Lifestyle

My się stonki nie boimy - Pokolenie Y wobec Peerelu

Artykuł opublikowany 15 kwietnia 2014
Artykuł opublikowany 15 kwietnia 2014

Szare ob­dar­te bloki z wiel­kiej płyty, stary fiat, wata cu­kro­wa kle­ją­ca się do pal­ców. Coś, co trzy­dzie­ści lat temu iry­to­wa­ło i bu­dzi­ło wstręt, dziś staje się przed­mio­tem fa­scy­na­cji mło­de­go po­ko­le­nia, a pol­skie wzor­nic­two rodem z pe­ere­lu staje się ikoną po­pkul­tu­ry.

Fan page „Sztu­ka Pol­ska o któ­rej nie mia­łeś po­ję­cia bo sie­dzisz w złym in­ter­ne­cie” był hitem lu­te­go po pol­skiej stro­nie Fa­ce­bo­oka. Po dobie od jego za­ło­że­nia licz­nik fanów stro­ny, która pu­bli­ku­je głów­nie dzie­ła ar­ty­stów two­rzą­cych w mię­dzy­woj­niu i w PRL-u, prze­kro­czył 21 ty­się­cy. Fe­no­men fan page’a świetnie obrazuje sto­sun­ek Po­ko­le­nia Y do minionej epoki i ich tendencję do ide­ali­za­cji prze­szło­ści. My, mło­dzi Po­la­cy, mamy dość tan­de­ty i mar­ne­go ko­pio­wa­nia Za­cho­du. Lata PRL-u jawią się dziś ra­czej jako czasy, w któ­rych Po­la­cy, choć od­gro­dze­ni ber­liń­skim murem od resz­ty Eu­ro­py, byli uni­ka­to­wi na świa­to­wą skalę.

Okiem ka­me­ry

W la­tach 90. na każ­dym pol­skim miej­skim osie­dlu i w każ­dej wsi jak grzy­by po desz­czu wy­ra­sta­ły wy­po­ży­czal­nie video. Czę­sto w piw­ni­cach i ofi­cy­nach, gdzie nosy wy­czu­wa­ły za­pach stę­chli­zny, oczom uka­zy­wa­ły się półki pełne kaset VHS. Jed­nak próż­no było szu­kać tam kla­sy­ki kina pol­skie­go albo dzieł fran­cu­skiej Nowej Fali. Półki ugi­na­ły się ra­czej pod na­po­rem pierw­szo­rzęd­nej ki­ne­ma­to­gra­fii trze­cio­rzęd­nej. „Rambo”, fil­mi­dła z Chuc­kiem Nor­ri­sem, „Kevin sam w domu” – tym umi­la­ła sobie czas młoda jesz­cze i głu­pia III RP. I nic dziw­ne­go, że takie filmy za­czę­ły po­wsta­wać w pol­skiej wer­sji ję­zy­ko­wej – miało być na bo­ga­to.

Tym­cza­sem w dru­gim dzie­się­cio­le­ciu XXI wieku twór­ca­mi naj­więk­szych block­bu­ste­rów w pol­skim kinie są re­pre­zen­tan­ci kina au­tor­skie­go – Woj­ciech Sma­rzow­ski i Wła­dy­sław Pa­si­kow­ski. Czar­no­-bia­ła i ka­me­ral­na „IdaPawła Paw­li­kow­skie­go pod­bi­ła pol­skie fe­sti­wa­le i roz­bi­ła na mia­zgę kon­ku­ren­cję pod­czas roz­da­nia Orłów. Ci fil­mow­cy od­kry­li pewna praw­dę, nie­do­stęp­na dla więk­szo­ści bran­ży – nie do­go­ni­my Za­cho­du. Nie mamy ta­kich środ­ków, ta­kie­go prze­my­słu. Za­miast brać udział w za­wo­dach, w któ­rych nie mamy szans na awan­s do fi­na­łu, le­piej jest oddać pole innym. Po­la­cy A.D. 2014, tak jak bo­ha­ter „Ama­to­raKrzysz­to­fa Kie­ślow­skie­go, kie­ru­ją obiek­tyw ka­me­ry na sa­mych sie­bie. I to im wy­cho­dzi naj­le­piej.

Eko­no­mia, głup­cze!

Za taka sytację po­win­ni­śmy po­dzię­ko­wać chwiej­nym świa­to­wym ryn­kom. Globalny kryzys gospodarczy sprawił, że ludzie poczuli się zawiedzeni tur­bo­ka­pi­ta­li­zmem. Po­ko­le­nie wkra­cza­ją­ce w do­ro­słość w la­tach 90. cią­gle miało w pa­mię­ci ory­gi­nal­ne „Najki” no­szo­ne przez ku­zy­nów z Nie­miec i za swój ży­cio­wy cel po­sta­wi­li sobie go­nie­nie kró­licz­ka. Po­ko­le­nie Y nie ma jed­nak czego gonić, bo pra­wie co czwar­ty jego przedstawiciel nie ma pracy. Wielu z tych młodych ludzi to wy­kształ­ce­ni ab­sol­wen­ci wyż­szych uczel­ni, cza­sem po dwóch kie­run­kach, któ­rzy wy­ko­nu­ją pracę po­ni­żej swo­ich kwa­li­fi­ka­cji w nie­peł­nym wy­mia­rze go­dzin – są, jak to się mówi un­de­rem­ploy­ed. To pro­blem ca­łe­go za­chod­nie­go po­ko­le­nia „obu­rzo­nych” – ludzi wcho­dzą­cych w do­ro­słość w cza­sach kry­zy­su. W USA to pierw­sze pokolenie w hi­sto­rii, które ma gor­szy start niż ich ro­dzi­ce.

Stąd wła­śnie fa­scy­na­cja pe­ere­low­skim cwa­nia­kiem, który żył prze­cież w czasach per­ma­nent­ego kry­zy­su. „Homo so­vie­ti­cus miał [jesz­cze] jedną fajną cechę. Był kre­atyw­ny i umiał kom­bi­no­wać. I dzię­ki tej cesze do­sko­na­le po­ra­dził sobie z kry­zy­sem w la­tach 80.” – mó­wi­ła pod­czas wy­kła­du TE­DxPo­znań Iza­be­la Meyza, współ­au­tor­ka książ­ki „Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwa­łą wą­sa­mi i ma­lu­chem”. 

Po kon­sump­cyj­nym sza­leń­stwie lat 90. przy­szły dla Pol­ski chude lata i zwąt­pie­nie w trans­for­ma­cję oraz w neo­li­be­ral­ny model gospodarki. Hasło „Bal­ce­ro­wicz musi odejść” - po­wta­rza­li jak man­trę nie tylko za­go­rza­li zwo­len­ni­cy pew­ne­go opa­lo­ne­go na so­la­rium po­li­ty­ka. Choć na świe­cie od teo­rii „nie­wi­dzial­nej ręki rynku” od­wra­ca­ją się nawet naj­gor­liw­si wy­znaw­cy (jak szef ame­ry­kań­skie­go banku cen­tral­ne­go Alan Gre­en­span) w Pol­sce na każ­dym kroku stra­szą nas de­mo­na­mi so­cja­li­zmu, jakby nie było trze­ciej drogi – ka­pi­ta­li­zmu z ludz­ką twa­rzą, gdzie model wol­no­ryn­ko­wy nie musi ko­niecz­nie pro­wa­dzić do po­stę­pu­ją­ce­go roz­war­stwie­nia spo­łecz­ne­go, ani mar­gi­na­li­za­cji drob­nych przed­się­bior­ców.

„Ży­je­my w erze, w któ­rej je­ste­śmy z każ­dej stro­ny za­le­wa­ni ob­ra­za­mi, po­żą­da­my coraz wię­cej rze­czy i wręcz kom­pul­syw­nie ko­lek­cjo­nu­je­my przed­mio­ty. Sen­ty­ment skie­ro­wa­ny w czasy PRL to po pro­stu efekt prze­sy­tu tymi do­bro­dziej­stwa­mi i za­gu­bie­nia w przy­tła­cza­ją­cej ilo­ści pro­duk­tów, które mo­że­my mieć, a któ­rych tak na­praw­dę nie po­trze­bu­je­my” – pod­su­mo­wu­je Bar­ba­ra, au­tor­ka fan page'a "Sztu­ka pol­ska...". Po­la­cy obu­dzi­li się z neo­li­be­ral­ne­go snu, tak jak Tyler Dur­den, bo­ha­ter „Pod­ziem­ne­go Kręgu”. Jeden cytat z tego filmu po­łą­czył al­ter­glo­ba­li­stów wszyst­kich kra­jów: „Je­ste­śmy nie­wol­ni­ka­mi w bia­łych koł­nie­rzy­kach. Re­kla­my zmu­sza­ją nas do po­go­ni za sa­mo­cho­da­mi i ciu­cha­mi. Wy­ko­nu­je­my prace, któ­rych nie­na­wi­dzi­my, aby kupić gówno, któ­re­go wcale nie po­trze­bu­je­my”.

No­stal­gia za PRL-em nie wy­ni­ka, jak sta­ra­ją się nam wmó­wić nie­któ­rzy do­mo­ro­śli spe­cja­li­ści od wszyst­kie­go, z za­po­mnie­nia hi­sto­rii bądź igno­ran­cji. Jest to ra­czej tę­skno­ta za rajem utra­co­nym, po­wro­tem do kraju lat dzie­cięcych, gdzie oran­ża­da w prosz­ku sma­ko­wa­ła o wiele lepiej niż Co­ca-Co­la. W kraju, gdzie co czwar­ty młody Polak nie ma pracy, czasy ko­mu­ny jawią się jako bez­piecz­na przy­stań na wzbu­rzo­nym morzu, mimo że wielu z nas nawet ich nie do­świad­czy­ło. Ale nikt przy zdro­wych zmy­słach nie chciał­by w tam­tej rze­czy­wi­sto­ści żyć.

Kon­su­mo­wa­nie pe­ere­lu

Dziś te dzie­cia­ki z trze­pa­ka to doj­rza­li kon­su­men­ci. Trzydziestoletni yup­pies sta­no­wią ide­al­ną klien­te­lę knajp z tanią wódką, piwem i za­ką­ska­mi, które jesz­cze do nie­daw­na wy­ra­sta­ły jak grzy­by po desz­czu w każ­dej bocz­nej ulicz­ce co więk­sze­go pol­skie­go mia­sta. Do czasu. „Uwa­żam, że moda na PRL już prze­mi­nę­ła” - twier­dzi Ma­ciej z firmy Pan Tu Nie Stał. „Nie powstają ko­lej­ne knaj­py w stylu Za­ką­ski Prze­ką­ski, a te, które nie wy­trzy­ma­ły kon­ku­ren­cji, po pro­stu są za­my­ka­ne. Prawa rynku są takie, że prze­trwa­ją pierw­si i naj­lep­si”.

Z pew­no­ścią punkt kul­mi­na­cyj­ny tej kon­sump­cyj­nej mody na PRL jest już za nami. Przed­się­bior­czy wła­ści­cie­le knajp wy­ci­snę­li wszyst­ko do ostat­nie­go gro­sza. Takie są prawa ka­pi­ta­li­zmu. Ale są rze­czy, które zawsze się obronią. Przykładem jest kra­kow­ski hotel Forum, nie­gdyś stra­szy­dło i pod­upa­da­ją­ca ruina, dziś naj­bar­dziej hip­ster­ski adres w mie­ście. Kolejna na liście jest ini­cja­ty­wa Made in 89, która uka­zu­je upa­dek ko­mu­ni­zmu, jakby miał on miej­sce w cza­sach Fa­ce­bo­oka. 

I niech ga­da­ją: że się w tył­kach od tego do­bro­by­tu po­przew­ra­ca­ło, że „hip­ste­ry” ro­bo­ty nie mają, bo bu­me­lu­ją i się nie uczą. W tej kwestii można zapomnieć o pierw­szej re­gu­le dzi­siej­sze­go hip­ster­stwa – żeby kpić z czego się da, a na po­waż­nie brać tylko Ray Bany, śmierć i ZUS. Bo ta tę­sk­no­ta to prze­cież jedna wiel­ka gom­bro­wi­czow­ska zgry­wa  – pod­wa­że­nie mitu Pol­ski Lu­do­wej, w któ­rej wszy­stkim żyło się tra­gicz­nie źle, lu­dzie się nie za­ko­chi­wa­li, nie im­pre­zo­wa­li, a każdy na­le­żał do Nie­za­leż­ne­go Sa­mo­rząd­ne­go Związ­ku Za­wo­do­we­go. Bo w kraju, w któ­rym dawni so­li­dar­no­ścio­wi to­wa­rzy­sze nie po­tra­fią sobie ręki podać, młode po­ko­le­nie woli roz­ko­szo­wać się chwi­lą, po­pi­ja­jąc sobie oran­ża­dę w cie­niu wiel­kiej płyty.