Lifestyle

Perypetie hiszpańskiego praktykanta w Pradze

Artykuł opublikowany 23 marca 2015
Artykuł opublikowany 23 marca 2015

Każdego roku Praga gości dziesiątki hiszpańskich studentów, przyciąganych tu przez atrakcyjne ceny, atmosferę i piękno miasta oraz oczywiście słynne czeskie piwo. Ale nie są to jedynie erasmusowcy. Miasto stu wież gości róznież wielu praktykantów.

Kilka dni temu przyjaciel przebywający na Erasmusie w belgijskiej Gandawie powiedział mi coś, co miało na mnie duży wpływ: „gdy raz pojedziesz na Erasmusa, nie będziesz chciał poprzestać na jednym wyjeździe stypendialnym”. Przypuszczam, że to świetnie przedstawia moją dzisiejszą sytuację. Mijają prawie trzy lata, odkąd rozpocząłem najbardziej wzruszającą podróż mojego życia – wyjechałem na Erasmusa do Brukseli. Tych dziewięć niezwykłych miesięcy zmieniło bardzo wiele rzeczy w moim życiu. Jednak w miarę upływu czasu czułem, że, jak Thelma i Louise zbliżałem się do tej otchłani, która nazywa się „czerwiec”. Był to skok w pustkę bez spadochronu w kierunku „poerasmusowej” depresji, której tak bardzo się obawiałem.

Powrót do mamy i taty, wspomnienie każdej chwili z tych miesięcy pełnych doświadczeń oraz uczucie, że po Erasmusie nic już nie jest ważne - wszystko to popchnęło mnie do tego, by poszukać jakiegoś antydepresanta. Ale jak go znaleźć? Zdecydowałem się walczyć o to, by moja hiszpańska uczelnia umożliwiała wyjazdy na praktykę w ramach Erasmusa. Dołączenie do programu jako praktykant-dziennikarz kosztowało mnie wiele wysiłku, cierpliwości oraz czasu.

Od początku było dla mnie jasne, że najlepszym wyborem będzie jedno z państw Europy Środkowej lub Wschodniej. Chciałem sprawdzić, jak się pracuje w tej ciągle niezbyt dobrze znanej Hiszpanom części Unii Europejskiej. W tamtym momencie pragnąłem spróbować sił w jednej z międzynarodowych stacji radiowych, które nadają w kilku językach. Los chciał, że w Pradze jest hiszpańskie radio i to właśnie tam w końcu trafiłem. Kilka dni później dowiedziałem się, że stacja ta była częścią publicznego radia Republiki Czeskiej Český Rozhlas. Po wymianie niezliczonej ilości e-maili podpisałem umowę o praktykę. Roztoczyła się przede mną słodka perspektywa sześciomiesięcznego Erasmusa. Jedyne, co pozostało mi zrobić przed wyjazdem to przekonać samego siebie, że ten Erasmus nigdy nie będzie taki, jak mój pobyt w Brukseli.

Żyć tak, jak przed upadkiem Muru Berlińskiego

Minęło lato, później Boże Narodzenie, i wreszcie przyjechałem do Pragi. Ostatecznym celem mojej podróży okazały się bloki mieszkaniowe zbudowane w epoce komunizmu, uważane za jedne z największych w Europie: Strahov Kolej. W 12 budynkach z mieszkaniami do wynajęcia za śmieszną cenę zgromadzono ponad 4 500 mieszkańców. Kiedy przyjeżdżamy, pierwszym wrażeniem przy przechodzeniu z bloku do bloku jest olśnienie, że cokolwiek się w życiu dzieje, zawsze może być jeszcze gorzej. Kategoryzowanie dotyczy każdej dziedziny życia i postkomunistyczne społeczeństwo Strahov Kolei nie odstaje od tej reguły. Z jednej strony mamy dosłownie rozpadające się fasady bloków takich jak ten noszący numer 10 (patrz poniżej). Z drugiej dostrzec możemy luksusowy blok numer 8, który został całkowicie odnowiony. Hiszpanie nie mają tam wstępu po tym, jak kilka lat wcześniej wywołali w nim pożar – jego następstwem był generalny remont. Na szczęście należę do elity mieszkańców Strahov Kolei: mieszkam w bloku numer 12 i miesięcznie płacę niecałe 150 € za jednoosobowy pokój. To nie jest tutaj standardem, ponieważ większość osób mieszka w kilkuosobowych pokojach, gdzie duch komunizmu – lub być może duch włóczęgostwa – narzuca swoje milczące prawo, według którego łazienki są koedukacyjne.

Jednym z plusów Strahova, pomijając cenę, jest jego lokalizacja. Osiedle, otoczony wzgórzem Petrin znanym z repliki Wieży Eiffla, na która mogę spoglądać, kiedy biorę prysznic, zupełnie jak student Erasmusa w Paryżu, dysponuje kolejką pozwalającą na szybkie dotarcie do Małej Strany, czyli Małego Miasta. Spacerowanie po tej dzielnicy pełnej barokowych ulic, szczycącej się kompleksem pałacowym masowo odwiedzanym przez azjatyckich turystów, przypomina podróż do bajki. Czem mam wrażenie, że za zakrętem pojawi się księżniczka  z filmu Disneya. Istnieją osromne szanse na to, że będzie to Czeszka, która nie będzie miała czego pozazdrościć najpiękniejszym kobietom z baśni. Możliwe też, że może być równie niedostępna, co kobiety z baśni, ponieważ nawet jeśli każdy Czech ma w sobie muzyczną wrażliwość, okazywanie sympatii nie jest ich mocną stroną. I wcale mnie to nie dziwi. Czesi, podbijani na przestrzeni wieków przez każdego, kto przechodził przez ich terytorium, są z natury antypatyczni i nieufni. To ludzie, których ulubionym słowem jest „nie” i których łatwo zdenerwować mówiąc im, że mieszkają w Europie Wschodniej lub, że język czeski przypomina rosyjski. Wyróżnienie należy się kontrolerom praskiej komunikacji miejskiej. Co jest ich celem w życiu? Złapanie znienacka turysty lub osaczenie przebiegłego Hiszpana, który nie umiał oprzeć się pokusie niepłacenia za metro widząc, iż nie ma barierek.

Nie doświadczyłem takiego niegrzecznego traktowania w mojej pracy. Od poniedziałku do piątku spędzam po 5 godzin dziennie w radiu i jest to bardziej rozrywka niż praca. Już od pierwszego tygodnia umożliwiono mi mówienie na antenie oraz prowadzenie codziennego programu. Bardzo szybko powierzono mi także odpowiedzialność za różne sekcje i zlecano przeprowadzenie wywiadu lub zrealizowanie reportażu dotyczących działalności wspólnoty hiszpańskojęzycznej, przez którą zostałem fantastycznie przyjęty. Jedynym minusem jest frustracja, jaką odczuwasz, gdy widzisz swoich przyjaciół idących na imprezę, podczas gdy ty zostajesz w domu, bo następnego dnia zaczynasz pracę o 9 rano. Ale przyjeżdżając do Pragi wiedziałem już, że bycie studentem Erasmusa i praktykantem Erasmusa to dwie różne rzeczy.

Praga pozostaje więc miastem, w którym, pomimo jej mieszkańców, na pewno się zakochasz. Nie chodzi tu już tylko o pełne uroku zakątki, lecz chcociażby niewiarygodnie niskiej ceny piwa. Za zaledwie 1 € można wypić pół litra piwa w barze. Pozostawanie trzeźwym w tym mieście jest niemalże przestępstwem, a pójście do baru, by wypić tylko jedno piwo oznacza rażącą niewiedzę. Koniec końców, moje praskie doświadczenie ma więcej plusów niż minusów i jest to coś, co warto przeżyć. Zostawiam Was z tym końcowym stwierdzeniem i ruszam w miasto zdenerwować jakiegoś Czecha.