Polityka

Akty przemocy i zamieszki w Belfaście

Artykuł opublikowany 4 marca 2013
Artykuł opublikowany 4 marca 2013
Trudno jest logicznie uzasadnić to, co obecnie dzieje się w moim ukochanym Belfaście. Uczestnicy ulicznych zamieszek trwających od początku grudnia 2012 kierują się wyłącznie jedną zasadą, którą skandują na ulicach miasta: ''tylko anarchia”.

Od grudnia zeszłego roku Belfast pozostaje na okładkach gazet. W światowych mediach krążą obrazy koktajli Mołotowa, buntów i starć między policją i manifestantami. Napięcie panowało od kiedy miejscy radni zdecydowali, że brytyjska flaga, Union Jack, powinna powiewać na ratuszu w Belfaście jedynie przez 17 dni w roku - kiedy przypadają rozmaite święta państwowe - a nie jak dotychczas, przez cały rok. Decyzja o ściągnięciu brytyjskiej flagi może być uznana za nierozważną, jednak została podjęta w sposób demokratyczny. Protestanccy lojaliści, dla których flaga stanowi część tożsamości, nie zgadzają się z rozporządzeniem radnych, a ich protestom często towarzyszy przemoc.

Dotychczas miasto było symbolem spokoju, budowanego z wielką troską przez ostatnie 10 lat. Awanturnicy, którzy szkodzą pozytywnemu wizerunkowi Belfastu nie występują w imieniu większości obywateli. 

Noc za nocą ludzie w różnym wieku blokują ulice Belfastu. Jak na ironię, najbardziej poszkodowani są sami protestujący, ponieważ ustawione w całym mieście barykady uniemożliwiają normalne funkcjonowanie. Większość mieszkańców jest nastawiona pokojowo, jednak zagłusza ją dominująca kakofonia głupoty i fanatyzmu. Na początku protestancka część Irlandii Północnej opowiadała się za pokojowymi protestami, jednak teraz, kiedy niepokoje nie ustają, cierpliwość ludzi powoli się kończy. Sytuacja w Belfaście zaczyna przypominać jesień 1975 w Sajgonie. Cena jaką poniosła policja i straty handlowe centrum miasta są niewyobrażalne. Utrata reputacji Belfastu – niewymierna.

Fot: (cc) Michal Osmenda/ flickr