Polityka

Czechy: Polityczny teatr absurdu

Artykuł opublikowany 22 września 2006
Artykuł opublikowany 22 września 2006
Wyborcza walka na pięści, pat w parlamencie, pomoc prezydenta... W ostatnich miesiącach w Czechach rozgrywała się polityczna tragikomedia, która właśnie dobiegła końca. Na razie.

Nareszcie po wszystkim. Czwartego września prezydent Czech, Vaclav Klaus, powołał swojego partyjnego kolegę, Mirka Topolánka z ODS, na premiera. Topolánek stanął na czele rządu mniejszościowego. W ciągu miesiąca musi odbyć się głosowanie nad wnioskiem o votum zaufania dla rządu. Chciałbym, żeby mój rząd zyskał zaufanie i podjął odpowiednie działania, których potrzebuje nasz kraj po wielu latach złych rządów, mówił Topolanek po swoim zaprzysiężeniu. Jednak Jiří Paroubek, były premier i nowy przywódca opozycji, zapowiedział już: Od naszych posłów nie dostaną ani jednego głosu!

W tej chwili wszystko wskazuje więc na to, że polityczny teatrzyk ostatnich kilku miesięcy będzie kontynuowany.

Walka na pięści przed kamerami

Pierwszy akt, wiosna 2006. Kurtyna w górę: rozpoczyna się walka wyborcza. Dwaj przeciwnicy, premier Paroubek i członek ODS, Topolánek, obrzucają się błotem i krzyczą "Sprawiedliwość! Przyszłość! Nadzieja! On kłamie!" W punkcie kulminacyjnym walki minister zdrowia dostaje od rywala głośny policzek - od tyłu. Minister nie pozostaje dłużny i rzuca się do walki na pięści przy włączonych kamerach. Czechy wrzeszczą.

Akt drugi, po wyborach parlamentarnych czwartego czerwca - dokładnie 100 miejsc w parlamencie otrzymuje blok złożony z twardogłowych komunistów i socjaldemokratów, dokładnie 100 miejsc przydzielone zostaje mieszczanom, chrześcijańskim demokratom i Zielonym. Czesi przecierają oczy ze zdumienia - podział po równo 100 miejsc jest przecież zupełnie nieprawdopodobny. A w ogóle w jakim kraju komuniści z programem rodem z lat 80. zdobywają teraz niemal co piąty głos? I gdzie w byłym bloku wschodnim dostają się do parlamentu Zieloni?

Bagno wyborcze

Teraz na scenie politycznej rozpoczęły się trudne negocjacje. Kraj przecina głęboki rów pełen wyborczego błota. Po lewej stronie stoi Paroubek, a za nim, na politycznym "spalonym", nadąsani weterani drugiej wojny światowej, komuniści.

Po prawej stronie Topolánek prowadzi długie rozmowy z szefem Zielonych, Martinem Bursikiem oraz chrześcijańskich demokratów, Miroslavem Kalouskiem. Pomysł Topolánka jest następujący: Tworzymy we trzech rząd, wprowadzamy podatek liniowy, robimy coś w kierunku ochrony środowiska i pomagamy rolnikom. Tylko jedno jest pewne - komuniści w żadnym wypadku nie mogą się przyłączyć. Teraz wszystko zależy od wsparcia socjaldemokratów. Ale Paroubek robi jeszcze ceregiele. Na początku sierpnia Bursik nie wytrzymuje i poddaje się. Wycofuję się z tego. Nigdy nie będziemy mieli większości.

Nie ma jej także Paroubek, bo poza jego socjaldemokratami nikt nie chce słyszeć nic o komunistach. Czy Paroubek zbuduje więc most, aby podać rękę Topolánkowi? Nie. Zamiast tego uśmiecha się szyderczo i potajemnie wzywa do siebie chrześcijańskiego demokratę Kalouska. Jeśli nie będziecie z nami współpracować, będą kolejne wybory. I kto wie, czy wtedy ktoś was wybierze...

Deus ex machina

Na to dzielny chrześcijanin Kalousek traci zaufanie do Boga, zaczyna się bać i przenosi się na lewy brzeg. Przed zdumionymi Czechami ogłasza: Kraj potrzebuje rządu. My, chrześcijańscy demokraci, poświęcimy się - będziemy współpracować z komunistami. Niedługo później zostaje wyrzucony z partii.

Trzeci akt rozgrywa się pod koniec sierpnia. Topolánek i Paroubek nie mogą się dogadać. Wywlekane są coraz to nowe brudy, kraj ugina się pod ich naporem. Wreszcie na scenie politycznej pojawia się, niczym deus ex machina, prezydent Vaclav Klaus. Ależ dzieci, uspokójcie się. Zrobimy wyliczankę. Najpierw Topolánek zostanie premierem, a jeśli nie uzyska większości, premierem zostanie znów Paroubek, a potem znów Topolánek. Tak możemy się bawić do wiosny 2007. A jeśli ktoś wtedy będzie się jeszcze interesował polityką, może jeszcze raz iść na wybory. Do tego czasu nikt nie będzie w stanie o niczym zdecydować. A ja - reprezentuję kraj. Jeśli nic nie pomoże, wezwę z powrotem Vaclava Havla i uczynię go moim nadwornym błaznem. Czechy wrzeszczą.

Jak rozegra się dalej ten polityczny dramat? Nikt nie wie. Jedno jest pewne - ciąg dalszy nastąpi.