Polityka

2016: koniec (ich) świata

Artykuł opublikowany 4 stycznia 2017
Artykuł opublikowany 4 stycznia 2017

2016 to annus horribilis? Ostatni rok zafundował nam Brexit, Donalda Trumpa, terroryzm, Aleppo… Można by pomyśleć, że to najgorsze 12 miesięcy od lat. Ale ten rok to także niepowtarzalna okazja, by zakwestionować cały system wierzeń i odniesień, na którym wielu z nas się opierało. Zacznijmy od Guillaume.

Bardzo lubił te chwile. Guillaume miał właśnie przyjemność podzielenia się swoim doświadczeniem podczas warsztatu poświęconego nowym formom cyberaktywizmu. Od kilku lat próbuje opracować platformę, która umożliwiałaby łatwe, przyjazne i skuteczne zaangażowanie społeczne. Jego konik? Zaangażowanie w skali mikro, które sprawia, że polityka nabiera znaczenia dla wszystkich.

Blast. Tak nazwał swój projekt. Bo dobrze brzmi i może oznaczać „fala rażenia” po angielsku. Pracuje nad nim od 2 lat, od 3 miesięcy właściwie nie wychodząc z mieszkania. Dlatego też tak dobrze zrobiło mu uczestnictwo w Civic Forum. Po takim czasie ślęczenia nad własnym projektem, człowiek zaczyna żywić obawy, że wszyscy spodziewają się jakiegoś nowego facebooka. Którym oczywiście Blast nie jest. Przez godzinę musiał tłumaczyć główne założenia Blast. Przypominać, że opiera się na idei aktywizmu na mikro skalę, dopowiadać, że chodzi na przykład o to, by opublikować historię młodej kobiety, która postanowiła przestać kupować tuńczyka w puszcze na znak protestu przeciwko nadmiernemu połowowi ryb. Dobrze jest poopowiadać o projekcie, który miesiącami rośnie w zaciszu mieszkania. Ale dobrze jest też czasem wyjść ze swojej nory i odkryć, że coś dzieje się z projektami innych. Są Kevin i Florence z Kialatok, przedsiębiorstwa społecznego, które oferuje warsztaty kulinarne dla imigrantów. Jest Jakob, młody Niemiec, który odkupił łódź, żeby ratować uchodźców. Albo Aleksander – ukraiński grafik, który sam opracował plan sieci transportu publicznego w swoim mieście.

Pogoda za oknem jest taka sobie, ale w powietrzu jakby wzbierało gorąco. Mistrzostwa Europy w piłce nożnej budzą dobre wspomnienia. Podczas gdy Niebiescy zaliczają kolejne zwycięstwa, Francuzi wspominają Trójkolorowych z niezapomnianego 1998 roku, kiedy to reprezentacja Francji wygrała mundial. Kraj znów świętuje, i chociaż Guillaume nie lubi piłki, musi przyznać, że Euro 2016 potęguje wszystkie cechy francuskiego społeczeństwa: tożsamość, integrację, bycie razem... Stanowi w końcu mile widziany przerywnik po wyjątkowo skomplikowanej wiośnie. Guillaume uśmiecha się, kiedy przechodzi przez Plac Republiki. Ze stojącego tam monumentalnego pomnika usunięto napisy, resztki świec i graffiti nabazgrane na cześć ofiar zamachów w Paryżu, Kopenhadze i Brukseli, ale także na cześć syryjskich uchodźców i ofiar wojny. Chłopak dobrze pamięta, co tu się działo, kiedy plac był jeszcze pobojowiskiem usłanym namiotami, barykadami, tymczasowymi trybunami i wszelkiego rodzaju hasłami. Chichocze pod nosem na wspomnienie o tym, jak zakrzyknął wtedy do nieznanego faceta: „Zobaczysz, jeszcze spróbują nam tu otworzyć pieprzoną strefę kibica! Ale nie ma mowy, żeby to wszystko, co się tu dzieje miało być sponsorowane przez Coca-colę”. Wtedy, nie tak znowu dawno temu, „Repu” – jak Paryżanie nazywają pieszczotliwie plac Republiki – stał się epicentrum międzynarodowego ruchu Nuit Debout. Zainicjowany przez wkurzonych ludzi i wspierany przez antyliberalnych intelektualistów ruch sprawił, że plac zamienił się w swego rodzaju Dziedziniec Cudów, na którym rozgrywała się bieżąca polityka. Ze sceny można tu było usłyszeć zarówno przedstawicieli organizacji społecznych i wegańskich aktywistów. Tysiące obywateli przychodziło podzielić się swoimi doświadczeniami i poglądami. Kobiety i mężczyźni - wszyscy pragnęli zmiany i wszyscy chcieli dorzucić swoje trzy grosze do tego małego, acz rosnącego wydarzenia społecznego.

Guillaume'owi strasznie się to spodobało. Tej nagłośnionej przez dziennikarza Francois Ruffin i jego zaangażowany film Merci Patron („Dzięki, szefie”) inicjatywie udało się w jeden miesiąc zjednoczyć część społeczeństwo wokół nowego politycznego wydarzenia. W czasach, w których wypomina się, że ludzie są głupi i niezainteresowani polityką, to było ważne. Owszem, nie wyszło. Bez przywódcy, bez mocnej pozycji, bez nadanego kierunku, ruch bez głowy nabrał rozpędu i nie bardzo wiedział co dalej. Ale mniejsza z tym, dla Guillaume'a to był dowód na to, że można jeszcze mówić o „świadomości obywatelskiej”; że przebudzenie jest jeszcze możliwe, na przekór ogólnie panującej bierności i defetyzmowi – ochoczo zresztą rozpowszechnianych przez dzisiejsze „autorytety”. Nuit Debout była dla niego inspiracją. Blast miało być jej wcieleniem 2.0. Postanowił więc wykorzystać swoją umiejętność kodowania i znajomość teorii designu. Przekonany, że ludzie wrócili do domów mądrzejsi, postanowił wykorzystać moment, i umożliwić im łatwo dostępny i prosty sposób na uzewnętrznienie swojego zaangażowania. Pierwsza wersja aplikacji na Androida rozeszła się jak świeże bułeczki: 5 000 ściągnięć tygodniowo. Od uruchomienia apki kilka tygodni temu, ilość ściągnięć wynosi od 200 do 300 dziennie. Wciąż pojawia się coraz więcej historii zwykłych ludzi, którzy wzniecają rewolucje ze swojego supermarketu. Guillaume sączy piwo. Dziś Francja gra ze Szwajcarią. Zanosi się nieźle...

9 listopada 2016, Guillaume budzi się na potwornym kacu. Po całej nocy picia piwa, głód gigant wywiał go do MacDonalda w Menilemontant, gdzie wdał się w dyskusję polityczną ze strażnikiem. „Mało prawdopodobne, że to przejdzie” – powiedział mu, wgryzająć się w swojego hamburgera za dwa euracze. „No, ale jednak trzeba uważać...” – odpowiedział mu wtedy strażnik z ogromnym uśmiechem na ustach. Już w łóżku śledził amerykański wieczór wyborczy i zasnął w trakcie, z mieszanymi uczuciami. Wprawdzie Twitter mówił mu, że wszystko jest w porządku, ale to jednak trzeba uważać wracało do niego pod kołdrą jak echo. Budzik zadzwonił głośniej niż zwykle. Radiowy komik na stacji France Inter wrzeszczał „wygrałem!” z amerykańskim akcentem. To było dziwne. Aż w wiadomościach o 8 rano krystaliczny głos prezentera ogłosił, że Donald Trump prawdopodobnie będzie prezydentem Stanów Zjednoczonych. Dziwne. Choć to nie pierwszy raz wiadomości z radia wbijają Guillaume'a w fotel. Był już Brexit, były zamachy w Nicei. To była równia pochyła. Te trzy tygodnie kompletnie go rozwaliły. Przestał przestrzegać swojej codziennej rutyny pracy. Źle się odżywiał. Nagląca potrzeba wypowiadania się na temat bieżących wydarzeń wygrywała z myśleniem. Guillaume pochłaniał gazety, na łamach których publicyści prześcigali się w błyskotliwych diagnozach tej połowy 2016 roku. Chcieli nadać jej sens w kilku słowach, zawrzeć go w kilku formułkach.

Z początku pocieszał się myślą, że to, co się wydarzyło skłoni ludzi do zaangażowania. On sam zaczął szukać informacji, więcej czytać, przejmował się tym, co działo się w Stambule i Aleppo. Zapukał nawet do drzwi paryskiej siedziby Mohabit hiflt, berlińskiego projektu, który powstał aby uprościć kroki administracyjne dla uchodźców. Naczytał się książek tego lata. To było terapeutyczne i przypominało mu ojca, który ponownie przeczytał Dzienniki Anne Franck kiedy Jean-Marie Le Pen przeszedł do drugiej tury w wyborach prezydenckich w 2002 roku. A we wrześniu Paryż znów ruszył, ze swoim piekielnym rytmem dnia codziennego. Niesamowita jest szybkość, z jaką to miasto może człowieka pożreć. A do tego to poczucie, że nie ma się na nic czasu i że dni mijają tak szybko, jak pękają złudzenia.

Guillaume'owi nagle zachciało się rzygać. Wiadomości o 9 rano właśnie potwierdziły niemożliwe: Donald Trump zyskał wystarczającą liczbę głosów, żeby być oficjalnie ogłoszonym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Dosłownie poczuł się, jakby ktoś dał mu kopa w brzuch. Złamany w pół, próbuje złapać oddech na środku pokoju. Nagle zawstydzony swoją reakcją wstaje i postanawia zjeść śniadanie przy stole. Od tego dnia, wydarzenia społeczne i polityczne, które będą ubarwiać jego życie jako obywatela będą wywoływały na przemian zaskoczenie i osłupienie: prawybory prawicy, rezygnacja francuskiego prezydenta Francois Hollande'a, i ta włoskiego prezesa rady ministrów Matteo Renziego... Tymczasem Blast nadal się kręci i ma się raczej dobrze. Ludzie nadal dzielą się swoimi poglądami na świat poprzez liczne osobiste przykłady. Ale po raz pierwszy odkąd powstał, Guillaume zastanawia się, czy to wszystko ma jakiś sens. Łypie na swoją stronę powtarzając sobie, że jej uczestnicy są jedynymi oświeconymi swojej generacji. Jak to możliwe? Już żaden system odniesienia nie może wytłumaczyć, czego w tej chwili doświadcza. Żaden felieton, żaden esej, żadna książka. Pozostaje poważna utrata sensu, upadek systemu odniesienia, na którym wszystko się opierało, i nieprzyjemne uczucie, że ktoś nas wrobił i zmanipulował. To, z czego się na początku śmialiśmy, nagle stało się bardzo poważne. Guillaume nie wie, co się dzieje.

Panował straszny gorąc. Guillaume został zaproszony do studia telewizyjnego, żeby wziąć udział w programie publicystycznym i opowiedzieć o Blast i nowych narzędziach zaangażowania społecznego. Za kulisami, trzech innych młodych ludzi wymienia poglądy na temat kandydatury Manuela Vallsa na prezydenta i z pasją wykładają sobie nawzajem własne pomysły na zmniejszenie przepaści, która wyrasta pomiędzy polityką a młodzieżą. Według niedawno przeprowadzonych badań, spośród 20 000 młodych francuzów w wieku 18-34 lat, aż 99% uważa, że wszyscy politycy są skorumpowani, a 87% deklaruje, że zupełnie nie ufa mediom. Ściśnięty w kącie loży, Guillaume przygląda się, jak trzej młodzi prześcigają się w nadziei na obalenie tego trendu. Nie cierpi tych chwil...

___

Rok 2016 był do bani? To jasne. Ale to jeszcze nie powód, żeby zamknąć się w sobie i nic z tym nie robić. Redakcja postanowiła podsumować mijający rok serią artykułów, którym przyświeca jedna, bardzo prosta zasada: nie ma żadnych zasad. Od kontrowersyjnych opinii, przez post-prawdę, aż po zwyczajną fikcję. Zapnijcie pasy, przedstawiamy Best Year Ever.