Lifestyle

Sewilskie dzieci Williama Morrisa

Artykuł opublikowany 7 marca 2014
Artykuł opublikowany 7 marca 2014

Kogo spodziewałam się zastać w Sewilli, mieście w którym poziom bezrobocia wśród osób pomiędzy 25 a 44 rokiem życia sięga 50,6%? Hiszpańskich beautiful losers – młodych bez pracy i chęci do życia, dla których emigracja jest jedynym sensownym planem na przyszłość. Kogo zastałam? Przedstawicieli sewilskiej awangardy, współczesnych hiszpańskich prerafaelitów. 

„Kry­zys? Na­praw­dę chcesz sku­piać się na ne­ga­tyw­nych rze­czach?” – od­po­wia­da Alva­ro Diaz na py­ta­nie o sy­tu­acji w Se­wil­li jed­no­cze­śnie po­zdra­wia­jąc grupę mło­dych ludzi wcho­dzą­cych wła­śnie do Red House. Alva­ro to trzy­dzie­sto­la­tek z Hu­elvy, a Red House to ka­wiar­nio-ga­le­ria, którą otwo­rzył w 2012 roku z żoną Cri­sti­ną Ga­le­ote. Oboje skoń­czy­li Aka­de­mię Sztuk Pięk­nych w Se­wil­li, oboje od po­cząt­ku wy­glą­da­ją mi na cie­ka­wych ludzi.

„Skąd po­mysł na miej­sce i jaka jest Wasza fi­lo­zo­fia?” – pytam. Nie mamy dużo czasu na roz­mo­wę, bo w Red House praca wre od sa­me­go rana. „Po­mysł wziął się z po­dró­ży do Ma­dry­tu, Lon­dy­nu, Ber­li­na i Mo­skwy” – tłu­ma­czy Alva­ro. „Za­sta­li­śmy tam po­dob­ne prze­strze­nie twór­cze, więc po­sta­no­wi­li­śmy spró­bo­wać szczę­ścia w Se­wil­li, gdzie wtedy taka nisza nie ist­nia­ła”. Nie cho­dzi jed­nak o sam de­sign – Alva­ro tłu­ma­czy mi bo­wiem, że fi­lo­zo­fia wy­ko­rzy­sta­nia prze­strze­ni w Red House, a nawet sama nazwa miej­sca, to hołd od­da­ny Wil­lia­mo­wi Mor­ri­so­wi, dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­mu an­giel­skie­mu pre­ra­fa­eli­cie. Za­czy­na być in­te­re­su­ją­co. Ma­razm i me­lan­cho­lia, roz­cza­ro­wa­ni bez­ro­bot­ni ab­sol­wen­ci uni­wer­sy­te­tów, sta­gna­cja i kry­zys? Tak wy­obra­ża­łam sobie dzi­siej­szą Hisz­pa­nię. „Tak” – mówi Alva­ro. „Kry­zys mar­twi nas wszyst­kich, ale nasza fi­lo­zo­fia jest taka, żeby za­cho­wy­wać opty­mizm, za­ra­żać nim in­nych, przy­czy­niać się do roz­wo­ju kre­atyw­nej przed­się­bior­czo­ści w Hisz­pa­nii i two­rzyć miej­sca, w któ­rych lu­dzie mogą prze­by­wać ze sobą i na­wza­jem wspie­rać się w tych trud­nych cza­sach” – tłu­ma­czy mi, znów kogoś po­zdra­wia­jąc.

W tym sza­leń­stwie jest me­to­da

I rze­czy­wi­ście, za­rów­no ducha opty­mi­zmu, wspól­no­ty, jak i Wil­lia­ma Mor­ri­sa czuje się w Red House. Miej­sce przy­po­mi­na ogrom­ny pokój go­ścin­ny z mnó­stwem wy­god­nych kanap i so­lid­nych sto­łów. Mno­gość róż­nych ele­men­tów czyni wnę­trze wię­cej niż eklek­tycz­nym, ale ca­łość jest spój­na. Red House to rów­nież ga­le­ria, więc sprze­da­je się tu dzie­ła sztu­ki – ta­le­rze ma­lo­wa­ne przez ar­ty­stów z całej Hisz­pa­nii, stare de­sko­rol­ki zre­in­kar­no­wa­ne w ar­ty­stycz­nej in­sta­la­cji, retro meble, ob­ra­zy. Na jed­nej ze ścian po­dzi­wiać można serię po­la­ro­idów a la Dash Snow z dam­ski­mi i mę­ski­mi ge­ni­ta­lia­mi. Czer­wo­ny Dom Mor­ri­sa, któ­rym in­spi­ro­wa­li się Alva­ro i Cri­sti­na, miał za­spo­ka­jać za­rów­no prak­tycz­ne jak i du­cho­we po­trze­by swo­ich miesz­kań­ców. „Red House jest miej­scem, w któ­rym lu­dzie czują się jak w domu i mogą jed­no­cze­śnie ob­co­wać ze sztu­ką. Re­gu­lar­nie or­ga­ni­zu­je­my tu wy­sta­wy i kon­cer­ty pod­czas któ­rych pro­mu­je­my lo­kal­nych ar­ty­stów” – mówi mi Alva­ro z dumą. Wil­liam Mor­ris i pre­ra­fa­eli­ci kry­ty­ko­wa­li wpływ Re­wo­lu­cji Prze­my­sło­wej na sztu­kę i po­strze­ga­nie es­te­ty­ki przed­mio­tów co­dzien­ne­go użyt­ku, pró­bo­wa­li ra­to­wać rze­mio­sło i tra­dy­cyj­ne prak­ty­ki ar­ty­stycz­ne i bu­dow­la­ne. Alva­ro i Cri­sti­na rów­nież wal­czą z ma­só­wą. Wszyst­ko, co sprze­da­je się i wy­ko­rzy­stu­je w Red House po­cho­dzi z lo­kal­nych źró­deł i jest do­star­cza­ne przez miej­sco­wych wy­twór­ców. Z wy­jąt­kiem piwa z Ka­li­for­nii, któ­rym czę­stu­je mnie Alva­ro. „Do­ce­nia­my tra­dy­cyj­ną an­da­lu­zyj­ską kuch­nię, ale chce­my też za­ofe­ro­wać na­szym klien­tom coś al­ter­na­tyw­ne­go” – wy­ja­śnia.

Ga­le­rię fo­to­gra­fii z Red House znaj­dziesz tu

Ap­te­ki w ka­bu­lu i ka­wiar­nie w se­wil­li

Droga, którą mu­sie­li po­ko­nać za­ło­ży­cie­le Red House od po­cząt­ku ist­nie­nia miej­sca nie była jed­nak tak pięk­na, jak efekt koń­co­wy. „Ła­twiej jest otwo­rzyć ap­te­kę w Ka­bu­lu, niż ka­wiar­nię w Se­wil­li” – słowa Alva­ra to za­le­d­wie pre­lu­dium do jego li­ta­nii wy­rzu­tów pod ad­re­sem hisz­pań­skie­go rządu. „W kraju o tak wy­so­kiej stop­ie bez­ro­bo­cia po­win­no się za­chę­cać ludzi do pro­wa­dze­nia wła­sne­go biz­ne­su. Z Hisz­pa­nii jest jed­nak od­wrot­nie” – mówi.

„A nie chcie­li­ście wy­je­chać, tak, jak inni?” – pytam. „Oboje lu­bi­my po­dró­żo­wać, ale Se­wil­la to jest nasze mia­sto, tu jest ro­dzi­na, tu są przy­ja­cie­le. Poza tym nie da­li­by­śmy rady za te same pie­nią­dze pro­wa­dzić po­dob­ne­go miej­sca na przy­kład w Lon­dy­nie” – od­po­wia­da Alva­ro. Jego zda­niem mło­dym ar­ty­stom z ini­cja­ty­wą jest w Hisz­pa­nii w cza­sach kry­zy­su tro­chę ła­twiej niż na przy­kład mło­dym le­ka­rzom, czy ar­chi­tek­tom. „Mamy szczę­ście, bo je­ste­śmy ar­ty­sta­mi i mo­że­my pra­co­wać na boku. Cri­sti­na sprze­da­je swoje prace i bie­rze udział w wy­sta­wach, a ja robię róż­ne­go ro­dza­ju filmy, na przy­kład wi­de­okli­py mu­zycz­ne” – tłu­ma­czy Alva­ro. Opo­wia­da mi także, że w Se­wil­li mło­dzi przed­się­bior­cy bar­dzo sobie na­wza­jem po­ma­ga­ją. „Ko­le­ga otwo­rzył ostat­nio stu­dio ta­tu­ażu” – mówi Alva­ro. „Po­ma­ga­my mu, pro­mu­je­my na fa­ce­bo­oku, żeby lu­dzie mogli go po­znać. Nam też wiele po­mo­gli przy­ja­cie­le i ro­dzi­na. Mój tata jest ar­chi­tek­tem i od pew­ne­go czasu nie ma pracy, więc miał czas za­dbać o to, żeby Red House był miej­scem nie tylko es­te­tycz­nym, ale rów­nież funk­cjo­nal­nym”.

Kry­zys kie­dyś się skoń­czy

„Czy na prze­strze­ni czasu od­no­to­wa­łeś jakąś zmia­nę w lu­dziach, któ­rzy przy­ho­dzą do Red House?” – pytam. „I czy jest to symp­to­ma­tycz­ne dla prze­mian w se­wil­skim spo­łe­czeń­stwie?”. Cie­ka­wi mnie, czy pod­czas kry­zy­su Hisz­pa­nie nie zre­zy­gno­wa­li z wizyt w ka­wiar­niach i ga­le­riach . „Na po­cząt­ku lu­dzie nie zro­zu­mie­li po­my­słu” – mówi Alva­ro. „My­śle­li, że to sklep z me­bla­mi, albo ty­po­wa ga­le­ria. Kilka lat temu w Se­wil­li nie było ta­kich miejsc jak Red House. Dziś to się zmie­nia. Mło­dzi kre­atyw­ni lu­dzie, któ­rzy wy­je­cha­li z Se­wil­li szu­kać pracy stop­nio­wo wra­ca­ją do mia­sta i szu­ka­ją po­my­słu na sie­bie. Wielu z nich otwie­ra wła­sne biz­ne­sy” – do­da­je.

Widzę, że Cri­sti­na i inni pra­cow­ni­cy Red House za­czy­na­ją mieć coraz wię­cej pracy, więc nie chcę dłu­żej za­trzy­my­wać Alva­ra. Na ko­niec po­sta­na­wiam wró­cić do mo­je­go pierw­sze­go py­ta­nia. „Kry­zys nie skoń­czy się jutro, ale nie bę­dzie też trwał wiecz­nie” – mówi Alva­ro. Nie jest łatwo o nim nie my­śleć, ale za­mar­twia­nie się do ni­cze­go nie pro­wa­dzi. Nie­dłu­go otwie­ra­my nowe miej­sce, No Lugar (nie-miej­sce, red.). Sta­ra­my się pod­cho­dzić do życia po­zy­tyw­nie po­mi­mo trud­no­ści”.

I do­brze, bo ap­te­ka w Ka­bu­lu nie zmie­ni na­sta­wie­nia spo­łe­czeń­stwa i nie przy­czy­ni się do po­sze­rza­nia wie­dzy o sztu­ce i pro­mo­cji mło­dych ar­ty­stów. Takie miej­sca jak Red House mają na to na­to­miast wiel­kie szan­se.

Ga­le­rię fo­to­gra­fii z Red House znaj­dziesz tu.

© foto: Va­len­ti­na Cala Ka­ta­rzy­na Pia­sec­ka

TEN RE­POR­TAŻ JEST CZĘ­ŚCIĄ SE­WIL­SKEJ EDY­CJI PRO­JEK­TU „EU­TO­PIA: TIME TO VOTE”, KTÓRA OD­BY­ŁA SIĘ W DNIACH 19-23 LU­TE­GO. PRO­JEKT JEST WSPÓŁ­FI­NAN­SO­WA­NY PRZEZ KO­MI­SJĘ EU­RO­PEJ­SKĄ, MI­NI­STER­STWO SPRAW ZA­GRA­NICZ­NYCH FRAN­CJI, FUN­DA­CJĘ HIP­POCRÈNE, FUN­DA­CJĘ CHAR­LE­SA LE­OPOL­DA MAY­ERA oraz fun­da­cję evens. WKRÓT­CE OPU­BLI­KU­JE­MY RE­POR­TA­ŻE M.​IN. Z KRA­KO­WA, STRAS­BUR­GA, BRUK­SE­LI, BER­LI­NA, WIED­NIA I BRA­TY­SŁA­WY.