Polityka

Koszmar Bataclanu

Artykuł opublikowany 15 listopada 2015
Artykuł opublikowany 15 listopada 2015

13 listopada w atakach terrorystycznych w Paryżu zginęło ponad 120 osób. Stolica Francji krwawi. Szok jest głęboki. Relacja naocznego świadka.

Piątkowy wieczór. Wszystko po staremu. Idę na trening piłki nożnej, wracam do domu i zalegam na kanapie. Okutana mięciutkim polarem, śledzę rozgrywkę między Niemcami a Francją. W 81 minucie komentator przerywa i głębokim, zamyślonym głosem mówi: „Wydarzyło coś poważnego. Po meczu nie będziemy przeprowadzać wywiadów z piłkarzami, tylko nadamy materiał specjalny”.

Kiedy francuscy kibice świętują bramkę 2:0 z 86 minuty, loguję się na Twitterze. Z okna salonu widzę niebieskie światła pędzących autostradą miejską samochodów na sygnale. Ulica przed moim domem jest całkiem opustoszała. Zwiastun strasznych wydarzeń.

Godzina 23.41. Dzwoni mój telefon. To Richard Gutjahr, moderator programu „Rundschau Nacht” w bawarskiej stacji radiowej. Prosi, żebym natychmiast wsiadła w taksówkę, pojechała na miejsce zdarzeń i za 20 minut złożyła w jego audycji na żywo relację naocznego świadka. Nie znam go, nie wiem, skąd ma mój numer, ale zgadzam się. W polarze i kaloszach (nie trzeba ich sznurować) wskakuję na rower. Dzwonienie po taksówkę zajęłoby zbyt dużo czasu.

Kolana mi się trzęsą.

Wymijają mnie pędzące karetki. Czuję się mała i bezbronna. Niezręcznym ruchem dłoni wyłączam niechcący komórkę. „64 aktualizacje muszę zostać zainstalowane". Oblewa mnie zimny pot. Czas ucieka. Mam wystąpić w audycji. Za kilka minut. Jeszcze 53 z 64 aktualizacji.

Zbliżam się do Placu Bastylii. Stan wyjątkowy. Żołnierze w strojach maskujących, z wielkimi karabinami przy piersiach, zagradzają mi drogę. Moja pierwsza myśl: wojna. W całym swoim życiu nie widziałam jeszcze tylu wozów patrolowych w jednym miejscu. Wtedy dzwoni mój telefon. Jest godzina 00:05. Po krótkim wprowadzeniu mam wejść na antenę. Zaczynam słowami „Dobry wieczór” i od razu żałuję tego frazesu. Opowiadam o tym, co widzę i słyszę. Mówię dość bezładnie. W głowie mam gonitwę myśli. Mnóstwo wojska, policji. Wszystko poodgradzane. Gorączkowo poruszający się cywile. Dziesięć osób skupionych wokół motocykla z radioodbiornikiem. Syreny. Lekarze, pogotowie, konsternacja. „Bardzo dziękujemy korespondentce z Paryża”. Już koniec. Ale napięcie nie znika.

Jak wciągnięta w wir kieruję się ku klubowi Bataclan. Mogę zbliżyć się z rowerem na odległość 400 metrów od miejsca wypadku. Jest godzina 00:33. Siły kryzysowe szturmują salę koncertową. Jestem głodna, serce mi wali jak szalone. Moje konto na Twitterze cieszy się ogromną popularnością. Wstydzę się tej myśli i postanawiam wracać do domu. Miasto jest spokojne, tylko syreny wyją.

Obok mnie przemykają pojazdy sanitarne w stronę szpitala Salpêtrière. Czy ten człowiek przeżyje, czy jest już za późno? I dlaczego mnie oszczędzono?