Polityka

Anders Fogh Rasmussen: "Dania już używa euro, ale nazywamy je koroną"

Artykuł opublikowany 2 czerwca 2009
Artykuł opublikowany 2 czerwca 2009
Na dorocznym kongresie europejskich liberałów w Sztokholmie 30 i 31 października, premier Danii był gwiazdą. Kongres zebrał się w celu przygotowania strategii na europejskie wybory, które odbędą się w czerwcu 2009r.

Dane, którymi dysponuję pokazują, że istnieje już większość opowiadająca się za przyjęciem euro. W znacznej mierze jest to związane z kryzysem finansowym.

„Parytet wymiany duńskiej monety na euro nie może wahać się poza przedziałem + - 2,25%. Używamy euro, ale nazywamy je koroną”, wyjaśnia Rasmussen, przekonany, że wkrótce jego kraj wejdzie do strefy euro. Rasmussen jest najważniejszym reprezentantem pokolenia liberałów, które wraz z nadejściem nowego wieku wreszcie doszło do władzy w Europie. W obliczu kryzysu utrzymuje, „że finanse wymagają więcej uregulowań i większej przejrzystości. Nie więcej zarządzania, ale lepszego zarządzania”.

Prawa Człowieka nie są po to by bronić religii przed krytyką i debatą

Podkreśla, że każda jednostka musi być oceniana według własnych zasług i że wolność wypowiedzi jest święta: „Gdybyśmy nie bronili karykaturzystów Mahometa z Jyllands Posten, porzucilibyśmy zasady europejskiej demokracji. Autocenzura jest wykluczaniem debaty. Proszę sobie wyobrazić ileż muzeów należałoby zamknąć, ile grup muzycznych uciszyć; Galileusz czy Darwin musieliby zaniechać swych badań, a grupa Monty Pythona nie mogłaby nakręcić „Żywotu Briana”. UE musi bardziej zdecydowanie bronić wolności jednostki, ponieważ Prawa Człowieka nie są po to by bronić religii przed krytyką i debatą”.

Co robi Pański rząd, aby Dania weszła do strefy Euro?

(Funchye/flickr)Chcę by Dania miała euro, ale zgodnie z naszą konstytucją do tego potrzebna jest zgoda w referendum. Chcemy, aby to referendum odbyło się w czasie obecnej kadencji [2007-2011]. Obecnie, w kraju toczy się otwarta debata, która ocenia wpływ kryzysu finansowego na duńską gospodarkę oraz koszt ekonomiczny i polityczny braku przynależności do eurolandu. Koszt ekonomiczny: duński bank centralny musiał podnieść stopy procentowe by ochronić wartość korony, hamując konsumpcję i gospodarkę. Koszt polityczny: eurogrupa podjęła wspólne decyzje w celu ratowania banków i gospodarki strefy euro. Decyzje te popieram, i chociaż wpływają na duńską gospodarkę my, Duńczycy, nie możemy pisnąć ani słówkiem.

Czy to nacjonalizm nie pozwala Danii szybciej kroczyć w stronę euro?

Duńczycy są jednymi z największych euroentuzjastów 27. 53 % obywateli było przeciwko wprowadzeniu euro w referendum przeprowadzonym w 2000r. Dane, którymi dysponuję pokazują, że istnieje już większość opowiadająca się za przyjęciem euro. W znacznej mierze jest to związane z kryzysem finansowym. Do tego momentu, korzyści wynikające z przynależności do strefy euro, były czysto teoretyczne, natomiast teraz są one namacalne.

Czy nie jest Panu trudniej być liberałem, od kiedy zaczął się kryzys finansowy?

Kryzys jest wyzwaniem dla europejskich liberałów. Istnieją zwolennicy interwencjonizmu i protekcjonizmu, nie mówiąc już o socjalistach, którzy chcą wykorzystać kryzys by wprowadzić bariery handlowe chroniące rodzimy przemysł. Jednak to, co jest konieczne, to poprawa regulacji rynków finansowych bez odrzucania zasad wolnego rynku.

Czy myśli Pan, że flexicurity, ten duński wynalazek, który łączy łatwe zwalnianie pracowników z ustawicznym szkoleniem zawodowym i wysokimi zabezpieczeniami socjalnymi dla bezrobotnych, może przyjąć się w reszcie państw UE?

Powinien, ale trudno jest powielać model. Przykładowo: w Danii 80% pracowników należy do związków zawodowych i te są wystarczająco silne by negocjować układy zbiorowe pracy. Ponadto, duńskie związki zawodowe opowiadają się zdecydowanie za globalizacją. Natomiast we Francji tylko 8 % pracowników należy do związków, które są słabe i mało rozsądne w swoich żądaniach. We Francji wymagałoby to wielkiego zaangażowania rządu, zbytecznego w Danii.

(*Yvonne*/flickr)

Co Pan sądzi o debacie toczącej się w Parlamencie Europejskim, na temat możliwości wydłużenia do 65 godzin tygodnia pracy w określonych przypadkach?

Nie uważam, że to rząd powinien określać jak długo ma pracować jakiś pracownik.

65 godzin to dużo. W naszym systemie flexicurity, rząd nie ma prawa głosu w sprawie tygodnia pracy. O wszystkim decyduje się drogą dialogu społecznego pracowników z przedsiębiorcami. To istota flexicurity: brak centralizacji. Nie uważam, że to rząd powinien określać jak długo ma pracować jakiś pracownik.

Czy kontynuacja procesu rozszerzania UE powinna być poprzedzona przyjęciem Traktatu lizbońskiego?

Chorwacja jest pierwsza w kolejce. Teoretycznie, nie jest to konieczne, ale tekst Traktatu zaleca przyjęcie go przed dalszym rozszerzaniem UE.

A co w przypadku Turcji?

Moim zdaniem, Turcja powinna być traktowana jak każde inne państwo kandydujące: jeśli spełni obiektywne warunki akcesji – kryteria kopenhaskie -, proszę bardzo. Wzmacnianie relacji pomiędzy UE i Turcją byłoby bardzo korzystne, ale nie mogą istnieć skróty dla tych, którzy chcą przystąpić do UE.

Mówił Pan o europejskim wojsku...

Nie posłużyłem się tym terminem, a słowa są bardzo ważne. Popieram utworzenie europejskich sił zbrojnych, w które swój wkład wnosiłyby państwa UE, tak jak ma to miejsce w przypadku NATO. Obrona pozostawałaby nadal w kompetencji narodowej, a Państwa uczestniczyłyby dobrowolnie w tych siłach szybkiego reagowania na rzecz utrzymania pokoju, na przykład w Afryce.

Lub na Ukrainie, jeśli coś by się tam wydarzyło?

Cóż, to zależy, sam dokładnie nie wiem. Ale na Bałkanach, tak. Dzisiaj to NATO jest w Kosowie, ale mogłoby ustąpić miejsca siłom Unii Europejskiej.