej wy­obraź­ni, umie­jęt­no­ści maj­ster­ko­wa­nia, zdo­by­tych ma­te­ria­łów i po­my­słów z po­wie­trza. „Roz­po­czą­łem moją ka­rie­rę fil­mo­wą od kra­dzieży dwóch kamer" - mówi wprost re­ży­ser Sami Tlili. To ko­lej­ny ma­nia­k fil­mo­wy, który zajął się re­ży­se­rią po stwo­rze­niu klubu fil­mo­we­go w swoim ro­dzin­nym mie­ście Susa.

Jak każdy dobry fil­mo­wiec-ama­tor Sami szy­dzi z wy­so­ko­bu­dże­to­wych fil­mów. „Wy­star­czy, że zgi­nie jedna śruba, a na pla­nie roz­prze­strze­nia się pa­ni­ka i zdję­cia są prze­ry­wa­ne" - dziwi się. Jego pierw­szy film, do­ku­ment „Cur­sed be the pho­spha­te", opo­wia­da hi­sto­rię re­wol­ty w za­głę­biu gór­ni­czym Gafsa (wio­sna 2008r.), którą dzi­ś wielu uważa za głów­nią przy­czy­nę arab­skiej re­wo­lu­cji. „Po­mi­mo prze­szkód było warto. W al­ter­na­tyw­nym kręgu by­li­śmy je­dy­ny­mi, któ­rzy zaj­mo­wa­li się ta­ki­mi kwe­stia­mi" - mówi Tlili. „W tam­tej sy­tu­acji po­li­tycz­nej reżim za­bi­jał nasze ma­rze­nia. Film po­mógł utrzy­mać je przy życiu".

Ten ar­ty­kuł jest czę­ścią pro­jek­tu Eu­ro­med Re­por­ter Pro­wa­dzo­ne­go we współ­pra­cy z I Watch i Se­arch for com­mon gro­und i wspar­ciem fun­da­cji anny Lindh