Lifestyle

Stuck In The Sound, czyli ci, których trzeba poznać

Artykuł opublikowany 5 marca 2012
Artykuł opublikowany 5 marca 2012
Wydanie nowego albumu „Pursuit” przez niezależną francuską wytwórnię Discograph pozwoliło paryskiemu zespołowi wypracować swój własny styl i marzyć o odniesieniu międzynarodowego sukcesu na miarę grupy Phoenix czy M83. W jaki sposób chcą dojść na szczyt? „Eliminując wszystko to, co stanie im na drodze”.

L’Alba Opéra” to uroczy hotelik o iście paryskiej atmosferze, gdzieś pomiędzy Operą, Montmartrem a placem Pigalle. To właśnie tutaj spotykam się z José Reisem Fontao i Emanuelem Barichassem, dwoma spośród czterech członków paryskiej grupy Stuck in the Sound. Nie chodzi tu o jakąkolwiek hierarchię „reprezentacyjną”: Arno Kordas (bas) i François Ernie (perkusja, chór) są nieobecni z powodów osobistych. W każdym bądź razie, w Stucksach „nie ma szefa, jeśli jednemu coś się nie podoba, kawałek znika, wszyscy muszą być zadowoleni” - zapewnia José. Proste.

Od lewej: Emmanuel Barichasse (gitara), José Reis Fontao (gitara/wokal), Arno Bordas (bas) et François Ernie (perkusja).

Wszystko zaczęło się około dziesięć lat temu, w regionie paryskim, na małych scenach, przez które wszystkie zespoły rockowe muszą przejść. Czterech kumpli decyduje się rzucić całe ich dotychczasowe życie, pracę i studia, aby poświęcić się w całości jednemu zadaniu: przekazywaniu pozytywnych emocji i sprawianiu innym przyjemności za pomocą muzyki. Wydają pierwszy album („Nevermind The Living Dead”), jednak to dopiero dzięki występom na scenach wielkich festiwali, takich jak Rock en Seine, Les Vieilles Charrues czy Les Eurockéennes de Belfort, grupa staje się znana szerszej publiczności. „Na Rock en Seine byliśmy podekscytowani jak gówniarze, bo mogliśmy zagrać na jednej scenie z Queens of the Stone Age i Pixies. To było dla nas jak Disneyland” - zapewniają muzycy. Te dwa zespoły wpłynęły na twórczość paryżan, w nie mniejszym stopniu niż The Smashing Pumpkins, Sonic Youth, czy Caetano Veloso - brazylijski piosenkarz.

„Jak w grach komputerowych”

Ta różnorodność wzorców pozwoliła Stuck in the Sound stworzyć kawałki, które, w zamyśle, nie mają ze sobą nic wspólnego: „każda piosenka, każdy nasz wytwór ma swoją własną historię”. Pomysł mógł pochodzić od „Manu” lub od José, czy być efektem „pierwszego lepszego spontanu”. José kontynuuje: „brzmienie Stuck jest niczym puzzle, kształtuje się wokół muzycznego kolażu, melodii i głosów, formuje się w ułamku sekundy niesamowitego intra.” Ale uwaga, bez mylnych skojarzeń lub nazbyt uproszczonych porównań, ich brzmienie nasycone przeróżnymi odnośnikami nie jest czystym indie rockiem, ale muzyczną mieszanką stworzoną przez czterech chłopaków przepełnionych pragnieniem niezależności artystycznej i kręcących się jednocześnie wokół małej paryskiej sceny.

Wychowany na amerykańskim rocku alternatywnym lat 90-tych, Emanuel stwierdza, że tak samo lubią „eksperymentować z utworami, jak i grać klasyczne popowe ballady”. Tak też dzieje się w „Pursuit”, albumie, w którym udało im się uniknąć rutyny poprzednich wydawnictw. Zaryzykowali, mimo że wcześniej nie mieli na to odwagi. Faktycznie, po wydaniu pierwszego nieoficjalnego dysku, powiedzmy to szczerze: byle jakiego, i w momencie gdy we Francji indie rock był puszczany jedynie przez niewiele wyspecjalizowanych stacji, Stucksi spędzili cztery lata w studio nagraniowym na kombinowaniu i powolnym tworzeniu, na poszukiwaniu natchnienia i pomysłów na swój pierwszy prawdziwy opus. „To była ciągła, nieustanna robota, tak jak w grach komputerowych, gdzie odblokowuje się jakąś rzecz, żeby przejść na następny poziom. Od początku w to wierzyliśmy i nie zastanawiając się zbytnio rzuciliśmy się w wir pracy”. Ta abnegacja sprawiła, że „Pursuit” stał się „doskonałym albumem, bez wątpienia najbardziej udanym”, dodaje José. A według mnie to właśnie ten album pozwoli im na dalsze rozwijanie się i wydawanie kolejnych dysków.

Gdzieś pomiędzy Les Inrockuptibles, Phoenix i Freudem

„Ci, którzy myślą, że zrobiliśmy jeden album z bardziej popowymi kawałkami, żeby wkupić się w łaski większej publiczności, są po prostu w błędzie” - José Reis Fontao.

Ten album oznacza także dziesięciolecie istnienia naszego zespołu (2002 – 2012), „to dziesięć lat wspólnej pracy czterech kolesi, którzy teraz znają się na wylot”. Jasnym i oczywistym jest, że Stucksi tworzą i grają muzkę, którą uwielbiają, dźwięk jest jakby „ich własnym Freudem”, ich terapią, ich psychoanalizą, i „zatrzymają się dopiero kiedy poczują się zagubieni, jak te niezależne zespoły”, które zamykają się lub gubią w schematach estetycznych lub komercyjnych, ponieważ brak im niezbędnego, względem ich własnej twórczości, obiektywizmu. Stucksi nie negują jednak w całości aktualnego rynku fonograficznego, ponieważ wiedzą bardzo dobrze, że dzisiaj „tym, co może zmieniać trendy jest Internet”. Ich funkcją jest, powtórzmy to jeszcze raz, sprawić, aby publiczność dobrze się bawiła i czerpała czystą przyjemność z ich muzyki. Jednak nie znieśliby kariery na wzór Coldplay, dotyczy to zwłaszcza José, który tłumaczy, że przepełnione stadiony wywołałyby w nim niemożliwe do zniesienia zdenerwowanie i lęki.

José i jego trzej kompani chcieliby przede wszystkim, aby styl „stuck” rozprzestrzenił się wzdłuż i wszerz. Ich największym pragnieniem jest kontynuacja tworzenia dobrej muzyki i sprawiania przyjemności jak największej liczbie odbiorców: „nasi słuchacze pojawiali się stopniowo, ich liczba powoli się powiększała”. Należy zaznaczyć, że na samym początku jedynymi odbiorcami ich muzyki byli sami młodzi ludzie, potem przyszedł jednak też czas na „czterdziestolatków”. Trzeba to przyznać, Manu chce dotrzeć do każdej kategorii publiki, a nie tylko do przeciętnego francuza.

Zespół patrzy z zazdrością na międzynarodowy sukces swoich kolegów z Phoenix i M83. Jednak nie jest to najważniejsze, zespół odkryty w 2004 roku w konkursie CQFD („Ceux qu’il faut découvrir” – z francuskiego „Ci, których trzeba poznać”) organizowanym przez Inrocks przebył już długą drogę. Jeden singiel („Toy Boy”) potrafił wypchnąć ich prosto na pierwszy plan. Odtąd, Stuck in the Sound posiada własną, niezależną markę, z dala od największych gwiazd wielkich koncernów królujących na rynku fonograficznym, promującą wartości undergroundowe i kontrkulturowe, oraz poszukującą czystego i autentycznego brzmienia rocka. Daleko to, oj daleko od komercyjnych standardów.

Wszystkie zdjęcia (oprócz okładki alnumu): © Julien Mignot  © dzięki uprzejmości Discograph; wideo: Pursuit pierrecable/YouTube, ToyBoy golobl/YouTube