Polityka

Hiszpania, oddzielny przypadek: kraj w bańce (spekulacyjnej)

Artykuł opublikowany 22 grudnia 2011
Artykuł opublikowany 22 grudnia 2011
Drodzy europejscy sąsiedzi: przestańcie nas porównywać. Hiszpański kryzys nie ma nic wspólnego z kryzysem w waszych państwach. Nasz przypadek nie ma korzeni w problemach strukturalnych (choć w tych także), lecz dosłownie w cemencie. Jesteśmy szczególnym przypadkiem. Czas uchylić kurtynę, aby pokazać przyczynę naszej choroby: bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości.

Trudno jest umiejscowić jej genezę w czasie. Można się jej doszukiwać w latach 60., kiedy frankistowska Hiszpania zajmowała się budową apartamentów na wybrzeżach, gdzie m.in. chętnie spędzali wakacje Szwedzi. Jednak szczyt boomu mieszkaniowego przypada na lata 90. W 2008 r. Hiszpania oprzytomniała, zaczynając dostrzegać konsekwencje tzw. „bańki mieszkaniowej”, nadmuchanej przez różne opcje polityczne. Wszystko w zasadzie szło jak po sznurku, do momentu kiedy zaczęło iść bardzo źle.

Jak zatem znaleźliśmy się w takiej sytuacji?

Zgromadzone cyfry i dane niewiele nam mówią. Szukając oświecenia, zwracamy się do Ricarda Vergesa, profesora katedry zarządzania nieruchomościami oraz eksperta od statystyki i ekonomii. Przenosi on nas do etapu przygotowań wspólnej waluty euro oraz unifikacji stóp procentowych wraz z Traktatem z Maastricht (1992). „Pewne państwa, takie jak Niemcy, Francja i Austria widziały w euro możliwość zrobienia interesu”. Uproszczając nieco historię - Niemcy zdołały zakumulować olbrzymią masę pieniędzy od 1992 roku, a Hiszpania była jednym z państw, które zgodziły się na „małą pożyczkę”. Według Vergesa „do Hiszpanii trafiło ponad 800.000 milionów euro ”. Nie zainwestowaliśmy ich jednak w produkcję (tak jak np. Irlandia, która stworzyła w tych latach przemysł technologiczny), lecz w mieszkania, których nie potrzebowaliśmy”. Dlaczego? „Rodrigo Rato, wicepremier i minister gospodarki w rządzie Partii Ludowej, powinien w owym czasie dołożyć wszelkich starań, aby te pieniądze były zainwestowane w przemysł, zamiast zachęcać do dalszej budowy mieszkań”.

Budowa przychodzi, budowa odchodzi

Powstaje pierwsza bańka mieszkaniowa. Budujemy bez opamiętania: apartamenty, wille, budowy publiczne i prywatne. Znikają pozwolenia na budowę, uchyla się prawo ziemi. Hiszpanie przyzwyczaili się do życia ponad stan - „niech się dzieje co chce, płacę kartą”. Nikt nie chciał zrezygnować z zakupu domu, a tym bardziej z drugiego – tego wakacyjnego. Zwiększony popyt nakręcił boom cenowy. Dlaczego rząd do tego dopuścił? Zdaniem Vergesa „w ten sposób mógł uzyskać większe dochody z podatków, które przeznaczał na budowy publiczne, bez konieczności zwiększania długu publicznego”.

Jak dorosnę... zajmę się czymś związanym z budową

Wszystko było jak we śnie. Należało budować i to budować szybko. To wymagało wielu rąk do pracy. Według danych Ministerstwa Rozwoju w 2005 r. 2.649.615 osób pracowało w zawodzie powiązanym z budową. Jednak już w 2008 r. 600.000 osób z tego sektora, powiększyło całkowitą liczbę wszystkich bezrobotnych, która w grudniu wynosiła 3 miliony. Większość miejsc pracy w sektorze budowlanym rozpadła się jak domek z kart. Tylko w latach 2005-2008 liczba firm budowlanych zmniejszyła się o 22%. Trzeba także dodać, że wielu postanowiło wykorzystać sytuację na własny użytek (bardziej dosadnie - tylko głupcy tego nie robili). Zawarto wiele podejrzanych umów między firmami deweloperskimi a politykami, które dawały im licencje na budowę w kraju. Cień podejrzeń o korupcję padł nawet na Pałac Królewski.

Blok należy do firmy Francisco Hernando

W 2008 r. przychodzi światowy kryzys. Śmieciowe kredyty hipoteczne w USA zainfekowały gospodarkę Europy i Hiszpanii, wraz z jej państwowym systemem bankowym (padają m.in. tzw. Kasy Oszczędności). Wiele nieodpornych na to podmiotów gospodarczych zostało zmuszonych do fuzji, a banki otrzymały poważne ostrzeżenie. W rezultacie „dziś prosząc o pożyczkę, w drzwiach mówią Ci nie”. Banki nie tylko nie mają pieniędzy, ale same ich potrzebują. Są tymi, którzy o nie proszą. Jak to ujął Vergas: „możemy Ci sprzedać zestaw garnków, cokolwiek, ale kup coś od nas”. Oni także proszą o pieniądze i teraz „płacą odsetki dłużnym bankom, około 60- 80 milionów euro każdego dnia”.

I co teraz?

Europa od miesięcy nakłada na nas obowiązki, które staramy się spełnić. Francuski dziennik „Libération” stwierdził, że Hiszpania powinna zacząć martwić się olbrzymimi długiem prywatnym. W ten sposób wracamy do bańki mieszkaniowej. Ludzie zapożyczali się, aby kupić dom i pobudować się, akumulując dług prywatny, którego nikt dziś nie jest w tanie spłacić.Ponadto Hiszpania ma dług publiczny przewyższający 700.000 milionów euro, który stanowi 65,2% PKB. Według Vergesa „nie możemy oddać tych pieniędzy. To niemożliwe. Jak „Merkozy” chce, abyśmy to zrobili?” Możemy co najwyżej postarać się sprzedać 687.523 nowych mieszkań ukończonych w 2010 r., które nadal nie mają właścicieli.

Fot.: główna (cc) Edu Barbero (poemas visuales)/ flickr;  (cc) Grupo Francisco Hernando/flickr; (cc)Antonio Marín Segovia/flickr;