Lifestyle

W czerwcu najpiękniej ogród zakwita Bratysławy

Artykuł opublikowany 21 lipca 2014
Artykuł opublikowany 21 lipca 2014

Ogrody są tęsknotą współczesnego mieszkańca miasta, a nauka współdzielenia przestrzeni zadaniem domowym, z którym nadal boryka się postkomunistyczne społeczeństwo. Sandra i Michał z Vnútrobloka chcą mieszkańcom Bratysławy przywrócić raj utracony i uzmysłowić im, że nie są biernymi lokatorami miasta, a seriale to jedynie cienie prawdziwego życia na ścianach ich jaskiń

17 mi­lio­nów ma­łych ist­nień po­mię­dzy po­li­cją i cmen­ta­rzem

W ten piąt­ko­wy wie­czór wraz z Bra­ty­sła­wą z ulgą od­dy­cha­my po upal­nym dniu. Przy­by­wam na ulicę Sa­sin­ko­wą 21 spo­tkać się z San­drą i Mi­cha­łem - twór­ca­mi Vnútro­blo­ka (po­dwór­ko, red.), ini­cja­ty­wy ma­ją­cej na celu za­go­spo­da­ro­wa­nie nie­wy­ko­rzy­sta­nych prze­strze­ni w sto­li­cy Sło­wa­cji. „Po­mysł na Vnútro­blok na­ro­dził się pod wpły­wem emo­cji, ale bar­dziej niż ro­man­ty­zmem, czy al­tru­izmem, na­sy­co­ny jest kry­tycz­nym po­dej­ściem do ota­cza­ją­cej nas rze­czy­wi­sto­ści” - mówią moi roz­mów­cy. Zor­ga­ni­zo­wa­ny chaos ba­zy­lii, po­mi­do­rów i sa­ła­ty i mi­kro­ko­smos in­sek­tów dys­kret­nie prze­my­ka­ją­cych pod sto­pa­mi ro­ślin zdaje się przy­ta­ki­wać ich sło­wom. Znaj­du­je­my się w ru­cho­mym ogro­dzie, który jest jedną z de­kli­na­cji pro­jek­tu. Po pra­wej stro­nie ka­mie­niem pach­nie cmen­tarz, po lewej jak groź­ba niebo prze­ci­na ko­mu­ni­stycz­na bryła po­ste­run­ku po­li­cji. San­dra i Mi­chał mają po 25 lat, mał­żeń­stwem są od czte­rech. W ogro­dzie jest 50 skrzy­nek z ro­śli­na­mi (co w sumie daje około 17 mi­lio­nów ma­łych ist­nień). Każdy, kto chce, może do­stać jedną skrzyn­kę za darmo, za 2 płaci się rocz­nie 25 euro, a za 3 - 50 euro. Obec­nie chęt­nych na po­sia­da­nie swo­jej małej grząd­ki w ogro­dzie jest dwa razy wię­cej, niż jest w sta­nie po­mie­ścić prze­strzeń na Sa­sin­ko­wej.

Za pło­tem coś się dzia­ło, a San­dra mu­sia­ła na­pi­sać ma­gi­ster­kę

Nie­dłu­go po ślu­bie San­dra i Mi­chał, urba­nist­ka i gra­fik, po­sta­no­wi­li prze­pro­wa­dzić się na jakiś czas do Am­ster­da­mu. Po przy­by­ciu za­uwa­ży­li, że za pło­tem od­gra­dza­ją­cym ich po­dwór­ko od ogro­du są­sia­dów coś sie dzie­je. Płot był jed­nak wy­so­ki, a wspi­na­nie się na niego za każ­dym razem, gdy ogar­nie ich cie­ka­wość, zbyt mę­czą­ce. Mło­dzi Sło­wa­cy po­sta­no­wi­li zo­sta­wić w skrzyn­ce są­sia­dów notkę z ad­re­sem ma­ilo­wym i in­for­ma­cją, że też chcą uczest­ni­czyć w tym, co za pło­tem. W ten spo­sób po­zna­li ho­len­der­ską ar­tyst­kę Na­ta­chę, stwo­rzy­li swój pierw­szy w Am­ster­da­mie krąg zna­jo­mych i za­czę­li do­brze czuć się w nowym 

mie­ście.  Ta przy­go­da przy­czy­ni­ła się do kry­sta­li­za­cji ich po­my­słu o za­go­spo­da­ro­wa­niu miej­skich nie­użyt­ków, który w dys­ku­sji ze zna­jo­my­mi na­ro­dził się jesz­cze w Bra­ty­sła­wie. „Uświa­do­mi­li­śmy sobie, że jeden śmiesz­ny ogród może cał­ko­wi­cie zmie­nić spo­sób, w jaki po­strze­gasz mia­sto” - wspo­mi­na San­dra. Po po­wro­cie do Bra­ty­sła­wy młoda urba­nist­ka mu­sia­ła zmie­rzyć się z po­waż­nym za­da­niem - na­pi­sa­niem pracy ma­gi­ster­skiej. „Szko­ła na­rzu­ca­ła nam te­ma­ty, ale żaden z nich w pełni nie przy­padł mi do serca” - wspo­mi­na. „I wtedy wpa­dłam na po­mysł, że zajmę się ba­da­niem po­ten­cja­łu pu­stych dzia­łek w mie­ście”. Na po­cząt­ku nie było łatwo prze­ko­nać pro­fe­so­rów skost­nia­łe­go uni­wer­sy­te­tu do tak ory­gi­nal­ne­go te­ma­tu, ale w końcu Vnútro­blok zo­stał pracą dy­plo­mo­wą. Dziś San­dra i Mi­chał pra­cu­ją na etat, a ogro­dem zaj­mu­ją się w week­en­dy i wie­czo­ra­mi. I choć ogrom obo­wiąz­ków jest mo­men­ta­mi wy­czer­pu­ją­cy, San­dra mówi, że mi­nio­ny rok był naj­lep­szy w jej życiu.

Czyj jest ten ka­wa­łek pod­ło­gi?

Choć hi­sto­ria z wuj­kiem Sta­li­nem wy­da­je się na Sło­wa­cji rów­nie od­le­gła, co w Pol­sce, San­dra za­uwa­ża, że:

 „w post­ko­mu­ni­stycz­nych mia­stach prze­strze­nie dzie­lo­ne to dla ludzi nadal bar­dzo dziw­na ka­te­go­ria. To zie­mia ni­czy­ja, którą można dzie­lić, a po 40 la­tach ko­mu­ni­zmu lu­dzie nie mają wy­raź­ne­go po­czu­cia tego, co wspól­ne i nie chcą się dzie­lić, jeśli nie są do tego zmu­sze­ni”. Oby­cza­je to jed­nak nie pory roku na Bie­gu­nie Pół­noc­nym -  zmie­nia­ją sią, a San­dra i Mi­chał chcą się do tych zmian przy­czy­nić. Miej­skie ogro­dy, jak pod­kre­śla­ją, ide­al­nie wpa­so­wu­ją się w urba­ni­stycz­ną nar­ra­cję nie­wiel­kiej Bra­ty­sła­wy. „Na Sło­wa­cji nawet mia­sta mają w sobie wię­cej ze wsi, niż ogrom­nych me­tro­po­lii” - mówią. Poza tym spę­dza­nie czasu na ze­wnątrz, z są­sia­da­mi, to nie jakiś ko­smicz­ny nowy wy­na­la­zek, tylko dobra prak­ty­ka, która na Sło­wa­cji obec­na była od lat przez lata. To po woj­nie spo­łe­czeń­stwo zro­bi­ło się au­ty­stycz­ne.

Ogród na Sa­sin­ko­wej, który mógł­by sztam­po­wo zo­stać na­zwa­ny ta­jem­ni­czym, jest tak na­praw­dę bar­dziej pu­blicz­ny niż ne­je­den park. Furt­ka jest co praw­da opa­trzo­na kłód­ką, ale kod do niej może do­stać każdy (jest on też opu­bli­ko­wa­ny na stro­nie in­ter­ne­to­wej Vnútro­blo­ka). San­dra i Mi­chał tłu­ma­czą, że nie pró­bu­ją wy­drzeć mia­stu prze­strze­ni, lecz chcą za­go­spo­da­ro­wać nisze, które leżą odło­giem. Pu­stych dzia­łek jest na samym bra­ty­sław­skim Sta­rym Mie­ście ponad 140, a ich łącz­na po­wierzch­nia od­po­wia­da wiel­ko­ści 70 boisk do piłki noż­nej. Mło­dzi ak­ty­wi­ści tłu­ma­czą, że ne­go­cja­cje z ra­tu­szem mogą cią­gnąć się la­ta­mi, więc oni po­sta­no­wi­li naj­pierw po­zy­skać dział­kę od pry­wat­ne­go wła­ści­cie­la, za­go­spo­da­ro­wać ją i przed­sta­wić mia­stu jako model. Wła­ści­ciel ziemi na Sa­sin­ko­wej od 15 lat bez­sku­tecz­nie stara się ją sprze­dać. Z San­drą i Mi­cha­łem mają taki układ, że jeśli po­ja­wi się ku­piec, będą mieli mie­siąc na spa­ko­wa­nie skrzy­nek i wy­pro­wadz­kę. To dla­te­go wszyst­ko stoi na drew­nia­nych pa­le­tach, a pro­jekt na­zy­wa się „ru­cho­me ogro­dy”. „W na­szym in­te­re­sie nie leży rów­nież to, żeby się tu za­sie­dzieć” – mówi Mi­chał”. „Wtedy pro­jekt nie ewo­lu­ował­by i lu­dzie za­czę­li­by utoż­sa­miać Vnútro­blok z tym jed­nym ogro­dem”.

Spo­łe­czeń­stwo nie jest nie­mi­łe

Nad na­szy­mi gło­wa­mi za­czy­na ciem­nieć spo­koj­ne bra­ty­sław­skie niebo, sto me­trów stąd po­prze­ci­na­ne tro­lej­bu­so­wy­mi ka­bla­mi, tu prze­ci­na­ne jest przez wę­drow­ne nie­to­pe­rze. Nawet w tak pięk­ne wie­czo­ry lu­dzie w mia­stach coraz czę­ściej za­my­ka­ją się w zim­nych igloo ule­pio­nych z kom­plek­sów, stre­amin­go­wa­nych se­ria­li i fru­stra­cji po dniu spę­dzo­nym w biu­rze i za­mie­nia­ją się w sta­tycz­nych sa­mot­ni­ków z ob­ra­zów Edwar­da Hop­pe­ra. Od rze­czy­wi­sto­ści nie trze­ba jed­nak ucie­kać, prze­ko­nu­ją San­dra i Mi­chał. Ich zda­niem lu­dzie nie są je­dy­nie pa­syw­ny­mi miesz­kań­ca­mi, lecz ak­tyw­ny­mi użyt­kow­ni­ka­mi mia­sta, kimś, kto to mia­sto nie­ustan­nie zmie­nia. Trze­ba jed­nak wyjść im na­prze­ciw. Są­sie­dzi, któ­rzy na po­cząt­ku po­dejrz­li­wie spo­glą­da­li na ogród na Sa­sin­ko­wej, szyb­ko stali się jego sta­ły­mi by­wal­ca­mi. San­dra i Mi­chał tłu­ma­czą, że w spo­łe­czeń­stwie od­ru­chy dzie­le­nia się i ro­bie­nia rze­czy wspól­nie są na­tu­ral­ny­mi in­stynk­ta­mi. Ta­kich od­ru­chów nie można jed­nak bu­dzić na siłę, na­le­ży na­to­miast stwa­rzać wa­run­ki do ich in­duk­cji.

Kto nie ry­zy­ku­je, ten nie pije szam­pa­na

Młode mał­żeń­stwo nie może do­cze­kać się ko­lej­nych eta­pów re­ali­za­cji pro­jek­tu. „Za rok chce­my zor­ga­ni­zo­wać let­nią szko­łę za­go­spo­da­ro­wa­nia prze­strze­ni, na Sa­sin­ko­wej zor­ga­ni­zo­wać tym­cza­so­wy są­siedz­ki bar, a w przy­szło­ści za­cząć dzia­łać na in­nych te­re­nach” – opo­wia­da­ją i oczy im błysz­czą. Naj­bar­dziej cie­szy ich jed­nak to, że ich po­mysł za­in­spi­ro­wał in­nych, któ­rzy piszą do nich z proś­ba­mi o rady. W ko­lej­nym se­zo­nie mają ru­szyć dwa po­dob­ne ogro­dy jak ten na Sa­sin­ko­wej, pro­wa­dzić je bę­dzie już nimi jed­nak ktoś inny niż San­dra i Mi­chał.

Na od­chod­ne pytam, dla­cze­go coś ta­kie­go, jak Vnútro­blok nie po­wsta­ło wcze­śniej. „Lu­dzie boją się po­dej­mo­wać ini­cja­ty­wy, bo po­ten­cjal­nie mogą one za­koń­czyć się fia­skiem, a dzi­siej­sze spo­łe­czeń­stwo pięt­nu­je prze­gra­nych” – mówi San­dra, pod­le­wa­jąc koper w jed­nej ze skrzy­nek. A może wy­ni­ka to z le­ni­stwa? „Chyba żar­tu­jesz” – mówi, pa­trząc na mnie ze zdzi­wie­niem. „Zo­bacz jak wiel­ki wy­si­łek są w sta­nie zro­bić lu­dzie, któ­rzy spę­dza­ją go­dzi­ny w cen­trach han­dlo­wych. Tam nie ma jed­nak prze­gra­nych” - do­da­je po chwi­li - „bo je­dy­ne, co mu­sisz zro­bić, by wy­grać, to kupić”.

Film ilu­stru­ją­cy za­sa­dy funk­cjo­no­wa­nia ru­cho­mych ogro­dów.

TEN RE­POR­TAŻ JEST CZĘ­ŚCIĄ bra­ty­sław­skiej EDY­CJI PRO­JEK­TU „EU­TO­PIA: TIME TO VOTE”. PRO­JEKT JEST WSPÓŁ­FI­NAN­SO­WA­NY PRZEZ KO­MI­SJĘ EU­RO­PEJ­SKĄ, MI­NI­STER­STWO SPRAW ZA­GRA­NICZ­NYCH FRAN­CJI, FUN­DA­CJĘ HIP­POCRÈNE, FUN­DA­CJĘ CHAR­LE­SA LE­OPOL­DA MAY­ERA ORAZ FUN­DA­CJĘ EVENS