Lifestyle

Morning Glory, zdrowa wiksa

Artykuł opublikowany 7 lutego 2014
Artykuł opublikowany 7 lutego 2014

Clubbing prawie każdemu kojarzy się z późną nocą, używkami i kacem dnia następnego. Londyńskie Morning Glory to nowy wymiar imprezowania. Start wcześnie rano zamiast końca późno w nocy, koktajle zamiast drinków, masaże zamiast zmasakrowanej głowy. Istna klubowa rewolucja.

Wstawanie o 6 rano zawsze było dla mnie wyzwaniem. Nawet wizja wzięcia udziału w najwcześniejszej imprezie mojego życia nie pomogła. Wywlokłem się z łóżka z myślą, że będę „mieć więcej energii i bardziej niż kiedykolwiek poczuję, że żyję”, a przynajmniej do tego chcieli mnie przekonać organizatorzy Morning Glory. Mimo że nigdy nie byłem rannym ptaszkiem, mój przemożny pociąg do przygód sprawił, że poczułem się zadziwiająco zaintrygowany, gdy spytano mnie, czy chciałbym napisać o imprezie odbywającej się o tak nietypowej porze. W końcu miały być darmowe masaże. 

Wkrótce chowałem głowę w futrzany kołnierz płaszcza, zbliżając się do magazynu w mglistym Hoxton i zadając sobie pytanie, czy może nie należało jednak zostać w łóżku. Nie wiedziałem, czego się spodziewać po takim wydarzeniu, bo jedyne imprezy, na których byłem o tej porze, zaczynały się wieczorem dnia poprzedniego i kończyły w porannych oparach alkoholu. Byłem przygotowany na spotkanie twarzą w twarz z cmokającymi imprezowiczami, do których się przyzwyczaiłem. Dlatego całkiem się ucieszyłem, gdy wszedłem do magazynu i znalazłem się pośród pełnych entuzjazmu i energii ludzi tańczących przez cały poranek. Gdybym sam nie wziął w tym udziału nie uwierzyłbym, że tego typu wydarzenie jest możliwe o tak wczesnej porze. Kontrast między smętnym środowym porankiem i atmosferą w budynku był niezwykły. Jasne światła i głośna, dudniąca muzyka zrobiły swoje wśród morza rannych ptaszków, którzy radośnie skakali i tańczyli, by się obudzić. Wszyscy w pomieszczeniu wydawali się tak nieprawdopodobnie entuzjastyczni i pełni euforii, że było to wręcz zaraźliwe i mój typowy posępny nastrój, w który wpadam rano, zniknął jak zły sen. 

Impreza przyciągnęła wielu różnych odbiorców, począwszy od dziewczyn w spódniczkach baleriny, przez dziwnie podrygujących chłopaków, na pracownikach biur w garniturach kończąc. Większość uczestników miała 20-30 lat, ale miło było zobaczyć również silną reprezentację starszych pokoleń dającą sobie radę nie gorzej niż inni. Nie brakowało wymyślnych sukienek, muszę też przyznać, że widok kolorowych, jaskrawych ciuchów o poranku nieco zgwałcił moje oczy. 

Nie dało się nie zauważyć, że wszyscy obecni uwielbiają tańczyć i są w tym zastanawiająco dobrzy, czego przykładem była zakochana parka zwarta w tangu, czy pakerzy w rajstopach kręcący piruety na przedzie sceny. Taki sposób tańczenia połączony z mocnym oświetleniem sali sprawiły, że niechętnie zrezygnowałem ze swoich ograniczonych, sztywnych ruchów. Po niewielkiej zachęcie ze strony przyjaznych imprezowiczów wpadłem w wir imprezy i wtopiłem się w tańczącą masę. Didżeje byli w centrum zainteresowania nawet bardziej, niż podczas normalnych imprez, bo tłum rozochoconych i otwartych ludzi reagował na każdą nową piosenkę, a na scenie zawsze była grupa tańczących osób, które dawały przykład reszcie. Można było usłyszeć house, aktualne hity i klasyczne klubowe kawałki. Dla każdego coś miłego. 

W przeciwieństwie do typowego wyjścia na miasto, zasadzającego się głównie na pochłanianiu szota za szotem, uczestnicy porannej wiksy pili dobrą kawę i koktajle energetyzujące, które pomagały im się dobudzić. Można było również skorzystać z masażu, jednak trzeba było przyjść wystarczająco wcześnie, żeby się zapisać. Ja niestety nie zdążyłem. „Poranny rave” może nie był cudownym lekiem na typowy poranek, na co liczyłem, ale na pewno był odświeżającym i energetyzującym podejściem do zwykłej rutyny każdego początku dnia. Jest też ciekawą alternatywą dla nocnego clubbingu, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Mimo mojej częstej porannej posępności pogrążyłem się w tańcu i skrupulatnie skorzystałem z tego, co to wydarzenie miało do zaoferowania.  Morning Glory pokazuje zdrową, przyjazną wersję clubbingu, o której istnieniu nie miałem nigdy pojęcia.