Lifestyle

Turyści-imprezowicze w Budapeszcie – mieszkańcy się buntują

Artykuł opublikowany 8 lipca 2017
Artykuł opublikowany 8 lipca 2017

Turyści-imprezowicze zaczynają być uważani za problem w miastach takich jak Barcelona, Berlin, Amsterdam czy Budapeszt. W stolicy Katalonii coraz częściej słychać głosy przeciwne tego rodzaju wizytom. Również w Budapeszcie nie wszyscy są zadowoleni z popularyzacji miasta jako atrakcji turystycznej, gdyż niesie to ze sobą negatywne konsekwencje dla historycznych dzielnic.

Gdy w 2008 roku wprowadziłam się do siódmej dzielnicy Budapesztu, było to miejsce popularne jedynie wśród niektórych studentów z zagranicy. Niczym obudzona z trwającego wiele lat snu, była dzielnica żydowska zaczynała właśnie przemieniać się w modną i atrakcyjną lokalizację. Dawniej Żydzi mogli swobodnie się tu osiedlać się i właśnie tutaj przed drugą wojną światową wzniesiono drugą największą synagogę na świecie. Pod koniec pierwszej dekady XXI wieku ponownie spotkały się tutaj różne kultury i religie. Coraz więcej węgierskich Żydów powracało do miejsca, które podczas wojny leżało w granicach getta.

Na przeciwko mojego mieszkania na Király utca (niegdyś ekskluzywnej alei handlowej) znajdował się legendarny Sirály Bar, w którym spotykali się młodzi Żydzi, artyści i hipsterzy. Na sąsiedniej ulicy stał lokal Szimpla Kert, wzniesiony w miejscu powojennych ruin, który szybko stał się centrum nocnego życia w Budapeszcie. Wyjście do Szimpla Kert zawsze było spontaniczną decyzją. Szło się tam, aby w wyjątkowej atmosferze, siedząc na obdartych krzesłach, napić się piwa i pogadać z innymi studentami z zagranicy. Wnętrze, oprócz tego, że było prawdziwą mieszanką kiepsko dobranych stylów, było też dość zaniedbane – popękane ściany sprawiały wrażenie, jakby czasy świetności budynku dawno już się skończyły. Zawsze można było jednak znaleźć tam wolny stolik. W Erzsébetváros (tak właśnie nazywa się siódma dzielnica) nie żyło się źle.

A potem nadszedł rok 2010. Wtedy w nocy zaczęły mnie budzić krzyki pijanych turystów, imprezujących pod moim oknem do białego rana. Rano przed drzwiami budynku leżały stosy plastikowych kubeczków i innych śmieci. Powiedziałam dość i spakowałem walizki. Na mojej ulicy otwierano właśnie kilka kolejnych lokali przeznaczonych dla turystów, których głównym punktem menu miał być tani alkohol. To już nie był mój dom.

Gdzie się podziali Węgrzy?

Właściciele takich takich obskurnych i zaniedbanych miejsc szybko wyczuli możliwość zarobienia dużych pieniędzy. Tak zwane „puby-ruiny” stały się największą atrakcją turystyczną Węgier, zwłaszcza wśród młodych turystów i szybko trafiły do przewodników i reklam biur podróży i linii lotniczych. W 2012 Lonely Planet uznało Szimpla za trzeci najlepszy bar na świecie. Od tamtej pory przed pubami-ruinami stoją długie kolejki klientów z zagranicy. Węgrzy już tam nie przychodzą, bo nie ma po co.

Obecnie potrzeby turystów są zaspokajane dzięki wielkim kompleksom takim jak Gozsdu udvar, który rozpościera się na obszarze kilku przecznic w siódmej dzielnicy. Na 12 tysiącach metrów kwadratowych powierzchni znajdują się liczne bary, kluby i restauracje. Jest to oferta skierowana bezpośrednio do przyjeżdżających tu z zagranicy – w sezonie jest ich tutaj między 10 a 20 tysięcy każdego dnia. Hotelarze szacują, że nowo powstały kompleks odwiedza około 80% wszystkich turystów, dzięki czemu jest on ważnym źródłem dochodów dla miasta. Nie da się jednak ignorować negatywnych skutków napływu turystów.

Według austriackiej bazy danych dotyczących turystyki TourMIS, Budapeszt odwiedziło w 2016 roku łącznie 3,3 miliona turystów. W tym samym roku dokładnie 1171 osób wyprowadziło się z siódmej dzielnicy. Odkąd Budapeszt zalali turyści z całej Europy, ponad 8 tysięcy osób opuściło dawną dzielnicę żydowską. Wiele z nich, nie mogąc dłużej znieść hałasu i brudu, sprzedało swoje nieruchomości po niskiej cenie i poszukało spokojniejszego miejsca. Nie wszyscy jednak mogli sobie na to pozwolić.

Dopiero od 2016 roku mieszkania mogą być sprzedawane po cenie rynkowej. Mimo to, większość starszych mieszkańców żyje tu od kilkudziesięciu lat i nie może pozwolić sobie na przeprowadzkę.– Boję się wyjść z domu na zakupy. Kilka razy już zaczepiały mnie grupki młodych ludzi. Zawsze chodzą grupami, a ulice są teraz bardzo wąskie i nie da się przejść obok nich w bezpiecznej odległości – mówi Mari Néni, od czterdziestu lat mieszkająca w dwupokojowym mieszkaniu na Király utca. Przeszkadza jej też hałaśliwe zachowanie turystów mieszkających w sąsiednich mieszkaniach. – Późno wracają do domu, hałasują i wszędzie zostawiają śmieci – skarży się.

Kobieta mówi o turystach wynajmujących mieszkania poprzez portal Airbnb. Spośród dwudziestu czterech mieszkań w jej budynku, piętnaście można wynająć przez Airbnb. Dla zagranicznych właścicieli to bardzo dobry biznes, dla mieszkańców to jednak niekończący się koszmar. W portalu jest jeszcze 8 tysięcy podobnych mieszkań. Nie wszyscy odwiedzający miasto są ujęci w oficjalnych statystykach. Można spokojnie założyć, że Budapeszt odwiedza rocznie około 4,5 miliona turystów.

Imprezowa stolica Europy Środkowej

Budapeszt, uważany teraz za jedną z imprezowych stolic Europy Środkowej, zawdzięcza swoją popularność wśród młodych turystów głównie niskim cenom. Aby przekonać się o jej konsekwencjach wystarczy udać się któregoś dnia do centrum miasta. Na każdym kroku natkniemy się tam na grupki kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu młodych mężczyzn, poprzebieranych w fantazyjne stroje Wikingów, marynarzy czy więźniów, hucznie żegnających się ze stanem kawalerskim.

Wielu młodych Anglosasów przyjeżdża tutaj, by zorganizować idealny wieczór kawalerski. Specjalne agencje mają wiele nowatorskich pomysłów, a strony internetowe o wymownych nazwach w stylu stagheavenbudapest lub stagparadisebudapest oferują masę atrakcji i gwarantowaną adrenalinę dla przyszłego pana młodego i jego kolegów. Spływ Dunajem okraszony pokazem ze striptizem, przejazd po centrum na tzw. beer-bike'u („piwnym rowerze”), pub crawling, paintball i dla relaksu po weekendzie pełnym atrakcji wizyta w historycznych termach – to tylko niektóre z nich. Oczywiście można też wybrać się na zwiedzanie miasta, jednak, jak mówi pracowniczka jednej z agencji zajmujących się organizacją tego typu imprez, niewielu klientów wybiera tę opcję. Kobieta od kilku miesięcy towarzyszy mężczyznom w ich wojażach po mieście i upewnia się, że wszyscy dobrze się bawią. Jednego jest pewna: – Większość z nich chce wypić jak najwięcej alkoholu w jak najkrótszym czasie oraz poznać mnóstwo ładnych Węgierek nie wydając przy tym zbyt dużo pieniędzy.

Od jakiegoś czasu Budapeszt stał się popularniejszy wśród turystów-imprezowiczów niż Praga ze względu korzystniejszy stosunek cena-jakość. Tym samym zastąpił stolice Czech w roli imprezowej stolicy Europy Środkowej. Przeciętny turysta wydaje w Pradze około 550 euro – w Budapeszcie jest to tylko 325 euro. Ten rodzaj turystyki ma też ciemną stronę. Dowodem na to jest młody Brytyjczyk Sam Clancy, który niedawno zmarł w stolicy Węgier. Podczas wieczoru kawalerskiego odłączył się od grupy swoich dwudziestu dwóch znajomych i został potrącony przez samochód podczas przechodzenia przez ulicę.

Cisza nocna? Komu to potrzebne...

Według osób odpowiedzialnych za marketing branży turystyczno-imprezowej w BFTK (Budapesti Fesztivál-és Turisztikai Központ), oferta Budapesztu może być jeszcze lepsza. Zadaniem nowego planu strategicznego o nazwie „Można jeszcze więcej” ma być uczynienie z miasta atrakcji turystycznej o bogatej ofercie gastronomicznej i wysokim standardzie. Ostatecznym celem jest przejęcie od Pragi i Wiednia tytułu najlepszego miasta Europy Środkowej. Oba miasta odwiedza rocznie ponad 5 milionów turystów, jednak Budapeszt w ostatnim czasie znacznie nadrobił dystans. Mimo, że promocja miasta ma się skupić teraz wokół kultury i wysokich standardów, oferta wciąż będzie skierowana głównie w stronę młodych ludzi. Założenie jest następujące: młody człowiek, jeśli spędzi w Budapeszcie szalony weekend, powróci tutaj jako dorosły mężczyzna z większą siłą nabywczą.

Wciąż nie ma konkretnych pomysłów na pogodzenie coraz większej liczby turystów z potrzebami mieszkańców centrum, zwłaszcza tych w siódmej dzielnicy. Początkowo planowano skierować uwagę turystów w stronę innych dzielnic niż tylko stare miasto i wprowadzić ograniczenia w komunikacji autobusowej, z której turyści mogą teraz korzystać za darmo. Przedstawiciele mieszkańców dzielnicy Erzsébetváros Gábor Devosa i Dr. Tibor Kispál obawiają się jednak, że te działania okażą się niewystarczające. Poza tym, odkąd rządząca partia Fidesz zdobyła władzę w siódmej dzielnicy, zatrzymano proces wprowadzania przepisów mających chronić mieszkańców. Co więcej, w 2013 zlikwidowano prawo, według którego bary i kluby musiały mieć zgodę przedstawicieli okolicznych mieszkańców na prowadzenie działalności po godzinie dwunastej w nocy. Od tamtej pory większość lokali jest otwarta do piątej lub szóstej rano. Pieniądze okazały się ważniejsze niż spokój mieszkających wokół ludzi.

Jak twierdzi Gábor Devosa, naiwnym jest myślenie, że pieniądze, które turyści wydają w siódmej dzielnicy, są wykorzystywane na rzecz mieszkających tutaj ludzi. – Pomimo, że to właśnie my boleśnie odczuwamy konsekwencje otwarcia na turystów, pieniądze są rozdzielane po równo dla wszystkich rejonów miasta – narzeka. Mieszkańcy muszą na własną rękę sprzątać po imprezowiczach. Dr. Kispál narzeka również na to, jak bardzo niebezpiecznie jest teraz w Erzsébetváros: – W dzielnicy porządku pilnuje zaledwie dziesięciu policjantów, tylu, ilu przed laty. Nie są oni w stanie zagwarantować nam bezpieczeństwa. Nocą na ulicach jest nawet 20 tysięcy turystów.

Ábel Zsendovits, jeden z założycieli Szimpla, potwierdza, że tak mała liczba funcjonariuszy nie jest w stanie zapanować nad nocnym chaosem. – Teraz to my sami musimy patrolować ulice – przyznaje. Wypadki, przestępstwa, handel narkotykami i prostytucja są w siódmej dzielnicy na porządku dziennym. Turyści-imprezowicze stali się problemem nie do opanowania. Devosa i Kispál zgodnie przyznają, że dla obecnej sytuacji nie ma już odwrotu. Jedynym sposobem na chociaż częściową poprawę jest dialog wszystkich zainteresowanych stron. Władze miasta, jednostki odpowiedzialne za turystykę, policja, właściciele barów oraz mieszkańcy powinni zasiąść przy okrągłym stole i spróbować wypracować kompromis będący do zaakceptowania dla wszystkich. – Tak dalej być nie może – mówi stanowczo Gábor Devosa.

Erzsébetváros: Mieszkańcy ważniejsi niż turyści

Jak zwykle gdy zawodzą politycy, za rozwiązywanie problemów biorą się sami mieszkańcy. Ci, którzy jeszcze nie spakowali walizek, lub czują się związani z dzielnicą Erzsébetváros i nie chcą wyjeżdżać, założyli grupę Élhetö Erzsébetváros, której celem jest ponowne uczynienie z dzielnicy miejsca, w którym da się normalnie żyć. Grupa chce walczyć z wandalizmem, hałasem, brudem i przestępczością. Polityk Attila Vajnai, opowiadający się za „demokratycznymi i legalnymi rozwiązaniami”, chciałby tego lata móc spać w swoim mieszkaniu w Erzsébetváros przy otwartych oknach. Uważa, że największym problemem jest brak kontroli nad tym, kto wynajmuje mieszkania poprzez Airbnb. Władze zupełnie się tym nie interesują, a cały proceder nie jest w żaden sposób unormowany.

W przeciwieństwie do innych krajów europejskich, na Węgrzech nie ma żadnego prawa regulującego proceder wynajmowania prywatnych nieruchomości. Vajnai chce to zmienić. Polityk zamierza z pomocą lokalnych spółdzielni na drodze sądowej walczyć o nałożenie na Airbnb i podobne organizacje obowiązku dostosowania się do pewnych norm. Nie chodzi o nakładanie kar w wysokości 600 tysięcy euro, jak to miało miejsce w Barcelonie, ani o otwartą wojnę z turystami. Jeśli jednak zajdzie taka potrzeba, grupa Erzsébatváros jest gotowa poświęcić turystów dla dobra swoich mieszkańców.