Lifestyle

Węgierski futbol: między ekstremizmem i biznesem

Artykuł opublikowany 1 marca 2016
Artykuł opublikowany 1 marca 2016

Neonazistowskie transparenty, rasistowskie zachowania i akty przemocy to norma na meczach Ferncavarosi (dla kibiców ,,Fradi”), najbardziej prestiżowego klubu piłkarskiego Węgier. Udaliśmy się do źródeł tego ekstremizmu, próbując także dowiedzieć się, jaki jest wpływ biznesu na obecny system i kibicowanie. Na końcu zadaliśmy sobie pytanie: czy istnieją kibice, kochający Fradi w inny sposób?  

Kiedy chcesz się z kimś spotkać, pukasz do drzwi jego lub jej domu. W przypadku klubu piłkarskiego Ferencvárosi, domem jest Groupama Arena, nowoczesny stadion w Budapeszcie, którego inauguracja miała miejsce w 2014 roku, dzięki publicznej inwestycji w wysokości 15 miliardów forintów (około 21 milionów złotych). Mijam orła z metalu, symbol drużyny i przygotowuję się na zwiedzanie z przewodnikiem. 

Historia, bezpieczeństwo i biznes  

Kiedy w recepcji pytam o informacje na temat kibiców, hostessa odpowiada z lękiem: ,,Mamy kibiców normalnych i tych szalonych. Ci drudzy odmawiają przestrzegania nowych reguł wstępu, które wymagają posiadania legitymacji” – wyjaśnia. Legitymacja kibica zawiera biometryczny skan wewnętrznej strony obu dłoni, wykonany przez firmę BioSec. Jest również wyposażona w funkcję karty płatności na wszystkie zakupy w obrębie stadionu.

Zwiedzanie zaczyna się od Skybox: to kilka metrów kwadratowych wynajmowanych za kilka tysięcy euro rocznie. To tutaj, w spersonalizowanych przez każdą firmę przestrzeniach, ważne persony ze świata futbolu dyskutują o interesach na wygodnych fotelach, popijając wysokoprocentowy alkohol. Nic bardziej odległego od pasji i żywiołowego entuzjazmu kbiców. Moim przewodnikiem jest Tomasz. W akompaniamencie lekkiej mżawki, wchodzimy na murawę stadionu, intensywnie zieloną tak jak i trybuny – w barwach klubu. ,,Mam wstęp wolny na stadion”- mówi Tomasz, ,,ale wykupiłem abonament na sektor C-2. Chcę, aby podczas meczu było jasne, że jestem tu dla drużyny. Na pierwszym miejscu jest ,Fradi, dopiero później praca”. W Muzeum Fradi, otwieranie szafek z koszulkami piłkarskimi to jak przeglądanie książki na temat ostatnich 100 lat węgierskiej historii. Od nazizmu, przez komunizm, kiedy to drużyna zmieniła nazwę i barwy, przechodzimy do do kapitalizmu. Muzeum posiada również butik, w którym można kupić oficjalne koszulki, ręczniki, breloki do kluczy i biało-zielone butelki pálinki, węgierskiej owocowej brandy. 

Choć merchandising może niektórych uszczęśliwiać, to osoby takie jak Attila Boro oddala od miłości do piłki nożnej. 27-letni Węgier, który jest urzędnikiem w sektorze logistyki, praktykuje swoją pasję z mieszanką miłości i rozczarowania. ,,Na początku prawie zawsze chodziłem na stadion. Nie uważam się za ekstremistę” - precyzuje, ,,ale wiele mnie tutaj nauczyli. Poza wiernością drużynie, kibice wyznają tak ważne wartości jak lojalność i braterstwo. Nie są aniołami, ale nie są również przestępcami, jak niektórzy ich przedstawiają”. Z jego ust pada jedank również gorzka krytyka pod adresem zarządu. ,,Chcą sklasyfikować ludzi. Przepędzają tych mniej zamożnych podnosząc ceny biletów, tym samym karząc tych, którzy się nie podporządkowują. Wolą ludzi z pieniędzmi. To jeden z powodów, dla których nie chodzę już na stadion” - mówi z rozżaleniem.

Stadion jak z marzeń, ochrona jak z horroru 

 Jeśli w domu nikogo nie zastaniesz, pukasz do drzwi przyjaciela. Albo nieprzyjaciela. Wsiadam do autobusu jadącego w kierunku Felcsút, miejscowości, w której urodził się premier Orbán. Właśnie rozgrywa się mecz o mistrzostwo między Ferencvárosi a Puskás Akadémia. Ze środka węgierskiego wrzosowiska wynurzają się bajeczne kontury piłkarskiej mini-katedry. Na trybunach policjanci w ochronnych mundurach i ponad 200 agentów bezpieczeństwa. 

 

Pomiędzy nimi widać kilkadziesiąt mężczyzn w paramilitarnej dywizie i z ogolonymi głowami. Czuwają nad sytuacją. ,,Jesteśmy opłacani przez Ferencvárosi, żeby przestraszyć ich własnych kibiców. Często są to ex-ekstremiści, niektórzy z wyrokami”- wyjaśniają mi. Zatem czekam, aż w kłębach dymu i akompaniamencie głosnego śpiewu pojawią się bad boys. Błędne założenie. Ekstremiści w ogóle się nie pojawiają. Na trybunach jest tylko niewielka grupa kibiców, których ledwo co słychać. Nastrój szybko staje się ponury a mecz kończy się remisem. 

Gdzie są ekstremiści?

,,Różnica między ekstremistami a klubem jest duża. Cel tych pierwszych to odwołanie przewodniczącego klubu, Kubatova” – tłumaczy Gábor Csekey, który od 2008 roku zajmuje się stroną Ulloi129. Witryna ta, stworzona dla informowania kibiców i wspierania drużyny podczas jej schodzenia do drugiej ligi, liczy sobie przeszło 20 tysięcy wejść dziennie i tysiące komentarzy. Według Gabora, spór rozpoczął się w 2013 roku. ,,Kilkaset ekstremistów weszło na stadion z transparentem popierającym nazistowskiego przestępcę. Wiele firm zagroziło, że zaprzestanie finansowania, jeśli klub nie przedsięweźmie żadnych kroków”. 

W rozgrywce tej jednak, bardziej niż o izolację ektremistów z politycznych powodów i o godność, chodzi o zachowanie ścisłych interesów jakie łączą firmy, drużynę i partię rządową - Fidesz, w której sam Kubatov jest parlamentarzystą. ,,Ekstremistów jest obecnie mniej niż setka, ale ciągną za sobą tysiące młodych kibiców, którzy często są nieświadomi politycznych przesłań, które są przez nich implikowane”. Podczas meczów w Budapeszcie, na zewnątrz stadionu zostaje zamontowany ogromny telebim. Kompromis - żeby jeszcze bardziej nie rozgrzać już i tak porywczych kibiców. ,,Jeden po drugim”- mówi Gábor, ,,wrócą na stadion. Może za rok, może za 10 lat. Któż to może wiedzieć?”.

Fradi w najczystszej postaci

Na wysokości półwyspu Margit- Sziget, spotykam Pétera Molnára. W miejscu, gdzie wielu Żydów znajdowało schronienie przed nazistowskimi atakami, babcia Pétera, żeby się uratować, przeszła na chrześcijaństwo. W swoim pokoju Peter przechowuje kolekcję przeszło stu szalików, dziesiątki broszek, książki i albumy pełne biletów i pamiątkowych zdjęć. Wszystko oznaczone ,,Fradi”. Z dumą pokazuje mi kawałek pomnika Józefa Stalina, zburzonego podczas październikowej rewolucji z 1956 roku. To relikwia - ocalił ją dziadek Pétera, jeszcze zanim sowieckie czołgi wkroczyły do Budapesztu.

Péter nie jest pozbawiony autoironii: ,,jak dzieciak widzi ultrasów, którzy dobrze się bawią, piją i jeżdżą po całym kraju, też chce być jednym z nich. Mogłem być to i ja” - kontynuuje, ,,ale ostatecznie wybrałem inaczej. Jeśli przywódcy coś mówią, musisz bezwzględnie ich słuchać. Nie przekonuje mnie to. Jestem w stanie myśleć samodzielnie”. Potem popada w refleksję nad przemocą i nazistowskimi transparentami: ,,Na stadionie powinieneś zachowywać się jak na ulicy. To w porządku, jeśli musisz się wyładować, bo jesteś zestresowany przez życie i pracę. Ale jeśli nie wywieszasz nazistowskiego transparentu na ulicy czy przed synagogą, dlaczego robisz to na stadionie?”. Z drugiej strony ma dość pustego stadionu, zajmowanego przez ochronę zamiast przez kibiców. ,,Brakuje nam tego” - wzdycha. ,,Brakuje nam atmosfery i kolegów”. Patrzę na Pétera i rozumiem, co znaczy miłość do własnej drużyny w jej najczystszym wydaniu. Być może obsesyjna, ale niewinna i daleka od biznesu i głupoty, która otacza praktycznie większość europejskich stadionów.  

_

Ten reportaż z Budapesztu jest częścią projektu EUtoo, który przedstawia alternatywne style życia młodych Europejczyków rozczarowanych współczesną rzeczywistością. Projekt jest finansowany przez Komisję Europejską.