Polityka

Europejska tożsamość, czyli co?

Artykuł opublikowany 9 maja 2014
Artykuł opublikowany 9 maja 2014

„Eu­ro­pie bra­ku­je toż­sa­mo­ści” - takie stwier­dze­nie mo­że­my prze­czy­tać w licznych analizach wielu różnych in­te­lek­tu­ali­stów. Jednak co ludzie w ka­wiar­niach i na ulicy sądzą o tej spra­wie? Nasz dziennikarz udał się do Strasburga, by znaleźć odpowiedź na to pytanie. 

Raz w roku Unia Eu­ro­pej­ska pyta swo­ich oby­wa­te­li, czy czują się bar­dziej przy­na­leż­ni do Eu­ro­py, czy do swo­je­go pań­stwa i na­ro­du, pró­bu­jąc w ten spo­sób okre­ślić po­ję­cie i ist­nie­nie eu­ro­pej­skiej toż­sa­mo­ści. Jed­nak­ co to wła­ści­wie jest eu­ro­pej­skość? I co to jest toż­sa­mość?

Różni au­to­rzy w swo­ich dłu­gich opra­co­wa­niach pró­bu­ją te dwa słowa ubrać w wiele słów. Piszą o de­mo­kra­cji, wspól­nych war­to­ściach, hi­sto­rii i cza­sem o chrze­ści­jań­stwie. Jed­nak co mówią o tym sami Eu­ro­pej­czy­cy, kiedy nie mają przed soba an­kie­ty wie­lo­krot­ne­go wy­bo­ru z Eu­ro­sta­tu? Co od­po­wia­da­ją na py­ta­nie dla­cze­go czują się eu­ro­pej­sko albo na od­wrót? Gdzie można się tego le­piej tego do­wie­dzieć niż w mie­ście, które samo sie­bie uważa za mia­sto naj­bar­dziej eu­ro­pej­skie?

Jest sło­necz­ne po­po­łu­dnie w Stras­bur­gu. Wzdłuż Illu wi­dzi­my zako­twi­czone ło­dzie miesz­kal­ne, na któ­rych miesz­czą się bary i ka­wiar­nie. Na na­brze­żu sie­dzą lu­dzie na krze­słach, le­ża­kach i so­fach - piją, palą, roz­ma­wia­ją. Obok mnie sie­dzi czar­no­wło­sa, tro­chę kor­pu­lent­na pani w śred­nim wieku, naprze­ciw­ko jej matka - krót­kie bia­ło-blond włosy, kilka zmarsz­czek tro­chę chuda, ale wy­spor­to­wa­na.

Za­czy­nam od pro­ste­go ostroż­ne­go py­ta­nia: Czy Stras­burg jest eu­ro­pej­skim mia­stem? „Tak” - brzmi na­tych­mia­sto­wa od­po­wiedź. Dla­cze­go? „Dla­te­go, że przy­by­wa tu tak wielu tu­ry­stów ze wszyst­kich kra­jów, wszę­dzie są ob­co­kra­jow­cy" - mówi córka. To się zga­dza - Stras­burg jest osto­ją tu­ry­stów. Jed­nak­że skoro są to ob­co­kra­jow­cy, to jak mogą być Eu­ro­pej­czy­ka­mi?

„Ro­zu­miem, co masz na myśli, ale na to py­ta­nie po pro­stu cięż­ko od­po­wie­dzieć. Co to wła­ści­wie jest eu­ro­pej­skość?" Wła­śnie, co to jest? Matka, włą­cza­jąc się do roz­mo­wy, mówi, że są to wspól­ne przy­zwy­cza­je­nia, które dzie­lą wszy­scy Eu­ro­pej­czy­cy. Jed­nak o które przy­zwy­cza­je­nia cho­dzi? „Dobre py­ta­nie” - od­po­wia­da­ją i jest to je­dy­na ich od­po­wiedź na to py­ta­nie. Po chwi­li córka po­now­nie po­dej­mu­je temat: „ Miesz­ka­łam kilka lat w Ka­na­dzie. Czu­łam się tam bar­dzo Eu­ro­pej­ką, tam jest wszyst­ko ja­kieś inne. Rów­nież kiedy je­stem w Be­li­gii je­stem Eu­ro­pej­ką. Kiedy je­stem we Fran­cji, je­stem Fran­cuz­ką".

Inni od­po­wia­da­ją po­dob­nie. Pewna Ro­sjan­ka, która prze­pro­wa­dzi­ła się do Stras­bur­ga, mówi, że w oj­czyź­nie jest uzna­wa­na za Eu­ro­pej­kę, a w Stras­bur­gu za Ro­sjan­kę. Eu­ro­pej­skość zdaje się być czymś nie­okre­ślo­nym, czymś, co lu­dzie od­kry­wa­ją kiedy opusz­cza­ją swoją oj­czy­znę i zo­sta­wia­ją za sobą znaną im kul­tu­rę. Ewi­dent­nie toż­sa­mość jest za­wsze formą ogra­ni­cze­nia. Nas i in­nych.

Naj­pierw Ja, Póź­niej inni

Ko­lej­ną moją ofia­rą jest pewna ładna Fran­cuz­ka, która wła­śnie od­pi­na swój rower ze sto­ja­ka. Sy­gna­li­zu­je, że nie ma czasu, ale kiedy konr­fon­tu­ję ją z moim py­ta­niem, przy­sta­je i myśli. Rów­nież ona mówi w końcu: "Co praw­da trosz­czę się w pierw­szej ko­lej­no­ści o Fran­cu­zów, ale mu­si­my rów­nież trosz­czyć się o in­nych". Grupa mło­dych ludzi, kil­ko­ro z nich wy­glą­da tak, jakby nie mieli nawet 18 lat, przy­słu­chu­je się z za­in­te­re­so­wa­niem i pró­bu­je od­po­wie­dzieć na moje py­ta­nie. W końcu ktoś z nich mówi: „Nasi ro­dzi­ce wpo­ili nam, że trze­ba my­śleć także o in­nych lu­dziach w Eu­ro­pie".

Nie da się nie za­uwa­żyć, że wszy­scy z moich roz­mów­ców w swo­ich od­po­wie­dziach użyli słowa „mu­si­my", nie zaś „po­win­ni­śmy". Eu­ro­pa zdaje się być nie spra­wą serca, lecz kwe­stią ro­zu­mu. Kto myśli o Eu­ro­pie, jest prag­ma­tycz­ny, trzeź­wo my­ślą­cy, ra­cjo­nal­ny i na­sta­wio­ny na do­strze­ga­nie go­spo­dar­czych zalet pły­ną­cych ze wspól­no­ty. Być może wspól­na war­tość pły­ną­ca z oświe­ce­nia nie jest tak sze­ro­ko roz­po­wszech­nio­na.

Tę tezę naj­le­piej prze­te­sto­wać po­dczas spon­ta­nicz­nej dys­ku­sji. Dwa­na­ścio­ro mło­dych do­ro­słych sko­rzy­sta­ło z mo­je­go fa­ce­bo­oko­we­go za­pro­sze­nia i wzię­ło udział w dys­ku­sji o Eu­ro­pie w klu­bie stu­denc­kim Le Cha­riot, w pe­wien kwiet­nio­wy pią­tek o go­dzi­nie 20. Kil­ko­ro pra­cu­je dla Cafébabel, po­zo­sta­li to przy­ja­cie­le i zna­jo­mi. Nawet tutaj, wśród ludzi za­in­te­re­so­wa­nych te­ma­tem, opi­nie były po­dob­ne: oprócz trzech osób (łącz­nie ze mną) więk­szość iden­ty­fi­ku­je się przede wszyst­kim ze swoim na­ro­dem, a do­pie­ro potem z Eu­ro­pą.

W pew­nym mo­men­cie po­ja­wi­ła się myśl: Jeśli czło­wiek iden­ty­fi­ku­je się przede wszyst­kim ze swoim na­ro­dem i do­pie­ro potem z Eur­opą, to czy jest to już na­cjo­na­lizm?

Cisza. 

To py­ta­nie za­da­łem kilka go­dzin wcze­śniej, kiedy za­cze­pia­łem waż­nie wy­glą­da­ją­cych ludzi w Pa­ła­cu Eu­ro­py, sie­dzi­bie Rady Eu­ro­py (Pa­la­is d’Eu­ro­pe). Pe­wien poseł z Ko­so­wa bez wa­ha­nia od­po­wie­dział: „To nie jest na­cjo­na­li­stycz­ne, to jest ego­istycz­ne. Jed­nak każdy taki jest. Każdy trosz­czy się naj­pierw o sie­bie sa­me­go, do­pie­ro póź­niej o in­nych". W barze Le Cha­riot po­ja­wi­ły się pierw­sze proś­by o udzie­le­nie głosu. Jeden z uczest­ni­ków mówi: „Toż­sa­mość nie ma nic wspól­ne­go z na­cjo­na­li­zmem. To, że ktoś uważa się za Fran­cu­za nie czyni z niego na­cjo­na­li­sty. Kiedy wy­klu­cza się inne na­ro­do­wo­ści, uważa się je za gor­sze, wtedy mamy do czy­nie­nia z na­cjo­na­lizmem". Zgod­nie z tym stwier­dze­niem na­cjo­na­lizm jest kwe­stią po­li­tycz­ną, a toż­sa­mość - kul­tu­ro­wą.

Oka­zu­je się, że żaden z uczest­ni­ków dys­ku­sji nie za­stą­pił­by swej na­ro­do­wej, kul­tu­ro­wej toż­sa­mo­ści eu­ro­pej­ską. W końcu wła­śnie ta róż­no­rod­ność two­rzy Eu­ro­pę. My­śleć po eu­ro­pej­sku naj­wy­raź­niej ozna­cza do­strze­gać róż­no­rod­ność i od­mien­ność Eu­ro­py, a może nawet być z nich dum­nym. W końcu unij­ne motto brzmi: „Zjed­no­cze­ni w róż­no­rod­no­ści".

Jed­nak z ulicz­nych roz­mów wy­ni­ka, że wielu Eu­ro­pej­czy­ków wcale nie „chce" trzy­mać się razem, ale czują, że „muszą". Pie­lę­gnu­ją ra­czej prag­ma­tycz­ny, ra­cjo­nal­ny sto­su­nek do idei eu­ro­pej­sko­ści, idei głowy, a nie serca.  Nie od­czu­wa­ją  żad­ne­go pa­to­su, pa­trio­ty­zmu, żad­nej mi­ło­ści.

Szcze­rze mó­wiąc motto UE po­win­no więc brzmieć: „Zjed­no­cze­ni po­mi­mo róż­no­rod­no­ści".

TEN REPORTAŻ JEST CZĘŚCIĄ strasburskiej EDYCJI PROJEKTU „EUTOPIA: TIME TO VOTE”. PROJEKT JEST WSPÓŁFINANSOWANY PRZEZ KOMISJĘ EUROPEJSKĄ, MINISTERSTWO SPRAW ZAGRANICZNYCH FRANCJI, FUNDACJĘ HIPPOCRÈNE, FUNDACJĘ CHARLESA LEOPOLDA MAYERA ORAZ FUNDACJĘ EVENS